powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Boże Ciało, czyli Iluminacja

Film Zanussiego może być inspiracją dla współczesnych twórców. Obejrzeć "Barwy ochronne" 2017, tu i teraz, choćby w teatrze! - pisze ks. Andrzej Luter.

1. Sześćdziesiąt dni po Niedzieli Zmartwychwstania, czyli po niedzieli wielkanocnej, ruszą po polskich ulicach, drogach i wiejskich wertepach procesje z Najświętszym Sakramentem. Boże Ciało. I tak od wieków co roku trwa ten liturgiczny teatr. Dla wierzących przeżycie religijne (czasami popsute niemądrymi kazaniami), dla niewierzących zjawisko dziwne, czasami piękne. Do Łowicza zapewne znowu zjedzie sporo turystów zagranicznych (z Japonii jak zwykle najwięcej), ustawią się na poboczu i będą robić zdjęcia.

Wedle pisarza Jerzego Sosnowskiego pomysł, że w kawałeczku specjalnego rodzaju pieczywa kryje się Bóg i zarazem Ktoś, kto dwa tysiące lat temu żył jako człowiek, jest wstrząsający. Pomysł, że na domiar wszystkiego można przed nim klęknąć i z nim pogadać, to szok, po którym już nigdy nie powinno się być tym samym człowiekiem, co przedtem.

Tymczasem zbyt często ulegamy przesadnej racjonalizacji. Jakbyśmy się speszyli, że nie pasujemy do nowoczesności, i założyli kostium Trzeźwego Inżyniera. Ludzie pragną transcendencji, a kojarząc Kościół wyłącznie z bardziej lub mniej zrozumiałymi nakazami moralnymi, z fundamentalizmem i polityką, szukają często transcendencji poza nim.

Jeśli zatem uroczystości czwartkowych nie zniszczy jakiś marny kaznodzieja, Wielki Moralizator, to procesja Bożego Ciała może być takim transcendentnym przeżyciem.

Kogo zatem czcimy w tym "skrawku chleba"?

Sprawa fundamentalna: odkryć, że Bóg nie jest tylko instytucją, punktem odniesienia, siłą i mocą, ale że nade wszystko jest Osobą. Odkryć, że Bóg jest Osobą! Najpierw powinna być świadomość, że On jest Osobą, że ma uczucia, że kocha, że tęskni. Później można wchodzić z Nim w relacje. To jest, moim zdaniem, fundament, który ludzie dziś mogą zrozumieć, bo sami mają doświadczenie relacji, więc mogą sobie jakoś to uzmysłowić. Ważna jest świadomość, że postać Chrystusa nie jest wymysłem kilku nawiedzonych uczniów; nie jest efektem mitologizacji historii. Osoba i dzieło Jezusa z Nazaretu to przejaw Bożej ingerencji w ludzki świat. To pokazanie, że Bóg bierze na siebie ludzką kondycję, ze wszelkimi jej konsekwencjami - nieszczęściem, cierpieniem, głodem, że jest z nami na nowoczesnych, odnowionych ulicach i mias, i na wiejskich wertepach. Jest Bogiem bliskim, ale zasadniczy powód wcielenia polega na tym, że - jak mówili Ojcowie Kościoła - Bóg staje się człowiekiem, by człowiek stał się Bogiem. Problem w tym, że Bogiem nigdy nie będziemy, stąd możliwe rozczarowania. Ale może On przez nas działać.

Ale czy można tak przeżywać Boże Ciało, jeśli rzeczywistość skrzeczy? Zbyt często Kościół - szczególnie młodym ludziom, ale nie tylko młodym - kojarzy się z kreśleniem czarnej wizji rzeczywistości. Tak, jakby zapominał, że w ręku posiada Dobrą Nowinę, jakby nie wierzył w zapewnienie Zbawiciela, że bramy piekielne go nie przemogą. Jasne, że świat, w którym żyjemy, nie jest najlepszy z możliwych, ale może być dzięki nam trochę lepszy. W piętnowaniu zła świata istnieje jakaś łatwizna: oto definiuje się jako zło coś, w czym zło i dobro są splątane (może zresztą na ogół są), i w rezultacie odrzuca się nie tylko to, co godne odrzucenia, ale i to, co zacne.

