Fantastyczny finał Teatru Polskiego

"Solidarność. Rekonstrukcja" w reż. Pawła Wodzińskiego i "Workplace" Bartka Frąckowiaka i Natalii Fiedorczuk-Cieślak w reż. Bartka Frącowiaka w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Pisze Witold Mrozek w Gazecie Wyborczej.

«W Bydgoszczy powstała lewicowa rekonstrukcja zjazdu "Solidarności" z września 1981 r. To mocne pożegnanie ekipy Pawła Wodzińskiego i Bartka Frąckowiaka, która przez ostatnie trzy lata uczyniła z bydgoskiego teatru jedno z najważniejszych miejsc polskiej kultury. I której przedłużenia kontraktu nie chciał bydgoski samorząd z PO.

Po co prawicy rekonstrukcje? Do ustanawiania tożsamościowych świąt, angażowania emocji, wyzwalania tęsknoty. Tym razem nie będzie jednak mowy o mistycznej łączności z ofiarą krwi, np. powstańczej, z której w jakiś tajemniczy sposób ma wyrastać nowa lepsza Polska. Bydgoscy aktorzy budzą tęsknotę za poczuciem podmiotowości, wpływu na społeczną rzeczywistość i zaangażowaniem.

Po co reżyserowi Pawłowi Wodzińskiemu pierwsza "Solidarność"? Po pierwsze, do pokazania jej jako walki pracowniczej i społecznej powiązanej z podobnymi walkami na całym świecie. Stąd cytowane i inscenizowane przesłania od związkowców z Francji, Włoch, Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych.

Po drugie, by pokazać konkretny spór - "ile demokracji?". Stawką cytowanych przez teatr stenogramów obrad było, czy większość dyrektorów państwowych przedsiębiorstw ma być wybierana przez demokratyczne rady pracownicze, czy też przez upartyjnione "organy założycielskie". I jak wywalczyć postulat - czy również bojkotem, wbrew PRL-owskiemu prawu.

Oczywiście wybór akurat sporu o dyrektorów nie jest przypadkowy. W obliczu kolejnych dewastacji teatrów dokonywanych zarówno przez Ministerstwo Kultury, jak i przez lokalnych polityków różnych opcji coraz częściej powraca postulat zwiększenia autonomii instytucji artystycznych o samodzielny wybór szefa - przecież np. uczelnie mają takie prawo.

Widza rzuca się tu w sam środek akcji. Aktorzy otaczają publiczność, siedzą przy "stołach prezydialnych" z przodu czy po bokach sali, krążą wokół niej. Energii dodaje muzyka Karola Nepelskiego, od podniosłego chóru, przez związkowe pieśni z Zachodu - po rockowe riffy dynamizujące tyrady mówców. Widownia włącza się w oklaski. Użycie materiału dokumentalnego nie oznacza koniecznie realistycznych środków - wciąż przypomina nam się tu z dowcipem, że jesteśmy w teatrze. Tekst jest rytmizowany, przerysowywany. No i kobiety nieraz grają mężczyzn dominujących w prezydiach czy komisjach 36 lat temu.

Zainscenizowane stenogramy obrad ogląda się jak dobry serial albo polityczny dramat. To mocny gest - pokazać, jak demokracja wydarza się w ramach współdziałania obywateli, jak historia dzieje się w sporze. Nie w cytowanym przez dekady przemówieniu charyzmatycznego lidera, nie w ulicznej manifestacji czy podczas starć z milicją, ale między ludźmi, którzy się organizują i nazywają swoje interesy.

Odważnym gestem jest też wzięcie pierwszej "Solidarności" na poważnie - jako organizacji politycznej, która ma bardzo konkretne społeczne postulaty - poza "obalić komunę". Z pracowniczych mas nie robi się tu równie efektownego, co poczciwego tła dla walczących o "niepodległość" ubrązowionych herosów - ojców założycieli.

Jasne - coś się tutaj pokazuje, coś się pomija. Np. narastającą w latach 80. konserwatywno-nacjonalistyczną retorykę, rosnącą rolę Kościoła, te wszystkie krzyże, msze i portrety papieża. Ale budując swoją alternatywną opowieść o "Solidarności", rekonstruktor Wodziński ma do tego prawo - przecież obrazów papieża jest w opowieściach o naszej najnowszej historii całkiem sporo.

