powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Powtórka z historii czy gorzkie żale?

"Solidarność. Rekonstrukcja" w reż. Pawła Wodzińskiego w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Pisze Anita Nowak.

Duża scena Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Z przodu, na podwyższeniu, stół prezydialny. Aktorzy usytuowani po bokach i z tyłu. Wewnątrz na drewnianych krzesłach publiczność. Ma poczuć się jak na I Zjeździe Delegatów "Solidarności" w Gdańsku we wrześniu 1981 roku.

Z przodu i po bokach ekrany, na których w dużej mierze emitowane są autentyczne materiały filmowe i zdjęcia z ówczesnych strajków, zgromadzeń; wypowiedzi robotników, przechodniów. Tam też przytaczane są fragmenty dyskusji przywódców "Solidarności" odnośnie efektów tego, co Zjazd osiągnął. Wypowiedzi pokazują rozbieżność poglądów na drogę, jaką związek powinien dalej pójść.

Z opracowanego na podstawie stenogramów ze Zjazdu scenariusza dla zespołu aktorskiego wynika, że ruch związkowy robotników całego świata miał w tym czasie oczy skierowane na Polskę, gorąco kibicując "Solidarności", a my nie potrafiliśmy należycie tego sprzyjającego klimatu wykorzystać i zaprzepaściliśmy szansę na prawdziwą demokrację.

W spektaklu udział bierze cały zespół Teatru Polskiego. Aktorzy wcielają się w różnych uczestników Zjazdu. Trzeba przyznać, że najlepiej wychodzi to Małgorzacie Trofimiuk. Jako przedstawicielka włoskich związkowców wnosi do nudnych obrad mnóstwo humoru i prawdziwie italskiej ekspresji. Zwłaszcza, że w swej obcojęzycznej części wypowiedzi zachowuje stosowny akcent, właściwe miejsca artykulacji i idealną melodykę zdań.

W postać innego włoskiego związkowca też z wdziękiem wciela się Mirosław Guzowski. U niego sporym atutem są warunki zewnętrzne.

Rewelacyjnym Amerykaninem okazuje się Jan Sobolewski. Przemawia do nas z ekranu, bo jego prototyp w 1981 roku nie dostał wizy wjazdowej do Polski. Operując ciekawymi środkami Sobolewski tworzy bardzo oryginalną, też nie wolną od sporej dozy humoru, postać. Zwłaszcza, że aktor siedząc równocześnie za stołem prezydialnym, ze sceny porozumiewa się ze swoim ekranowym wcieleniem.

Reszta zespołu gra raczej poważnie, przez co czas obrad dosyć się dłuży. Szczególnie, że zdarzenia, o których tu mowa, widzom są dobrze znane. Jeśli nie z własnych obserwacji bieżących, to ze szkoły, gazet, radia, telewizji, Internetu. Dwie godziny z okładem mijają zanim publiczność zaczyna orientować się, po co zafundowano jej tę do drętwienia pleców bolesną powtórkę z historii.

Chodzi o to, że na Zjeździe w 1981 nie udało się wywalczyć tego, by robotnicy w państwowych zakładach mogli sami sobie wybierać dyrektorów. Reżyser - dyrektor, Paweł Wodziński dopatrzył się tu analogii do swojej sytuacji. Bo przecież pomimo gromkich protestów teatralnych aktywistów, po zakończeniu trwającej trzy lata kadencji Pawła Wodzińskiego, ogłoszono konkurs na stanowisko szefa Teatru Polskiego w Bydgoszczy, do którego zresztą Paweł Wodziński przystąpił. Tyle, że go nie wygrał.

Na ekranie oglądamy rozmowę pracowników teatru na temat tego, jak powinno wyglądać przydzielanie dyrektorskich etatów w teatrach publicznych. Okazuje się, że to właśnie oni powinni mieć ten przywilej.

Rozmowa toczy się o władzy, dyrektorach, aktorach. Pomija się niestety w tym wszystkim element najważniejszy - szarego, niekoniecznie tego zapraszanego na premiery - widza.

Trudno zrozumieć, dlaczego w owym performensie tak dobrzy w większości aktorzy, zastanawiają się nad swoimi przyszłymi losami? Im się przecież kadencja nie skończyła.

Elementem, dla którego warto na tym przydługim publicystycznym wydarzeniu wytrwać do końca jest jedyny, wysoce artystyczny tu element - znakomita muzyka Karola Nepelskiego, wsparta talentem Macieja Szymborskiego.