powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Co łączy teatr polski i skandynawski, czyli Teatralny Ty-Dzień Dziecka - część I

Teatr Lalek "Pleciuga" w Szczecinie ma tak liczną publiczność, że nie sposób byłoby jednego dnia wszystkim zapewnić miejsce na widowni, aby uczcić Międzynarodowy Dzień Dziecka. Święto przeobraziło się w Teatralny Ty-Dzień Dziecka. Określenie "międzynarodowy" zobowiązuje, więc organizatorzy zaprosili do wspólnych obchodów zespoły ze Skandynawii - pisze Maria Maczuga z Nowej Siły Krytycznej.

Grupy zaprezentowały spektakle o zróżnicowanej tematyce i stylistyce, aby każdy widz, w zależności od wieku oraz upodobań, mógł znaleźć coś dla siebie. Wszystkie przedstawienia nawiązywały do prapremiery "Wodnej opowieści", która zainaugurowała festiwal. Ci, którzy oglądali więcej niż jeden spektakl, mieli zabawę w tropienie podobieństw.

Wodny eksperyment

Akcja "Wodnej opowieści" Maliny Prześlugi w reżyserii Roberta Drobniucha rozgrywa się w jeziorze. Kijanka Tosia i rybka Franek przychodzą na świat w tej samej chwili. Stają się nierozłączni, zaprzyjaźniają się. Dopiero, gdy zaczynają dorastać spostrzegają, że się różnią. Tosi rosną nogi i pływanie męczy ją coraz bardziej. Mimo to przyjaźń przeradza się w miłość. Nie zniechęcają ich słowa Karpia Bożonarodzeniowego, że taki związek jest niemożliwy, ani narzekania Szczupaka na żonę i małżeństwo. Przeszkodą staje się brak tlenu. Na ratunek Tosi przychodzi Robak zarzucony na przynętę. Wodne stworzenia wiele razy ratowały mu życie napinając linkę, żeby wędkarz wyciągnął go na powierzchnię. Tym razem Robak zabiera ze sobą żabkę. To już prawie koniec historii z happy endem, ale nie jest ona tak dziecinnie prosta, jak mogłoby się wydawać.

Robak tłumaczy żabce i rybom, że rzeczywistość na lądzie wygląda zupełnie inaczej niż pod wodą. Twórcy zaufali widzom i podjęli ryzyko użycia doskonale znanych środków wyrazu na opak. Zanurzają widzów w brudnym jeziorze, a nie bajkowej krainie, gdzie dominują pastelowe kolory i delikatne dźwięki. Tiulowe kotary i mleczne przesłony sprawiają, że obraz się rozmywa. Pod wpływem światła przybiera sinoniebieską, brudnozieloną, tylko chwilami różową barwę. Akwen ma swoją wodną melodię. Artyści na oczach publiczności wydobywają dźwięki z plastikowych butli, rurek, ogromnych, szklanych mis wypełnionych wodą. Motyw przezroczystych, kulistych kształtów (bąbelków) powtarza się w rekwizytach i elementach kostiumów. Aktorzy ubrani są na biało, a ich stroje nie mają żadnego rybiego elementu. Formy lalkowe, które sporadycznie pojawiają się na scenie, pozostają bezkształtne i bezbarwne, przypominają białawe obłe flagi.

Tak jak Tosia i Franek nie widzieli między sobą różnicy, tak i widzom trudno ją dostrzec. Zwłaszcza, że żadnego zachowania postaci nie można być pewnym. Powtarzające się sekwencje z Robakiem za każdym rozegrane zostają w odmienny sposób. Artyści wszelkimi możliwymi sposobami starają się przeszkodzić publiczności w komfortowym odbiorze, nawet przechadzając się po fotelach na widowni, gdy na scenie rozgrywa się akcja. Ryby mają głos, ale pod wodą brzmi on inaczej. Aktorzy zamieniają się kwestiami, czasem migają, a komunikat dochodzi z innego źródła. W tym mętnym świecie najwyrazistszy przekaz płynie ze słów. Najważniejsze padają w piosenkach i zostają zilustrowane choreografią. Zespół dał wspaniały podwodny koncert. Rozśmieszył występ Karpia (w rytm bulgoczącego świątecznego standardu), któremu wydaje się, że jest Św. Mikołajem. Wzruszający był hiphopowy utwór samotnego Pstrąga, opowiadający o tym, jak porzucił rodzinę uciekając z hodowli. Szlagiery: "Na całych jeziorach Ty", "Wielka woda", "Falowanie i spadanie" zyskały nowe znaczenia, a figury breakdance stały się miłosnymi gestami. Widzowie dali się uwieść eksperymentalnej sztuce. Powstał świetny spektakl, który uczy akceptacji i szacunku odmienności oraz otwartości na nieznane sposoby wypowiedzi w sztuce.

Matematyka dla najnajów

Teatr Handbendi Brúuleikhús z Islandii zaprezentował najnajom "Dzień pod pierzynką"[na zdjęciu]. Maluszki i ich opiekunowie zaproszeni zostali do sypialni. Siedząc na poduchach pod baldachimami, obserwowali Mamę w szlafroku, która czule opiekuje się swoją Gwiazdką (miękka lalka). Z pudełek do przechowywania rzeczy, jakie często znajdują się w garderobach i sypialniach, wyjmuje tkaniny układające się w świat przyrody. Zabiera Gwiazdkę i widzów do lasu pełnego rozśpiewanych ptaków, a następnie nad morze. Artystka pobudza dziecięcą wyobraźnię przez wrażenia wzrokowe, słuchowe, ale też dotykowe. Dzieci mogły przytulić dzianinowego królika; musnąć wieloryba uszytego z kołdry; spojrzeć na rybki przez błękitny tiul, którym aktorka okryła publiczność; zaobserwować, jak chmurka przybiera kształt statku, po czym oderwać jej fragment i zamknąć w dłoni. Spektakl jest też wariacją na temat liczby pięć, pojawia się pięć dzwonków, pięć pudełek, kwiatek ma pięć płatków, rozgwiazda i gwiazda pięć ramion, a Mama pięć placów u dłoni. Sztuka skonstruowana z subtelnych dźwięków, ciepłego światła, miękkich materii, przyjaznych gestów była znakomitym, łagodnym wprowadzeniem w świat teatru niemowląt i ich opiekunów, którzy pierwszy raz przyszli do teatru .

Dla bardziej obytych teatralnie rodzin z maluszkami Teatr Lalek "Pleciuga" przedstawił "A ku ku!". Para aktorów komicznie ogrywa kolorowe geometryczne bryły. Dzieci zauważały podobieństwa między prostymi obrazami, przedstawiającymi góry, domki, słońce, znajdującymi się na kotarach okalających scenę i figurami, które porządkują animatorzy. Spostrzegały też, że jeden z kształtów nie pasuje do reszty. To jajo, z którego wykluwa się krokodylek. Smutny malec szuka mamy. Bryły różnią się wielkością, ale przypominają części ciała krokodylka. Układają się w jego mamę. Artyści za pomocą matematyki opowiadają historię o rodzinie oraz wzajemnej pomocy, bo gdyby nie wspólne działanie nie udałoby się odnaleźć i ułożyć krokodylej mamy. Przyjemne dla ucha dźwięki, zmienne rytmy i tajemnicze odgłosy sprawiły, że dzieci z łatwością dały się wciągnąć w geometryczną opowieść o emocjach. Nie bez znaczenia okazała się swoboda, z jaką aktorzy prowadzili zaplanowane działania, będąc jednocześnie wyczulonymi na spontaniczne reakcje najnajów.