Potępianie zła współczesnego świata zwalnia w subtelny sposób z niepokoju sumienia. Skoro zło jest wokół nas, nie ma go w nas. W oblężonej twierdzy przycupnęły anioły, które za murem i za fosą widzą tylko diabła.

Jeśli symbolem szatana ma być "Klątwa" Olivera Frlijcia , to znaczy, że nie rozumiemy, kim on jest naprawdę. A szatan to poważna sprawa. Dobrze go widzieć poza nami, wtedy poprawiamy sobie samopoczucie i żyjemy w nierzeczywistości. Byłem w końcu na tej inkryminowanej "Klątwie", obejrzałem ostatni spektakl przed wakacjami Teatru Powszechnego. Szerzej napiszę o nim w innym tekście, tu tylko zaznaczę, że po raz pierwszy w życiu przed rozpoczęciem sztuki zostałem skontrolowany przez policję od stóp do głowy, no, powiedzmy - do szyi, torbę też mi "zlustrowano", czy jakichś niebezpiecznych materiałów nie wnoszę. A to Polska właśnie!

2. W tym roku w okresie Bożego Ciała swoje kolejne urodziny będzie obchodził Krzysztof Zanussi, dla którego to święto jest zapewne bardzo ważne. Czas biegnie, a wydaje się, że "Iluminacja" i "Barwy ochronne", filmy formacyjne dla mojego pokolenia, miały swoje premiery tak niedawno. Teatru Zanussi nie czuje, delikatnie mówiąc, mimo licznych prób, dość wspomnieć tylko "Romulusa Wielkiego" Friedricha Dürrenmatta w Teatrze "Polonia". Ale myślę sobie, czy wspomniane dwa filmy nie mogłyby być inspiracją dla współczesnych dramaturżek i dramaturgów teatralnych, którzy tak chętnie tuningują klasyczne dzieła literatury? A przecież "Iluminacja" i "Barwy ochronne" to punkt wyjścia do rozmowy o sprawach fundamentalnych. Przykładów inspiracji filmowych w teatrze jest wiele, nie tak dawno oglądałem "Nocnego kowboja" w interpretacji Kuby Kowalskiego (Teatr w Wałbrzychu), czy "Absolwenta" w warszawskim Teatrze Dramatycznym; reżyser Jakub Krofta wykorzystał adaptację Terry'ego Johnsona powstała na podstawie powieści Charlesa Webba oraz scenariusza filmowego Caldera Willinghama i Bucka Henry'ego.

3. Obejrzałem zatem w ostatnich dniach ponownie "Iluminację" i "Barwy ochronne". Boże, to jednak Zanussi robił arcydzieła.

4. Był rok, chyba, 1976. Jedno pamiętam dokładnie, że natrafiłem na "Iluminację" zupełnie przypadkiem w podrzędnym kinie Robotnik przy ul. Wandy Wasilewskiej w Pabianicach. Podaję te wszystkie nazwy, bo oddają cały paradoks PRL-u. Na zewnątrz wiadoma ideologia i propaganda, zakłamanie, wszystko zgodne z linią partii, i oto wchodzę na prawie pustą salę tego komunistycznego kina i oczom nie wierzę. Olśnienie, na ekranie obraz antymaterialistyczny, metafizyczny, transcendentny wręcz, zrealizowany w formie eseju. Student Franciszek Retman, grany przez Staszka Latałłę, poszukuje sensu życia. Przeżył Marzec'68. Rozpoczynał swoje dorosłe i samodzielne życie w pomarcowym zaduchu. Stanął przed zasadniczymi wyborami życiowymi. Poszukiwał swojego miejsca. Jak znaleźć prywatny azyl w zatęchłej rzeczywistości, tak żeby zachować swoją godność człowieczą i kręgosłup moralny? To pytania aktualne w każdej epoce, ale w Polsce roku 2017 wybrzmiewają jeszcze wyraźniej.

