powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Siedem czarnych kur

"Chory z urojenia" wg Moliera w reż. Janusza Wiśniewskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Pisze Jarosław Klebaniuk w Teatrze dla Was.

Rozważania o przemijaniu, śmierci, bezwartościowości ludzkiego życia, niewierności najbliższych, chciwości pozornych przyjaciół, małostkowości i głupocie lekarzy za sprawą Janusza Wiśniowskiego i współpracującej z nim ekipy uzyskały oprawę artystyczną, dzięki której stały się nie tylko możliwe do wytrzymania, lecz miłe dla oka. Charakterystyczny dla tego reżysera zestaw środków znalazł zastosowanie tym razem na deskach Dużej Sceny Teatru Polskiego we Wrocławiu. Do tego, aby odnotować sukces zabrakło co najmniej jednej ważnej rzeczy: widowni. Ta po raz kolejny świeciła pustkami, a szkoda, bo nie było to stracone 70 minut.

Uderzająca w tym teatrze jest groteskowa wybujałość stroju, charakteryzacji i kroku. Poszczególne postaci uzyskały nie tylko niepowtarzalny lub świadomie, jak w przypadku Stażystów, zdwojony, czy, jak w przypadku Dzieci, spięciokrotniony wygląd, lecz także właściwy sobie sposób poruszania się. Silna charakteryzacja, niekiedy niemal cyrkowa, w połączeniu z sięganiem pełnymi garściami do repertuaru pantomimy dały efekt interesujący i przyjemny dla oka. Tak rozbuchanej teatralności w teatrze często brakuje. Minimalizm środków nie zawsze się sprawdza, a tutaj - konsekwentnie zastosowane - zaowocowały przedstawieniem niemal doskonale spójnym. Pomimo tego, że autorzy opracowania dramaturgicznego sięgnęli nie tylko po tytułowy dramat Molire'a, lecz także po teksty Achmatowej, Audena, Strindberga, Eliota, Rilkego, Dickinson, Frosta, a nawet do "Księgi Hioba", spektakl skleił się w zgrabną całość.

Groteskowym portretom głównego bohatera, lekarzy i stażystów wtórowały takież wizerunki śmierci. Większość żeńskich bohaterek została pokazana w mniej zdeformowany sposób niż mężczyźni, zaś Aniela i jej Kochanek - nawet realistycznie. Dominowała jednak kontrolowana brzydota, a obok Argana najbardziej prześmiewczy wizerunek - ośle uszy, chód, a w pewnym momencie nawet "mowę" - nadano młodszemu z doktorów Lestibudua. Niesamowitość powierzchowności bohaterów podkreślała muzyka, rytmiczna, niemal cyrkowa, która cichła, lecz nie milkła, gdy toczyły się między nimi rozmowy lub wygłaszane były monologi.

Byliśmy świadkami wielu scen zbiorowych, pośród których wyróżniały się konsylia - hałaśliwe, kłótliwe, niekonkluzywne, zakończone wzajemnym poobrażaniem się przez "monsieurs". Zapaść w pamięć mogła także scena przy herbatce i sztucznym ogniu, kiedy to kwestie balansowały pomiędzy wyświechtanymi komunałami a głębokimi kwestiami o życiu. Muzyka podkreślała emocjonalność stwierdzeń w rodzaju: "Nie wiem, kim jestem. Nie wiem, dokąd dążę". Niektóre fragmenty nawet i bez muzyki zrobiłby wrażenie. Na przykład mocna, nieco odstająca w kierunku nowoczesnej ekspresji, scena operacji chirurgicznej obejmowała między innymi wyrzucanie wnętrzności do cynkowego wiadra gospodarskiego.

Spektakl rozpadał się niejako na dwa wątki i dwie konwencje. W ciszy i w sposób klasycznie dramatyczny, bez groteski i deformacji, niejako jeden do jednego, rozgrywane były sceny między kochankami (Paulina Chapko i Błażej Michalski). Tutaj można było dopatrzeć się psychologicznej głębi: nieprzepracowanej traumy po utracie dziecka, żalu do partnera, braku porozumienia, prób ucieczki od związku, nierozwiązywalnego bez pomocy z zewnątrz konfliktu. Jednak zdecydowana większość pozostałych scen grana była z muzycznym tłem - komediowo, choć gorzko. Spory zespół aktorski współpracował znakomicie, dobrze się synchronizował, a miło było spod ciężkich charakteryzacji usłyszeć znajome i lubiane głosy, jak choćby Agaty Skowrońskiej, którą tak bardzo z Elą cenimy i której tak brakuje nam w Ad Spectatores.

Teatralność podkreślana była nie tylko przez sztuczność kostiumów, lecz także przez zwracanie się aktorów raczej do widzów niż do siebie nawzajem i przez powtarzalność parad przez scenę ostentacyjnie własnymi krokami. Brak dodatkowego (z mikrofonami) nagłośnienia kwestii na żywo, konserwatywne, jednobarwne oświetlenie, powstrzymanie się od kamerowania i natychmiastowej projekcji, a także bardzo oszczędna scenografia - wszystko to zadecydowało o klasyczności tego spektaklu.

"Chory z urojenia" budził skojarzenia - za sprawą czerni kostiumów, starych mebli, starannie ustawionych scen zbiorowych, nienaturalności scenicznego ruchu, pantomimiczności i powtarzalności scen - z "Naszą klasą" Tadeusza Kantora. Trudno mieć pretensje o czerpanie z takiego mistrza, zwłaszcza jeśli jest się wychowanym na tamtym teatrze - dziwacznym i niesamowitym. Należy jednak uczciwie przyznać, że Wiśniewski czerpał przede wszystkim z samego Wiśniewskiego. Pamiętam, jak wielkie wrażenie w pierwszej połowie lat 1980. zrobił na mnie "Koniec Europy", z którym przyjechał na festiwal do Wrocławia. Drobienie drobnymi kroczkami, niekiedy w obuwiu podwyższającym postaci, prezentacje kolejnych "kuzynek", cyrkowa bufonada i poczucie, że dzieje się na scenie coś naprawdę ważnego utkwiło we mnie jako teatralne wspomnienie chyba już na całe życie.

Na spektakl grany jakieś 35 lat później szedłem z pozytywnym uprzedzeniem i nie rozczarowałem się. Złośliwi mogliby rzec, że niewiele postąpił Janusz Wiśniewski w swoim artystycznym rozwoju, skoro sięga wciąż po te same, choćby najlepsze środki. Ela, której spektakl podobał się, jak ostatnio rzadko cokolwiek, zauważyła jednak przytomnie, że można przecież poczytać te podobieństwa za przejaw konsekwencji. Rzeczywiście, warto zauważyć, że idąc na przedstawienie tego reżysera wiadomo, czego się spodziewać. Jeśli ktoś lubi widowiskowy, plastyczny, groteskowy, a przy tym bardzo klasyczny teatr, to na Zapolskiej spędził czas w wartościowy sposób.

Jarosław Klebaniuk - Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski