powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Po co w ogóle wystawiać Wyspiańskiego?

"Klątwa" w reżyserii Frljicia zaczyna się od pytania: jak dzisiaj wystawiać Wyspiańskiego? Ale przecież kryje się za nim inne, już niewypowiedziane pytanie: po co w ogóle dzisiaj wystawiać Wyspiańskiego? - pisze Kinga Dunin w miesięczniku Dialog.

Odpowiedź znajdziemy zapewne w "Skrzypku na dachu", gdy Tewje Mleczarz śpiewa: tradyszyn, tradyszyn, tradyszyn I jak pamiętamy, wynikają z tego same kłopoty. Czy możemy jednak bez niej się obyć? W końcu Wyspiański to nasz wieszcz, lub przynajmniej pół wieszcza, jego dramaty należą do kanonu, o ile kanon jeszcze istnieje, mamy też długą tradycję scenicznych realizacji, odpowiadających na wyzwania swoich czasów, interpretujących lub po prostu celebrujących tradycję. Czy można kontynuację, odczytywanie w nowych kontekstach, uwspółcześnianie, spieranie się z tradycją lub nawet celebrację naszego teatru w naszym teatrze w ogóle kwestionować, czyż ciągłość kultury nie jest oczywistością? Naszość nie wymaga przecież żadnych usprawiedliwień i jest też obojętna na zaklęcia o końcu paradygmatu romantycznego. Tak więc "Dziady", "Wesele", "Nie-Boska komedia", "Wyzwolenie", "Trylogia" i co tam jeszcze, na poważnie, na dziś, na klęczkach lub obrazoburczo, wciąż goszczą w polskich teatrach. I pytanie: a po co, może wydawać się tanią prowokacją. Podobnie jak twierdzenie, że naprawdę mogłabym się bez tego obyć, i nadal teatr polski pozostałby polskim. Jestem uczestniczką i, nie ukrywajmy, konsumentką - czyli kimś nastawionym na przyjemność - tutejszej kultury, i chociaż co prawda żyję w polszczyźnie, bez której powietrza nie mogłabym oddychać, ale wypełniają je treści zgoła inne.

Jest w nim między innymi wszystko, co daje się wchłonąć ze świata, nie zdradzając polszczyzny. Mój księgozbiór to pewno w dziewięćdziesięciu procentach tłumaczenia, a na playliście muzyki, której na co dzień słucham, nie ma ani jednego polskiego utworu (tu jednak polszczyznę zdradzam). Jako przeciętna odbiorczyni i specjalistka od niczego biorę to, co dają, i nie chłonę po nocach poezji Norwida, bo jednak wolę Emily Dickinson. I nie w tym rzecz, że to, co się dzieje w kraju, w jego kulturze, mnie nie obchodzi. Po prostu nie ciekawi mnie już ani nie inspiruje obracanie w kółko tych samych tematów, a nawet szturchanie tym, co oczywiście rezonuje, bo jestem stąd. Cóż z tego, że "Kto ty jesteś? Polak mały" wywołuje we mnie automatyczną reakcję: "Jaki znak twój?" itede. Prawdopodobnie nie jestem w tym odosobniona. Byłoby to jednym z wytłumaczeń, czemu twórcy w Polsce, nawet jeśli są Chorwatem, będą na tych naszych odruchach i emocjonalnym automatyzmie żerowali. Nie wykluczam też, że łatwiej jest dostać dotację na klasykę, a klasyka polska jest, jaka jest. Czasem jednak myślę, że najlepiej by było, abyśmy na jakieś dwadzieścia lat w ogóle o tej części naszej tradycji zapomnieli, o tych wszystkich "wielkich polskich pytaniach", bez względu na odpowiedzi, których zamierzamy udzielić. Pozostawmy cały ten bagaż rekonstruktorom bitwy pod Grunwaldem.

Kto wie, czy nie przemawia przeze mnie przekora i chyba zrozumiały dzisiaj bunt, niesmak i znudzenie. Nacjonalistyczno-ksenofobiczny dyskurs prawicy i dosyć przewidywalny kontr-dyskurs krytyczny oraz próby odwojowania symboliki narodowej przez centrum to magma, od której prawdopodobnie nie ma ucieczki. A pytanie: "po co wystawiać dziś Wyspiańskiego?" w jakimś sensie staje się magmy tej częścią.

Postawmy je więc konkretnym realizacjom.