Czy Wodziński rehabilituje tych, których w III RP uznano za "oszołomów"? W końcu bardziej radykalne postulaty samorządności wysuwali Andrzej Gwiazda i Jan Rulewski, zapędy aktywu hamowali Jacek Kuroń czy Andrzej Wielowieyski . Nie ma wątpliwości, że sympatia bydgoskich artystów jest po stronie tych pierwszych. Wystarczy spojrzeć na scenicznego Andrzeja Celińskiego, którego wyższościowy ton parodiuje aktorka Martyna Peszko - jak pokazują materiały filmowe, niespecjalnie przesadzając. Ale i "druga strona" ma tu swoje strategiczne racje.

Rozmach "Solidarności. Rekonstrukcji" może przyćmić drugą z premier bydgoskiego finału - "Workplace" Bartka Frąckowiaka i Natalii Fiedorczuk-Cieślak. A byłoby szkoda - to najlepszy od dawna spektakl Frąckowiaka, terapeutyczna satyra na rynek pracy. Trzy kobiety biorą udział w błyskotliwej parodii coachingu, a może rekrutacji - tajemniczym symulatorze sytuacji zawodowych.

Mówi do nich tajemniczy głos przedstawiający się wreszcie jako Wolny Rynek. Aktorki wchodzą w coraz to nowe role. Zapada w pamięć Magdalena Celmer w scenie o narastającej frustracji nauczycielki nauczania początkowego - lekceważonej i ośmieszanej przez rodziców. Tekst Fiedorczuk w brawurowym wykonaniu Celmer, Anity Sokołowskiej i Beaty Bandurskiej z jadowitym dowcipem pokazuje poczucie winy, "gorszości" i wstydu jako narzędzia dyscyplinowania "siły roboczej" - zwłaszcza kobiecej.

Koniec bydgoskiego teatru

Bydgoszcz przez ostatnie trzy lata była wyjątkowym miejscem na teatralnej mapie. Za dyrekcji Wodzińskiego uprawiano tu teatr konsekwentnie lewicowy, z pomysłem i bez ukrywania własnych poglądów. A jednocześnie na wysokim poziomie artystycznym i przy otwarciu na artystów z innych obszarów świata - Bałkanów czy Bliskiego Wschodu. Wodziński i Frąckowiak chcieli na scenie widzieć nie tylko planetę Polska.

Pomysł robienia teatru "o uchodźcach" czy "o dzieciach z Afryki", gdy mamy w Polsce własne nabrzmiałe społeczne problemy, obśmiewał na początku niejeden ironista po liberalnej, a nawet lewicowej stronie. Kolejne lata przyznały bydgoskim dyrektorom rację. Niestety, wzrosła rola, jaką szczucie strachem przed obcymi zaczęło odgrywać w polskiej polityce.

Wodziński, Frąckowiak i ich współpracownicy nie bali się iść wbrew głównemu nurtowi, również temu z krytycznymi aspiracjami. Gdy ze strumienia pieniędzy od ministrów poprzednich i obecnego teatry w całej Polsce rzuciły się na Wielką (Neo)Romantyczną Klasykę Narodową - w Bydgoszczy przez trzy lata zagrano z niej jedynie "Samuela Zborowskiego" Słowackiego, jako spektakl o władzy, oporze i przemocy.

Nie bano się tematów gdzie indziej rzadko obecnych - np. w "Swarce" Katarzyny Szyngiery pytając o stosunek Polaków do Ukraińców. Szyngiera zrobiła tu też spektakl z ultranacjonalistycznych, szowinistycznych kazań miejscowego proboszcza ("Bóg w dom" Szyngiery), konfrontując zarazem polskie lęki z materiałem dokumentalnym zgromadzonym we Francji. Wreszcie, nie sposób pominąć "Żon stanu" Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak - najmocniejszej teatralnej reakcji na "czarny protest", która stała się ogólnopolskim festiwalowym hitem.

Na koniec programu bydgoski teatr wykonał jeszcze jeden ważny i bezprecedensowy gest - wszystkie spektakle z ostatnich trzech lat udostępniono w wolnym dostępie w internecie. Wszystko, o czym napisałem, będą mogli państwo obejrzeć na stronie www.encyklopediateatru.pl.

--

Na zdjęciu: "Solidarność. Rekonstrukcja"»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego