powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Nic nie jest takim, jakim się wydaje, so... don't judge!

"Sekretne życie Friedmanów" wg scenar. i w reż. Marcina Wierzchowskiego z Teatru Ludowego w Krakowie na Wybrzeżu Sztuki w Gdańsku. Pisze Magda Mielke w Teatrze dla Was.

Spektakl Marcina Wierzchowskiego podejmuje casus rodziny Friedmanów. Inspirowany nominowanym do Oscara filmem Andrew Jareckiego "Capturing the Friedmans" nie tyle skupia się na dochodzeniu do prawdy, przesądzaniu o niewinności lub winie oskarżonych, co snuje refleksję nad tym, jak jesteśmy postrzegani przez innych oraz jak łatwo wywołać medialną histerię.

Ojciec, matka, trzech synów. Śmieją się, wygłupiają przed kamerą, a także kłócą - jest jak w większości rodzin. Arnold (świetny, współczesny everyman Piotr Pilitowski) w dużych okularach, flanelowej koszuli i wysoko podciągniętych dżinsach wydaje się być uosobieniem spokoju i taktu, sympatyczny, dowcipny, swojski, przykładny ojciec i oddany mąż, szarak z amerykańskiego przedmieścia końcówki lat 80-tych. Okazuje się być szanowanym i wielokrotnie nagradzanym nauczycielem z Long Island, prowadzącym w piwnicy swojego domu prywatne kursy komputerowe dla dzieci. Pomaga mu w tym jego syn, osiemnastoletni Jesse (Piotr Frasanowicz).

Od samego początku uczestniczymy w traumie tej rodziny. Bohaterowie zyskują naszą sympatię i współczucie, by za chwilę stać się obiektami pogardy. Dowiadujemy się bowiem, że Jesse zostanie skazany na 13-lat pozbawienia wolności, a jego ojciec popełni w więzieniu samobójstwo. Obaj oskarżeni o molestowanie nieletnich. Z każdym kolejnym faktem szala naszych uczuć przechyla się na korzyść bądź niekorzyść oskarżonych. I tak już będzie do końca. Zarówno reżyser, jak i aktorzy nie wiedzą - albo nie dają temu wyrazu - czy Friedmanowie byli winni. Dzięki temu otrzymujemy bardzo zrównoważoną relację ze zdarzeń, a co więcej stajemy się ich uczestnikami.

Z sali kinowej do domu Friedmanów, na posterunek policji, do sali komputerowej, więzienia, sądu, ponownie do domu Friedmanów - razem z bohaterami przemierzamy kolejne punkty ich historii. Spacer ten przypomina uwięzienie w labiryncie, a nasza niepewność i dyskomfort staje się jedynie odpryskiem tego, co rzeczywiście mogli czuć członkowie tej rodziny. Wierzchowski komponuje spektakl tak, by był on dla widza wyzwaniem. Nie wiemy, gdzie nas zaprowadzą tym razem, czy zdołamy usiąść, czy będziemy stać, zaatakują pytaniem, a może znowu zaproponują wcielenie się w członków ekipy śledczej, poszukującej w domu Friedmanów śladów winy.

"Sekretne życie Friedmanów" opowiada o zdarzeniach, które wydarzyły się naprawdę. Problem w tym, że nie wiemy właściwie, co się naprawdę wydarzyło. Spektakl Wierzchowskiego nie jest ani próbą usprawiedliwienia pedofilii, ani wyjaśnienia skąd bierze się przeogromna siła oddziaływania mediów na społeczeństwo. Tematów, które pojawiają się podczas tej trzygodzinnej podróży wokół życia Friedmanów, jest całe mnóstwo. Z jednej strony mamy zmanipulowaną policję, adwokatów, prokuratorów, sędziów, ale też sąsiadów, rodziców i uczniów Arnolda, z drugiej historię ojca, który poświęca się dla syna, syna walczącego o dobre imię ojca, a także żonę i matkę, niepotrafiącą ocenić, co w jej życiu było prawdziwe. Wielkim bohaterem tego spektaklu staje się niemożność poznania prawdy. Nie mamy tu konfliktu dwóch stron; zeznania domniemanych ofiar - dwudziestu uczestników kursu komputerowego - są przekazywane w relacjach osób trzecich, nie pojawiają się też rodzice pokrzywdzonych dzieci - poza jedną matką, która staje w obronie nauczyciela. To raczej konflikt braku niepodważalnego materiału dowodowego z odrazą i niechęcią przesłuchiwanych i przesłuchujących, ulegających pedofilskiej histerii. Wreszcie to spektakl o nas samych, o łatwości wydawania osądów, które rujnują czyjeś życie i o różnicy między tym, jak postrzegamy siebie, a jak widzą nas inni.

Na szczególną uwagę zasługuje precyzja z jaką skomponowano kolejne elementy spektaklu, a szczególnie scenograficzna dbałość o detale. To, że widzowie wchodzą do wnętrza domu Friedmanów daje okazję do poszperania w ich rzeczach, pogrzebania w ich życiu, do czego namawiają sami twórcy, powierzając widzom role oficerów śledczych. Przeszukując szafki, grzebiąc w papierach, dotykając przedmiotów codziennego użytku, widz dokonuje gwałtu na intymności bohaterów. Twórcy świetnie wykorzystali możliwość, jaką daje uczynienie ze scenografii aktywnego czynnika zdarzeń.

"Sekretne życie Friedmanów" to też spektakl samych fantastycznych kreacji. Aktorzy stają przed nami dziwnie bezbronni, jakby ogołoceni z aktorstwa, pozbawieni wszystkich trików i wyuczonej gry. Eksponują intymność. Dla widza wejście w ten świat jest niemal koniecznością, bardzo intensywnym doznaniem. Podglądamy bohaterów, siadamy obok nich, zagadują nas w drodze do kolejnych miejsc. Nawiązujemy z nimi więź, a za chwilę okazuje się, że nic nie jest takim, jakim się wydaje. Magia teatru czy iluzja życia?

Magda Mielke - absolwentka Dziennikarstwa i studentka Filmoznawstwa na Uniwersytecie Gdańskim. Recenzentka filmowa i teatralna, miłośniczka współczesnej literatury.

Przedstawienie Teatru Ludowego w Krakowie prezentowane w ramach 9. edycji Wybrzeża Sztuki.