Po co Frljiciowi był Wyspiański? Czy "Klątwa" nie spełniałaby swojej roli i nie wybrzmiewałaby równie mocno bez tego? A może to właśnie odwołanie do tradycji osłabia jej przesłanie? Cóż takiego ubyłoby tej sztuce, gdyby po prostu była jasną wypowiedzią przeciwko klerykalizmowi, nadużyciom księży i kościelnej hierarchii, oskarżeniem katolickiej ideologii o odpowiedzialność za opresję kobiet, mowę nienawiści i ksenofobię? Czy któraś z początkowych scen, ta przywołująca oryginalny tekst dramatu, naprawdę coś tu wnosi poza przypomnieniem - to już było. Wiemy, że było. A doceniając wszystkie cudzysłowy, które się potem pojawiają, metanarracyjną dekonspirację uwikłań instytucjonalnych, postawienie pytań o autentyzm, relację między rolą i aktorem, czyż nie jesteśmy świadkami tworzenia artystycznej przyzwoitki, która przypomina nam mimo wszystko, że teatr to teatr, a nie miejsce na prosty polityczny pamflet? Bo na to jesteśmy przecież zbyt wyrafinowani.

Ostatecznie spektakl taki jak "Klątwa" może stać się interwencją w przestrzeń publiczną jedynie mocą jego przeciwników, a nie siłą własnego przesłania, które w końcu niewiele wnosi do tego, co i tak wiedzą ci, którzy świadomie na niego się wybrali. To nie znaczy, że przedstawienie mi się nie podobało, przeciwnie, doceniam koncepty, grę aktorską oraz przyjemność, jaką daje nam potwierdzenie własnych poglądów i kulturalnego obycia, pozwalającego dostrzec grę z teatrem i jego konwencjami oraz urefleksyjnić związane z tym paradoksy.

Skąd jednak bierze się katharsis, które oferuje spektakl? Upada krzyż, a zza niego wyłania się orzeł poprawiony - mniej świetlisty i pozbawiony szponów. Nasza kochana lepsza Polska, bez której nie ma prawdziwych wzruszeń. Gdybyśmy na chwilę wrócili do "Klątwy" Wyspiańskiego, moglibyśmy znaleźć tam inny trop - krytykę wiejskiego, tutejszego zabobonu. Chcemy przenieść ten problem w dzisiejsze realia, do czasów, kiedy nie kamienuje się już na wsiach panien z dzieckiem? Voil! Uderzmy w zabobon religijny, a skoro obalony zostaje krzyż, niech to będzie zabobon chrześcijański. No nie, przecież kulturalni ludzie szanują wiarę, albo przynajmniej zachowują wobec niej rodzaj pełnego tolerancji respektu, problem mamy tylko z religią zinstytucjonalizowaną, i to na modłę konserwatywną, i może jeszcze z papieską idolatrią. Ale to wciąż nie dotyka istoty religii.

Uwolniona od demonów klerykalizmu Polska jest dla nas wciąż oczywistym punktem odniesienia. Trzeba ją tylko wyzwolić. Wybierzmy się zatem na "Wyzwolenie" w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego.

Ten spektakl już nie mógłby się obyć bez oryginalnego dramatu. Posiłkując się nim, reżyser stworzył groteskę, w której nieśmieszny komizm łączy się z nieprzekonującym patosem. I może to jest właściwa odpowiedź na pytanie, jak dzisiaj wystawiać Wyspiańskiego, chociaż nadal nie wiadomo po co.

"Wyzwolenie" podąża za pierwotnym przesłaniem dramatu - nie da się wyzwolić od pytań o Polskę. Gdy pracownicy techniczni - godność człowieka pracy! - budują Polskę, zostaje ona przesłonięta murem z tekturowych pudeł. Kiedy mur zostanie zburzony, okazuje się, że aktorzy są zamknięci w takich samych pudłach i nie mogą się ich pozbyć, za to wystawiają z nich łapki, w których dzierżą jakieś warzywa. Czyżby pudła, z których nie możemy się wyzwolić, zamieszkiwane były przez buractwo i cebulaków? (Czyli to na pewno nie jest o nas!) Na koniec słyszymy podniosły religijny utwór Góreckiego (podobno, nie jestem melomanką) i jeszcze dostajemy kolorowe dymy-gazy. Jak twierdzi Michał Łuczewski, dyrektor Centrum myśli Jana Pawła II, organizatora festiwalu wielkopostnego "Nowe Epifanie. Gorzkie żale 2017. Oto matka twoja", w ramach którego oglądamy "Wyzwolenie", chodzi o to, że jedyne wyzwolenie może odbyć się w wymiarze metafizycznym i przy boskiej pomocy. A poza tym "umarł Konrad, narodził się Jan Paweł II" - to cytat z programu festiwalu.