Franek pragnął także odkryć Boga. Fizyka, którą studiował nie daje niepodważalnych odpowiedzi. Śmierć przyjaciela w Tatrach przynosi pytanie: co jest po drugiej stronie? Retman to prawie mój rówieśnik, starszy o kilka lat. Doskonale pamiętam, że oglądając w tym marnym kinie Robotnik dzieło Zanussiego, widziałem odwzorowanie moich ówczesnych wyborów i poszukiwań. Kościół nie był wówczas moją rzeczywistością, a o kapłaństwie nie myślałem wtedy nawet przez chwilę. Postać Franciszka stała się dla mnie najważniejszą figurą - powiedziałbym: egzystencjalną i duchową - tamtego czasu, przez którą patrzyłem na własne życie. Zanussi potrafił zadawać pytania. Wtedy jeszcze nie dawał pewnych siebie odpowiedzi. Wtedy tylko pytał.

Postać Franka Retmana symbolizowała dramat egzystencjalny wynikający z konfliktu między zamiarem i spełnieniem, a właściwie niespełnieniem. Dążył bowiem do nieosiągalnego ideału, a przecież takie pragnienie nadaje sens (bezsens) naszym poczynaniom. Przyznaję, mój stosunek do "Iluminacji" jest niezwykle emocjonalny. I do tego niezwykła forma "Iluminacji". Kompilacja fabuły, dokumentu, filmu oświatowego. Zobaczyć Franka Retmana w roku 2017, na przykład w teatrze.

5. Na początku filmu prof. Władysław Tatarkiewicz wyjaśnia pojęcie iluminacja. Jest to pojęcie, które sformułował i nazwał św. Augustyn, dając wyraz przekonaniu, że wiedzę osiągamy przez oświecenie umysłu. W takim momencie oświecenia umysł bezpośrednio widzi prawdę, tak jak oczy widzą realny świat, widzi ją wprost, bez rozumowania. Iluminacja nie jest jednak bezmyślną ekstazą, zachwyceniem, jest spotęgowaniem myśli. Ażeby osiągnąć ten stan, potrzeba tylko czystości serca. Ta czystość serca jest ważniejsza niż działanie umysłu.

6. "Barwy ochronne" to był film wydarzenie. Wszedł na ekrany w 1977 roku, w tym samym czasie co "Człowiek z marmuru" Wajdy. Władza oszalała, mogłoby się wydawać, pozwala na filmy przeciw sobie. Coś tu jest nie tak - pomyślałem, to za piękne, żeby długo trwało. Chodziło się zatem na te filmy kilka razy pod rząd, z przekonaniem, że komuniści za chwilę je zdejmą z ekranów. Po seansach wylewał się na ulice tłum ludzi, bo sale były zawsze wypełnione, a część widzów siedziała na schodach. Byłem częścią tego tłumu, miałem poczucie uczestnictwa w czymś ważnym. Zrazu "Barwy ochronne" odbierałem jako wielki moralitet miażdżący rzeczywistość PRL-u: zakłamanie, cynizm, wszechogarniającą hipokryzję, od której nie byli wolni także rzekomo zbuntowani studenci. W takim dużym uproszczeniu interpretowałem "Barwy ochronne" po pierwszym oglądzie. W ferworze buntu antykomunistycznego połykałem z radością wszelkie aluzje wymierzone we władze. Poszukiwaliśmy przecież aluzji skierowanych przeciwko komunistom, odbieraliśmy każde niedopowiedzenie, gest, mrugnięcie okiem. Kilka dni później poszedłem po raz drugi, potem po raz trzeci i czwarty, cały czas do tego samego kina, nazywało się ono "Młoda Gwardia" ( nazwa, że aż ciarki po plecach przechodzą), mieściło się w Łodzi na skrzyżowaniu Zielonej z Piotrkowską, w czasie seansu słychać było przejeżdżające tramwaje. Szybko doszedłem do wniosku, że to nie był jednak film polityczny, ale wtedy - w określonym momencie historycznym - widzowie tak go odbierali. "Barwy ochronne" odbierałem zatem na początku zbyt prosto, tymczasem jest to film niejednoznaczny, skomplikowany, poplątany w wymiarze relacji międzyludzkich i w wymiarze aksjologicznym. Film doskonały i zawsze problematyczny.

