powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Polski sen

"Jesteśmy teatrem niezależnym, nie mamy siedziby, nie mamy pieniędzy, ale mamy marzenia." Te słowa padają ze sceny w najnowszej produkcji Teatru Alatyr - "Rokcy Babloa" w reżyserii Jakuba Kasprzaka, w której artyści zdecydowali się opowiedzieć o sobie i o drodze ku realizacji pasji - o spektaklu w Teatrze Rozrywki w Chorzowie pisze Marta Żelazowska z Nowej Siły Krytycznej.

Alatyr jest teatrem w pełni profesjonalnym, niezależnym, założonym przez kilku twórców z miłości do sztuki, z chęci zajmowania się nią zawodowo i z głodu kontaktu z publicznością, także tą, która nie często odwiedza teatry instytucjonalne (nawiązuje w ten sposób do tradycji teatru wędrownego). Zespół powstał z chęci samorozwoju i artystycznego spełnienia. I choć nie dostaje olbrzymich dotacji od państwa, nie ma siedziby, nie występują tu twarze z telewizji - i tak działa. Produkuje premiery, zdobywa nagrody na festiwalach, jakby na przekór wszystkiemu. W imię ideałów i sztuki. Dzięki determinacji członków grupy dąży do realizacji wyznaczonych celów, spełnienia "amerykańskiego snu" w Polsce.

"Rokcy Babloa" inspirowany jest biografią Sylvestra Stallone ("Szalona kariera Kopciuszka z Hollywood" Adriana Wrighta), który urodził się ze sparaliżowanym policzkiem, co mu uniemożliwiało prawidłową wymowę, ale marzył o aktorstwie, także wbrew warunkom fizycznym. Przyjechał do Nowego Jorku, chodził z castingu na casting, lecz ciągle go odrzucano. Zadebiutował w 1970 roku w filmie erotycznym "Wieczorek u Kitty i Studa", starał się o kolejne role, lecz były to głównie epizody - jak rola chuligana z metra w "Bananowym czubku" Woody'ego Allena. Zainspirowany walką Muhammeda Ali z nieznanym bokserem Chuckiem Wepnerem, który mimo zmasakrowanej twarzy i połamanego nosa, nie poddał się i mało brakowało a pokonałby mistrza, w dwa dni napisał scenariusz "Rockiego" i ruszył do wytwórni.

W spektaklu śledzimy kolejne spotkania Sylvestra Stallone (Rafał Pietrzak) z producentami filmowymi, wszystkie kończące się odmową. Wreszcie trafia do studia Chartoff-Winkler, na twarzy producenta - jogina (Michał Karczewski) - dostrzega przebłysk zainteresowania. Z przejęciem zaczyna snuć wyobrażenia o mającym powstać filmie. Rozpoczyna go pojawiający się na ekranie wielki biały napis "Rocky", w tle słychać muzykę, ukazuje się sala gimnastyczna. Rocky Babloa (Bartosz Budny) jest chłopakiem z dzielnicy, bokserem półamatorem, biorącym udział w nielegalnych walkach. Od tej chwili opowieść Sylvestra Stallone momentami zmienia się w teatralną adaptację filmu Johna G. Avildsena z 1976 roku.

Kasprzak nie chce znudzić widza, odtwarzając sceny z filmu jeden do jednego, przedstawia je w sposób lekko ironiczny, żartobliwy. Rozbawiło mnie spotkanie Babloi z nieśmiałą, małomówną Adrian w sklepie zoologicznym. To seksownie ubrany manekin, słucha z zastygłą twarzą opowiadanych przez absztyfikanta dowcipów, a obok stoi śliniący się i sapiący pies (Rafał Pietrzak). Cudowny jest monolog żółwia wodnego (Michał Karczewski), wychwalającego zalety ludzi o charakterze żółwi, czyli tych, którzy nigdzie się nie śpieszą, bo wiedzą, że nie warto - wszędzie jest tak samo. Reżyser wprowadza drobne zmiany, smaczki, które może wychwycić uważny widz: dłużnik Gazzo, któremu Rocky ma obciąć palce, nie proponuje oddania kurtki lecz spodnie; po nocnej walce w klubie bokser zapala papierosa, w spektaklu nie może się go doprosić.

Intryguje już tytuł, w którym przestawiono litery w nazwisku boksera-amatora. Nie jest to przypadkowy błąd, jak dowiadujemy się z opowieści aktorów. Wytwórnia Chartoff-Winkler dowiedziawszy się o przewidzianym na realizację spektaklu budżecie, zrezygnowała z udzielenia pozwolenia na wykorzystanie scenariusza filmowego. Nie można też było użyć muzyki z filmu, więc aktorzy znane motywy wymruczeli i użyli kompozycji Pawła Jeleniewskiego, napisanych (jak się podśmiewali) dla jakiegoś teatru w Polsce, podobno zabawnego.

Scenografia (Adam Karol Drozdowski) ograniczona jest do niezbędnego minimum. Z tyłu sceny ustawiony stelaż z przypiętymi sznurami drewnianych koralików, jakie dawniej wieszano w drzwiach. Sprawiają wrażenie zużytych, podkreślając trudną sytuację materialną bohaterów. Z prawej strony widać stojak z workami bokserskimi sygnalizujący przestrzeń sali treningowej. Na scenę wnoszony jest składany fotel, z rozdartą granatowa tapicerką, na którym przesiaduje Adrian. Z przodu sceny stoi wykonana z płyty wiórowej skrzynia do crossfitu, w której aktorzy przechowują rekwizyty. Jednak nie tyle scenografia ustawia przestrzeń, co światło. Aktorzy ubrani są w sportowe stroje, charakter postaciom nadają rekwizyty: a to okulary - znak rozpoznawczy Woody'ego Allena, a to czapka - emblemat trenera Mickey'a Goldmilla. Atrybutem Sylvestra Stallone i Rockiego Balboi jest natomiast czarna skórzana kurtka i kapelusz, aktorzy przekazują je sobie w kolejnych scenach.

