powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jeden czy sto

Każdy z nas nosi w sobie obraz teatru. Czasem ten sam przez całe życie, czasem zmieniający się z latami. Próbujemy realizować nasz ideał. Udaje się lub nie. Borykamy się z okolicznościami, z ludźmi, z samymi sobą - pisał Erwin Axer w "Listach ze sceny".

(...) es gibt nicht ein Theater,

es gibt hundert (...)

Thomas Mann

Czytuję pilnie wszystko nieomal, co się w Polsce pisze o teatrze. Słucham pilnie niemal wszystkiego, ci się o teatrze mówi. Lojalnie i pełen dobrej woli staram się wypełniać postulaty. Pięćdziesiąt procent polskich sztuk współczesnych, dwadzieścia pięć klasyki polskiej, dwadzieścia zagranicznej, pięć procent w stylu dowolnym. Usunąć Bus-Fekety'ego, wprowadzić Bus-Filippiego. Pół na pół współczesne polskie i radzieckie. Pięć procent klasyki! Czterdzieści procent radzieckich odjąć i dodać co łaska. Zdjąć kotary! Zabrać schodki i podesty! Uwaga, formalizm! Uwaga, naturalizm! Na początku było słowo. Nieprawda! Na początku był gest. Nieprawda! Teatr to literatura. Teatr to teatr, teatr to walka, teatr to idea, teatr to nauka, trybuna, rozrywka (godziwa), świątynia, ufff... ufff.

Każdy z nas nosi w sobie obraz teatru. Czasem ten sam przez całe życie, czasem zmieniający się z latami. Próbujemy realizować nasz ideał. Udaje się lub nie. Borykamy się z okolicznościami, z ludźmi, z samymi sobą.

To nas uprawnia do nietolerancji. Zwalczamy obcych proroków, głosicieli nie naszych, a zatem fałszywych haseł, czcicieli nieprawych bóstw. To właśnie my jesteśmy owymi ludźmi, z którymi oni się borykają, oni - przeszkodą na naszej drodze. Precz z Ixem! Precz z Ypsylonem! Zero jest najwyższą formą i obrazem boskiej doskonałości.

Bardzo wysoko nad kryształową kopułą niebios prawdziwi bogowie z uśmiechem słuchają szczęku słów, który tutaj nie głośniejszy jest od brzęczenia komara. A raczej nie słuchają go wcale. Wolą czytać godne bogów dzieła Homera, Goethego i Adolfa Rudnickiego, nasze zaś spory nie wydają się im ważniejsze od uroczystych przemówień ministrów, dyplomatów, marszałków i prezydentów. Bogowie bowiem znakomicie odróżniają prawdziwą wzniosłość od pozornej, wielkość od małości. Wiedzą również, że na tym nikczemnym padole, którego krąg ich oczom nie wydaje się większy niż owe "o" sceniczne oczom Szekspira, jest miejsca dość dla Ixa i dla Ypsylona, a nawet dla doskonałej formy zera.

Jeśli jednak tolerancja boża wydaje mi się rzeczą słuszną i znakomitą, jeżeli rozumiem i usprawiedliwiam własną i moich kolegów nietolerancję, to przyznam się, że trudno mi zrozumieć, o co chodzi tym paru dziesiątkom publicystów, polemistów i działaczy artystycznych, którzy przyczepieni do karuzeli teatralnej, płyną od Ochłapkowa do Vilara i od Brechta do Łesi Ukrainki, zawsze przecie jedną nogą stojąc w miejscu, na ziemi. Zachowują się oni tak, jakby byli kierownikami literackimi jednego jedynego w Polsce, ba! na całym świecie, teatru. Jak gdyby istniał teatr niezmienny w czasie i przestrzeni, jak gdyby istniał jeden jedyny, słuszny i prawowity tego teatru program.

Cóż to komu szkodzi - powie ktoś - że Kott odkrył receptę współczesności w połączeniu opery chińskiej, Brechta i moskiewskiego Teatru Małego, że Pomianowski sięga w przyszłość sztuki socjalistycznej, ukazując w imaginacyjnej realizacji Schillera imaginacyjnego poetę łączącego w jednej osobie zalety Szekspira, Korniejczuka i Pomianowskiego, że Puzyna w nadbudowie komentatorskiej wynalazł uniwersalną receptę na niedostatki teatru, że Treugutt, najradykalniejszy ze wszystkich, niedoskonałe teatry tej ziemi zastąpił idealnym i w pełni doskonałym, bo nieistniejącym "teatrem propozycji", na który żywy istniejący teatr może już tylko jedną kontrpropozycją odpowiedzieć. Cóż to wreszcie komu szkodzi, że Jaszcz podsumowuje wszystko, co w ciągu ubiegłych lat uczyniono, stwierdzając, że wszystko było złe w szczegółach, lecz w zasadzie dobre, i można z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć, że to samo powie o następnych dziesięciu latach. Nie szkodzi to nikomu, i raczej podziw niż niechęć należy się krytykowi, który wyższe dobro mając na względzie, nie boi się wejść w konflikt z prawdą, czego ulękło się tylu wielkich pisarzy. Naprawdę. Nie szkodzi to nikomu. Ostatecznie każdy ma prawo nieść pod powieką swoją wizję teatru, jedynie prawdziwą, pod warunkiem...

O ten warunek właśnie chodzi. Jest to warunek i konieczność nieuszczęśliwiania całego świata własnymi koncepcjami. Nienarzucania innym tego, co my uważamy za jedyne i najlepsze. Możemy stać na rogach ulic i z całej siły płuc okrzykiwać prawdy naszej wiary. Biada jednak teatrowi, biada sztuce, gdy te prawdy zostaną na rogach ulic rozklejone z podpisem prezydenta miasta. Wtedy już wszystko musi być słuszne i wszystko złe.

Teatr jest bowiem świątynią, rozrywką i reprezentacją, cyrkiem, wiecem, szkołą, zebraniem towarzyskim, obrzędem i zabawą, propagandą i bezinteresowną kontemplacją, nie tylko gdy mowa o różnych epokach, i gdy jedynie terminologia, słowa "teatr", "scena", "aktor", łączy ze sobą dziesiątki zupełnie odrębnych zjawisk, ale również w jednym czasie i w jednym, nawet socjalistycznym kraju.

Chcieć temu w setkach form zawsze odradzającemu się teatrowi dać jeden program, jedną formę i jeden ściśle określony cel, to znaczy chcieć jego śmierci. A to już jest i nierozsądne, i niemożliwe.

luty 1956

***

Erwin Axer "Listy ze sceny. Seria druga", Czytelnik, Warszawa 1957, s. 89-93.