powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jubileuszowa sobota w teatralnym Słupsku

"Opowieści spod stołu, czyli absurdalny świat Stasia Witkiewicza" w reż. Tomasza Kaczorowskiego w Teatrze Lalki "Tęcza" i "Wesela w domu" wg Bohumila Hrabala w reż. Stanisława Miedziewskiego w Nowym Teatrze w Słupsku. Piszą Katarzyna Wysocka i Piotr Wyszomirski w Gazecie Świętojańskiej.

Dzień po nocy świętojańskiej był w Słupsku dniem jubileuszowym. Kończył się sezon 70-lecia Teatru Lalki Tęcza. Stanisławowi Miedziewskiemu, najświętszej, obok Witkacego, ikonie Słupska, kontynuowano obchody 50-lecia pracy twórczej. Czyniono to mimo lekkiego już i widocznego zniechęcenia jubilata. Do tego jubileusze aktorskie: 50-lecia pracy Ireneusza Kaskiewicza i 45-lecia Jerzego Karnickiego po raz pierwszy na pewno, ale czy po raz ostatni?

Ten drugi jest w Słupsku od zawsze. Pierwszy, po wielu latach, przede wszystkim w Łodzi, i kilkunastu latach gry nad Słupią, przeszedł z końcem sezonu na emeryturę. Z jubileuszami bywa różnie. Są na pewno podsumowaniami, benefisami, pożegnaniami; przypominają, czasami wręcz odkurzają zapomnianych. Są też jubileusze aktywne, znaczy w pracy. Te ostatnie chyba najpiękniejsze, ale i najtrudniejsze. Symboliczna data czy liczba mogą jubilata dodatkowo obciążyć, niepotrzebnie zobowiązywać czy wręcz spętać. Tak było na przykład w przypadku 100-go występu Kazimierza Deyny w reprezentacji Polski w piłce nożnej. To nie on powinien wykonywać rzut karny w meczu z Argentyną na Mistrzostwach Świata w roku 1978. No nie on, nie jubilat! W jubileuszową sobotę w Słupsku było różnie.

Godzinę przed południem rozpoczęła się w "Tęczy" premierowa odsłona spektaklu w reżyserii tegorocznego stypendysty ministra kultury, Tomasza Kaczorowskiego, do scenicznej adaptacji juweniliów Witkacego napisanej przez Mariusza Babickiego. Przedstawienie składało się z wyraźnie zarysowanych trzech historii mających swoją genezę w tekstach dramatycznych ośmioletniego Stanisława Ignacego: "Karaluchy", "Menażeria" i "Księżniczka Magdalena" stworzonych zresztą w jednym roku, 1893. I tak jak wymienione juwenilia są autorstwa ośmiolatka, tak przedstawienie sugerowane jest dla dzieci powyżej 10 roku życia. Dlaczego taka niekonsekwencja? Być może przez charakter pojemnego przesłania odnoszącego się do realcji dziecko-rodzice, jak też nie do końca edukacyjnej "zabawy" rodziców w "uśmiercanie" bohaterów czy ich tragiczne w skutkach rodzinne kłótnie.

Reżyser podszedł wszechstronnie do języka teatralnego, proponując barwne opowieści z wykorzystaniem projektora rzutnika pisma "Lech 3" znanego już z "Brzydkiego kaczątka" w Teatrze Miniatura, z użyciem kamery wideo, masek, pacynek, marionetek. Szczególnie podążająca za bohaterami kamera pozwoliła na dekonstrukcję świata przedstawionego, pogłębiając wrażenie teatru w tearze. Szkatułkowość rozumiana była również dzięki klaustrofobiczno-gigantycznemu pomysłowi na miejsce akcji, rozgrywającej się pod czterystukilowym stołem. Główny bohater, Staś, znudzony codzienną przeciętnością, odnajduje się wyłącznie w świecie konfabulowanych opowieści. Ma ponadprzeciętne nad wiek obserwacje na temat swoich rodziców, ich relacji z innymi, dodatkowo znakomicie wykorzystuje swój potencjał inteligencji emocjonalnej i psychologii zachowań razem wziętych. "Manipuluje" rodzicami, jak przystało na prawdziwego (albo przyszłego) artystę, oddając się sztuce reżyserii.

I tak jak docenić można koncepcję całości, opartą na zachowanych tekstach z okresu dziecięcego Witkacego, drobiazgowemu podejściu do stylizowanych kostiumów czy rysunków poddawanych projekcyjnym animacjom, tak zastrzeżenia budziło aktorstwo Macieja Gierłowskiego i Mateusza Krzyżewskiego. Zaangażowanie nie współgrało z jakością gry scenicznej, bardzo przerysowanej i koturnowej. Zabrakło lekkości i chyba pomysłów.