Mimo iż postaci grane są przez dwóch aktorów, odniosłam wrażenie, że są tożsami, stanowią przedziwną jedność. To bardzo ciekawe rozwiązanie, analizując bowiem biografię Sylvestra Stallone trudno wyzbyć się przeświadczenia, że scenariusz filmu oparł na własnych doświadczeniach. Jak jego bohater miał włoskie korzenie, rodzice byli w separacji, za agresywne zachowania został wyrzucony z kilkunastu szkół, był zagrożony demoralizacją. Miał problemy ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy, kilka tygodni spał na dworcu autobusowym, sprzedał nawet swojego psa. Ale nie poddawał się, wciąż chodził na castingi, wierzył, że zostanie aktorem. Za scenariusz "Rockiego" zaproponowano mu sto dwadzieścia pięć tysięcy dolarów, ale Stallone postawił warunek, że musi zagrać główną rolę. Stawkę podnoszono, by wybić mu ten pomysł z głowy, jednak aktor był nieugięty i zagrał Balboę za trzydzieści pięć tysięcy dolarów. Film stał się hitem, zarobił dwieście milionów dolarów, dostał dziesięć nominacji do Oscara, zdobył trzy statuetki. Amerykański sen się spełnił.

Aktorzy w spektaklu grają siebie. I choć wcielają się w role, aby przez pryzmat sukcesu Sylvestra Stallone i zrealizowanego celu Rockiego Balboi (wytrwania piętnastu rund w walce z Apollo Creedem), to opowiadają o własnej drodze ku urzeczywistnianiu marzeń. Bartosz Budny, Michał Karczewski, Rafał Pietrzak improwizują - kolejno opowiadając o trudnościach, jakie musieli pokonać, by zostać aktorami i grać w teatrze. Cel mieli wspólny, ale sposoby realizacji różne. O swoich doświadczeniach mówią zupełnie inaczej. Monologi Rafała Pietrzaka i Bartosza Budnego przypominają stand-up comedy, wywołują uśmiech. Rafał Pietrzak nigdy nie miał "planu B", celem było tylko aktorstwo i choć kolejne próby zdobycia indeksu kończyły się fiaskiem, nie poddawał się, próbował. W międzyczasie był członkiem zespołu pieśni i tańca, uczył się aktorstwa w prywatnej szkole, występował w teatrze objazdowym wystawiającym bajki dla dzieci, pracował jako kucharz we włoskiej knajpie. Jego koledzy pisali prace magisterskie, kończyli studia, a on ciągle próbował. "Heroizm czy czysta głupota?" - napisał w dzienniku. Do szkoły aktorskiej dostał się za szóstym razem. Marzeniem Bartosza Budnego było zagrać w teatrze. Skończył Wydział Sztuki Lalkarskiej filii warszawskiej Akademii Teatralnej w Białymstoku i przyjechał do stolicy. Chodził na castingi, chociaż był chwalony - nie udawało się. Zarabiał na życie kelnerując w knajpie na placu Zbawiciela. Nie załamał się, miał jeden cel. Pożyczył pieniądze na scenografię i przygotował monodram na podstawie "Hamleta" Williama Shakespeare'a.

Improwizacja Michała Karczewskiego jest inna od pozostałych. Rozpoczyna ją wspominany monolog żółwia, ale jego zabawowy ton stopniowo łagodnieje. Aktor przygotowuje widzów do zmiany nastroju, zadając pytania: czy jesteśmy szczęśliwi? czy czujemy się spełnieni? czy rodzice popełnili błędy w naszym wychowaniu? Karczewski mówi o niełatwym dzieciństwie. Zaprogramowano go na zdobycie dobrego zawodu, zrobienie kariery. Każdą godzinę szczelnie wypełniały mu zajęcia dodatkowe: treningi koszykówki, szkoła muzyczna (brakowało czasu na przygotowanie się do lekcji, więc wspomagał się kawą). Każdy stopień był niewystarczający, bo zawsze oczekiwano wyższego. Role Selera i Czerwonego Kapturka w szkolnych przedstawieniach sprawiły, że teatr stał się jego pasją, celem i sensem. Karczewski mówi o tym, jak rozczarował wszystkich, wybierając aktorstwo zamiast prawa, medycyny, geodezji czy teologii. Opowiada bez cienia żalu w głosie, refleksyjnie, jakby próbował odpowiedzieć sobie na zadane wcześniej widzom pytanie: czy rodzice popełnili błędy w naszym wychowaniu. Improwizacja Karczewskiego jest przejmująca.

Marzenia bohaterów/aktorów spełniły się, zrealizowali postawione sobie cele, lecz daleko im do spełnienia amerykańskiego snu, to raczej "polski sen" z brakiem stałej pensji, zdolności kredytowej, ubezpieczenia, z kilkudziesięcioma wysłanymi CV, na które nikt nie odpowiada, z łapaniem jakiejkolwiek pracy, by mieć za co żyć. Ale mimo że czasem jest trudno, są szczęśliwi. Robią to, co kochają, o czym zawsze marzyli. Zawód wykonują z wielką pasją i zaangażowaniem, co widać na scenie. "Rokcy Babloa" nastraja pozytywnie, daje wiarę, że warto marzyć, bo marzenia się spełniają.

***

Marta Żelazowska - magister pedagogiki, w trakcie studiów podyplomowych Wiedza o teatrze z elementami wiedzy o filmie w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk.