powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Plany repertuarowe

Od niepamiętnych czasów, na długo przed erą planowania w przemyśle i rolnictwie, istniały plany repertuarowe dyrektorów teatrów - pisał Erwin Axer w "Listach ze sceny".

Każdy, kto brał we władanie scenę, wielką czy małą, komediową, dramatyczną czy muzyczną, głosem prasy w komunikatach, wywiadach, programach obwieszczał światu swoje zamiary. Wymieniał tytuły sztuk, nazwiska autorów, aktorów, reżyserów. Znani krytycy omawiali te plany w zaraniu sezonu, toczyli polemiki, stawali do ataku i obrony. Potem sezon rozpoczynał się na dobre, dyskusja cichła, z zapowiedzianych premier realizowano dziesięć procent, z niezapowiedzianych - resztę. Nowy dyrektor ogłaszał we wrześniu plan nowej kampanii lub też dawny przedstawiał opinii stary, z lekka podszminkowany program. Tak toczył się świat, tak mniej więcej toczy się do dzisiaj.

Od czasu do czasu w Zarządzie Teatrów, w związkach twórczych czy też na radach artystycznych podnoszą się głosy przeciw niedopuszczalnemu "opóźnieniu" teatrów. Dyskutuje się długo i zacięcie, zgłasza się projekty, dobre rady sypią się jak z rogu obfitości, podejmuje się solenne zobowiązania poprawy, aby po upływie roku stwierdzić z żalem, że proste z pozoru przedsięwzięcie nie powiodło się po raz któryś, że znowu nieprzewidziane wzięło górę nad przewidywanym.

Czyżbyśmy byli aż tak nieudolni? Nie umiejący w czasach dalekosiężnych, na lata całe zakrojonych projektów, zaprojektować pięciu czy sześciu pozycji teatralnego repertuaru? Nic przecież łatwiejszego na pozór, jak wziąć cztery możliwie dobre tytuły (jest ich tyle w głowach dyrektorskich, a w razie potrzeby również w encyklopediach) i zamienić je w przeciągu jedenastu miesięcy, składających się na rok teatralny, na cztery możliwie znośne spektakle.

Korzyści takiego procederu byłyby ogromne. Aktorzy znający całoroczny rozkład swoich prac spokojnie mogliby się przygotowywać do sezonu. Nie upadaliby na duchu nie dostrzegłszy swego nazwiska w spisie osobowym dwóch najbliższych sztuk. Trzecia i czwarta nie mogłaby się zapewne bez nich obyć! Film, radio i telewizja miałyby ułatwioną działalność. Prowincja zapewniłaby sobie program gościnnych występów. Reżyserzy, dekoratorzy zawczasu przygotowaliby się do swoich zadać zdejmując z bark administratorów teatralnych zmorę "przestojów" i "nadgodzin". Wreszcie i zarząd teatrów bez wysiłku uzgodniłby terminy i tytuły premier ze spisem uroczystych rocznic, żałobnych obchodów i radosnych jubileuszów. Z góry można by przygotować statystyki, ustalić procenty, zapobiec wypaczeniom. Najwyższe władze państwowe mogłyby dostosować bieg polityki wewnętrznej i wypadków międzynarodowych do obrazu i linii repertuaru uzyskując prostym sposobem upragnioną jedność, niezmiernie trudną do osiągnięcia przy zastosowaniu odwrotnego, tak bardzo skomplikowanego zabiegu. Dyrektorzy teatrów spaliby nareszcie snem spokojnym. Oto korzyści

A szkody? Czy w ogóle może być mowa o szkodach planowania? Na pewno nie. Dopiero solenne w y p e ł n i a n i e planów mogłoby stać się naprawdę szkodliwe zamieniając teatr w nieelastyczny mechanizm, w stwór pozbawiony kontaktu z życiem i rzeczywistością, w instytucję pedantyczną i martwą, z reguły marnującą najlepsze okazje, strzelającą z reguły niewypałami.

A więc pochwała improwizacji? - zapytają czytelnicy udręczeni tylekroć niezdecydowaniem dyrektorów i reżyserów, brakiem perspektyw, mglistością najbliższych nadchodzących dni i tygodni. Wstecz do Matuzalema? Z powrotem do praktyk zdawałoby się zapomnianych i zarzuconych?

Nic podobnego. I chociaż efektownie i po męsku byłoby się opowiedzieć za prawicą lub lewicą, ja wolę sobie stanąć rozsądnie pośrodku. Trzeba układać z dobrą wiarą i wolą plany repertuarowe, a nawet składać je w Centralnym Zarządzie Teatrów, trzeba je nieustannie zarazem zmieniać i poprawiać. Trzeba mieć role i sztuki, o których marzy się całe życie, aby ich czasem nie zagrać do końca życia, i trzeba, miast spać snem sprawiedliwego, wiercić się niespokojnie, przewracać z boku na bok, naradzać, przyglądać aktorom, dekoratorom, reżyserom, publiczności, oblizywać palec i wystawiać go przez okno, śledzić losy premier, zniżać się do czytania sztuk, nawet znanych od dawna, wybierać sztuki, obsadzać je, potem grać co innego i wtedy czasem zwyciężać. Często ponosić klęski. I znowu wszystko rozpoczynać od początku.

Taki jest teatr od dość dawna i takim zapewne będzie długo jeszcze. Uprawiali go w ten sposób najwięksi. Pewnie Szekspir, chyba Molier i na pewno Goethe, gdy swoje i Schillera sztuki Kotzebuem przetykał. Muszą tak czynić pomniejsi i najmniejsi, jeśli nie chcą się narazić na zarzut, że się im ostatnia kropelka krwi teatralnej w atrament zamieniła. Ta planowana improwizacja, dążenie do wytkniętych, przewidzianych celów i zawsze inne, nieprzewidziane popasy po drodze, mnie to się nawet podoba.

--

"Listy ze sceny. Seria druga", Czytelnik, Warszawa 1957, s. 98-101.