Może rzeczywiście o to chodziło Garbaczewskiemu. A może nie. Najważniejszą bowiem część spektaklu stanowi trwający około godziny, morderczy monolog wygłaszany przed kartonowym murem przez Annę Paruszyńską. Kobietę, ale mówiącą w rodzaju męskim. Może nie całkiem jeszcze kobietę, bo w zasadzie raczej hipsterską dziewczynkę w kolorowych podkolanówkach i za dużej koszuli. Dziewczyna na uszach ma słuchawki, a przed sobą laptop na pudle z monogramem JP2. Trochę nie wiadomo, czy to JP2 jest za, czy przeciw, a może po prostu jest to logo organizatora festiwalu. Aktorka wygłasza kwestie Konrada z aktu drugiego, wypełniając je emocjami, ale nie sensem. Niech będzie - Wyspiański dziś to bełkot, ale wciąż nas porusza.

Załóżmy, że obsadzenie w tej roli kobiety to nie jest efekciarski chwyt, podobnie jak komunikacja z laptopem. I że nie chodzi o to, że dziewczynki nie rozumieją Wyspiańskiego. Zresztą, kto go rozumie? Pójdźmy więc drogą słusznego feminizmu - kobiety były wykluczone z patriarchalnego dyskursu narodowych dramatów, więc nie mogą się w nich odnaleźć, chociaż bardzo się starają. Zza muru z kartonów - tak mi się wydawało - słychać było okrzyki z Czarnego protestu, ale może to było złudzenie. Pojawia się pytanie: co Konrad/aktorka widzi w laptopie i słyszy w słuchawkach? Partie Masek, z którymi rozmawia przez Skype'a? Inny domysł okazał się słuszny - ogląda rejestrację spektaklu Swinarskiego i słucha Jerzego Treli, i razem z nim mówi. W każdym razie potwierdzili to pracownicy teatru.

Z akcentów współczesnych był jeszcze San Escobar, jako jedna z proponowanych dróg wyzwolenia - co pozwoliło na chwilę rozrywki po godzinnym monologu. A jako jedna z możliwych odpowiedzi na pytanie, gdzie szukać wyzwolenia od odwiecznych polskich dylematów - w liberalnej, uniwersalistycznej utopii - dawałoby to szansę na jakieś rozwinięcie i pogłębienie współczesnych odniesień, ale skończyło się na hipsterach z placu Zbawiciela i Planu B. Planów C, D, E... najwyraźniej nie mamy, nawet jako eksperymentów myślowych. Wyspiański ponad sto lat temu miał ich mnóstwo. Nie wiem, czy warto wystawiać "Wyzwolenie" tylko po to, żeby powiedzieć, że nie mamy nic do powiedzenia. Może jednak nie o powiedzenie tutaj chodzi.

Spektakl wśród widzów wzbudził dość zróżnicowane reakcje - od niechętnych po entuzjastyczne. Jednak na pytanie, co właściwie wzbudza ten entuzjazm, najczęściej padającą odpowiedzią było, że spektakl ten należy oglądać sercem, a nie rozumem. I przyjmijmy to za dobrą monetę. Dla mnie była to taka plama Rorschacha, którą pokazywał nam szalony psychiatra - może podobny do tego z Lyncha, z "Miasteczka Twin Peaks". Każdy interpretował ją zgodnie z własnymi predyspozycjami. Czasem wydaje mi się, że wszyscy, którzy kolejny raz dają się wciągnąć w tę grę z polskim romantyzmem, postromantyzmem czy antyromantyzmem, są jak pacjent uzależniony od zbyt długo trwającej psychoanalizy, który wciąż nie wie, czy matka karmiła go częściej prawą piersią czy lewą, i co z tego wynika. Ja zobaczyłam w tym rorschachu komunikat, że dziś nie ma już po co wystawiać Wyspiańskiego, przynajmniej w ten sposób, a jeśli ktoś chciał powiedzieć, że JP2 ukrywał przypadki pedofilii, to mógł to zrobić bez mieszania w to Czwartego Wieszcza.