Utrwalenie, uhonorowanie Stanisława Otto Miedziewskiego filmem dokumentalnym wydaje się oczywistością. Jednak "Stanisław Miedziewski - portret wielokrotny" w reżyserii Piotra "Czarnego" Ziębakowskiego, premierowany w maju, podczas głównych obchodów jubileuszu, rozczarowuje. To czysta konstrukcyjnie, ale monotonna pod względem formalnym, ponad 40-minutowa hagiografia i portret jednostronny, domowy. Mówią o swoim Mistrzu, raz nawet o geniuszu, jego aktorzy i współpracownicy. Aktorem najbardziej "dotkniętym" przez bohatera opowieści jest Marcin Bortkiewicz. Kto wie, jak rozwinęłyby się kariery Wiolety Komar, Mateusza Nowaka, Bortkiewicza czy Caryl Swift, gdyby nie spotkanie z reżyserem specjalizującym się w monodramie. Tworzony przez blisko rok obraz to "gadające głowy" przetykane fragmentami spektakli i migawkami z prób. Wypowiadają się prawie tylko artyści z "zakonu", jak mówi się o hermetycznym i chyba bezkrytycznym, wręcz wyniosłym środowisku "rondziarzy". Miedziewski z jednej strony jest dla Słupska bardzo ważny ale z drugiej to człowiek mający tak duży dystans do wielu spraw, że z pewnością nie obraziłby się, gdyby film trochę go "ugryzł", skonfrontował jego i Słupsk z Polską. A wtajemniczeni przecież wiedzą, że jubilat dysponuje bardzo wysmakowanym i okrutnym poczuciem humoru, o czym świadczy choćby fragment z opisu spektaklu:

"Ten świat jest piękny do obłędu. Nie, żeby taki był, ale ja go takim widzę..." - powiedział niegdyś Hrabal. I takie też będzie nasze przedstawienie - dające chwilę odpoczynku od codziennego życia - "zachęca się" w materiałach o spektaklu.

"Wesela w domu" [na zdjęciu] to powrót Miedziewskiego po ośmiu latach do Nowego Teatru w Słupsku (poprzednio "Rewizor" w 2009). Tekst tytułowy jest ramą opowieści scenicznej, reżyser i dramaturg w jednej osobie wykorzystuje także fragmenty innych tekstów Bohumila Hrabala. Spektakl jest noworondowy: realizatorzy z Teatru Rondo, aktorzy z Nowego. Swoją muzykę na żywo wykonuje Tomasz Giczewski a rysuje Piotr Igor Salata. Na placu piątka aktorów z Nowego, dużo elementów scenograficznych, ciasno. Za ciasno. Brakuje Hrabalowskiej magii codzienności, smakowania czasu, fenomenu Mitteleuropy, w którym niekoniecznie człowiek jest najważniejszy. Miedziewski postawił na psychologizm, co jest chyba najtrudniejsze, szczególnie, gdy uwzględnimy warunki, w jakich pracuje Stanisław Otto.

Miedziewski jest mocno deklaratywny, nie ukrywa publicznie swej krytycznej oceny dzisiejszej sytuacji społeczno-politycznej. "Wesele w domu" to także głos na temat zdziczenia powszechnego. Głównie jednak rzecz o artyście, niemocy twórczej i sensie tworzenia. O samotności artysty. To ważny, bardzo osobisty głos ikony Słupska, ale by wybrzmiał odpowiednio przekaz i gęstość przebiegu gęsta była, spełnione być powinny niezbędne warunki. "Wesela w domu" domagają się: większej przestrzeni, więcej czasu i dopracowania przez zespół aktorski, w którym wyróżnia się nie tylko estetycznie Monika Janik, nowa aktorka zespołu prowadzonego przez Dominika Nowaka. Najnowsza premiera jego sceny nie satysfakcjonuje artystycznie, ale z pewnością spektakl będzie ewoluować i nabrzmiewać.

Nie możemy odnieść "Opowieści spod stołu..." do pozostałej produkcji Tęczy, ale "Wesela w domu" do tego, co się dzieje w Nowym, już tak. Dzieło Stanisława Miedziewskiego na razie nie podnosi współczynnika jakościowego sceny dramatycznej. Teatr słupski zasługuje już na spojrzenie z perspektywy obiektywnej, "ogólnopolskiej", czas na punkty odniesienia. W tym kontekście widać ogromne zmiany we właściwym kierunku, ale to dopiero początek drogi.

Słupsk jest w ciekawym momencie. Rządy Roberta Biedronia doprowadziły do spektakularnych osiągnięć, pr-owo to chyba samorządowy rekord Polski. Żyją nad Słupią ciekawi ludzie, doszło już do pierwszych zmian. Miasto, po uporaniu się z długami, będzie inwestować. Namawiamy do inwestowania w kulturę (infrastruktura!) i zwiększania ryzyka artystycznego. Wałbrzych i Legnica, miasta wielkości Słupska, odegrały bardzo ważną rolę w historii nowego teatru polskiego, więc dlaczego nie ma się tak zdarzyć na Pomorzu Środkowym? By tak się stało, trzeba wiele. Być może warto zacząć od kontrowania rozpowszechnionych i zasłyszanych na jubileuszu opinii typu: "A nasz "Skrzypek na dachu" to lepszy od tego z Teatru Muzycznego w Gdyni. Tak, tak, no, no". Na początku może być szok, ale bez początku nie będzie ciągu dalszego.