Uniwersalność i ponadczasowość zapewniła "Barwom..." obecność odwiecznego problemu człowieka: chodzi o kuszenie. Kuszenie faustowskie! Jest zatem kusiciel, cyniczny i niby (podkreślam słowo: niby) szatański docent Jakub Szelestowski (genialny Zbigniew Zapasiewicz). Jest też kuszony, czyli zagubiony i niezdarnie walczący o swoją wolność magister Jarosław Kruszyński (Piotr Garlicki), usztywniony, dobrze wychowany, zdyscyplinowany. Przewrotność Zanussiego polega na tym, że widza bardziej angażuje i porusza postać docenta, który jest na swój sposób uczciwy, kiedy szydzi z otaczającego świata, z miernoty i tandetności środowiska uniwersyteckiego, przesiąkniętego serwilizmem. Jakub świadomie założył maskę, poznał układy i akceptuje je, a jednocześnie nimi pogardza, prowadzi grę, bo chce w spokoju przetrwać; jest to postawa przekraczająca granice systemów politycznych. Dlatego kpi z idealizmu magistra Jarka, którego lubi, ale jest przekonany, że młody adiunkt nie wytrwa w swoim młodzieńczym nonkonformizmie. Pozornie zarażając złem młodego adiunkta w istocie próbuje go ocalić. Film o kamuflażu, o granicy, do której jest on dopuszczalny.

"Barwy ochronne" przetrwały jednak próbę czasu i fascynują do dziś, bo nie są prostym moralitetem, tylko - jak pisze Jakub Majmurek - "jednym z najciekawszych traktatów o cynizmie w historii kina, unikającym zarówno łatwych potępień, jak i oportunistycznej afirmacji postawy cynicznej".

Film Zanussiego może być inspiracją dla współczesnych twórców. Obejrzeć "Barwy ochronne" 2017, tu i teraz, choćby w teatrze!

7. Tak że proszę państwa, Zanussi wielkim reżyserem... jest. I pozostanie. A "obce ciało" zawsze może się przyplątać, trzeba je tylko szybko przegonić i powrócić do swojej tożsamości. Tożsamości Wielkiego Wątpiącego. Tylko wątpliwości napędzają wiarę i sztukę. Pewność to droga do zatracenia.

8. Zanussi mówił kiedyś o wstędze Moebiusa jako o uniwersalnej metaforze: przedstawia ona formy geometryczne w postaci przestrzennej ósemki - forma ta ma pozornie dwie strony - w rzeczywistości można ruchem ciągłym przejść z jednej strony na drugą. (...) Jako metafora wstęga Moebiusa może służyć do zilustrowania wszelkiej dwoistości zjawisk (niby dwie strony a jedna).

9. Ojciec Bazyli z koptyjskiego monastyru powiadał, że w życiu nic nie jest prawdziwe, oprócz tego, co niedoświadczalne. "Patrzmy nie na to, co się da zobaczyć, lecz na to, czego zobaczyć się nie da". Wszystko, co da się zobaczyć, jest ulotne. A to, czego się nie da zobaczyć, jest wieczne. I z tą myślą będę adorował Boże Ciało.