Oblicza tańca

Artyści Dance Theatre Hurjaruuth z Finlandii dowiedli, że z kilkuletniego widza można wciągnąć sztuką w dyskusję na poważne tematy wzbudzające niepokój. Publiczność "Flory i fauny" zmierzyła się ze zmianami klimatycznymi i degradacją środowiska. Poetycko ujęty problem pokazany w nowoczesnej, multimedialnej formie zafascynował publiczność. W wyciemnionej przestrzeni na podłodze sceny zmieniają się obrazy. Najpierw skuwa ją lód, tak spektakularnie, że dzieci zapomniały o strachu przed ciemnością. Następnie wyrasta góra lodowa. Tancerka traktując wielką płachtę folii niczym kostium-rekwizyt przedstawia topienie się lodowca. Wrażenie potęgują muzyczne pluski tworzone na żywo. Śpiew humorystycznie opowiadający o różnorodności roślin i zwierząt, ze względu na barierę językową, oddziaływał dźwiękiem, lecz tak intensywnie, że widzowie bacznie obserwowali wędrówkę tancerki przez wody, wśród bujnej roślinności, w śniegu. Zaproszone na scenę dzieci, ochoczo włączyły się w działania i taniec. Artyści znaleźli też sposób, żeby sprowokować widzów do wspomnienia aktorki, która dotarła na pustynię z opróżnioną, plastikową butelką po wodzie. Po spektaklu zdradzili im techniczne szczegóły i zachęcili, by sami spróbowali sterować projekcjami i dźwiękiem za pomocą rekwizytów, którymi posługiwała się tancerka.

ZebraDans ze Szwecji udowodnił, że tradycyjny teatr tańca - "Puszka! Opowieść o miłości" - może zachwycić młodych widzów, o ile zostanie przygotowany na najwyższym poziomie. Dwie tancerki, doskonale panując nad ciałem i idealnie współgrając ze sobą, pokazały jak złożoną relacją jest przyjaźń. W pierwszej sekwencji ukryte za kotarą przedstawiają taniec cieni. Zabawą w chowanego wywołały śmiech widzów. Gdy tak skoncentrowały na sobie uwagę, bez przeszkód już sterowały nastrojem. Każdy ich ruch wychodzi z emocji i trafia w dźwięk. Przygasające światło wydobywa kontrast kostiumów artystek, szarego i pomarańczowego, a rozjaśniające się sprawia, że ubrania się dopełniają. Zmianom oświetlenia towarzyszy zmiana rytmu muzyki: wolniejszy, gdy ciemniej, żwawszy, kiedy jasno. Używają zaledwie jednego rekwizytu - puszki. To wystarczyło, żeby dzieci bezbłędnie odczytały: radość, euforię, ciekawość, nieśmiałość, znudzenie, niepokój, oburzenie, złość, smutek, obrzydzenie, a emocje im się udzielały. Widzowie bez słów rozumieli, że wszystkie te uczucia towarzyszą przyjaźni i żadne z nich nie jest złe. Puszka zawiera nie płyn, lecz zapach, więc bardzo rozbudziła wyobraźnię i ciekawość. Opuszczając widownię można było zajrzeć do pojemniczka i powąchać zawartość, ale fantazji, to nie poskromiło.

Powody do śmiechu

Urok "Głupoli" Teatteri Mukamas z Finlandii polega na tym, że jest to klasyczna bajka w stylu, jaki coraz rzadziej można zobaczyć w teatrze. Artyści posługują się clownadą, niewielkimi lalkami i muzyką ludową. Opowiadają historię miłości Chłopa i Baby, którzy wiodą sielskie życie w Głuptasiowie. Siła spektaklu tkwi w sposobie narracji i absurdalnej fabule. Aktorzy ubrani w stroje inspirowane lokalnym folklorem, skocznie przygrywając na instrumentach, witają się z publicznością i rozpoczynają grę. Scena pudełkowa zamienia się w wiejskie obejście z domkiem i koślawym, drewnianym płotem. Aktorzy wcielający się w Chłopa i Babę posługują się wyłącznie mową ciała, rekwizytami, czasem lalkami. Z boku sceny znajduje się narratorka, która nie tylko opowiada historię, ale i buduje nastrój grą na instrumentach-przeszkadzajkach. Po przeciwnej stronie lektor tłumaczył tekst. Rozwiązanie wydało się naturalnie wpisane w przedstawienie. Nie zaburzało rytmu, a widzowie nie tracili wątku. Narracja i obrazowa gra aktorów gestem były tak dopracowane, że tworzyły iluzje kwestii. Artyści płynnie przechodzili z planu żywego do lalkowego (lalki Chłopa i Baby są wiernym odwzorowaniem, w małej skali, aktorów) oraz łączyli oba plany, gdy na scenie pojawiały się zwierzęta. Bajka przypadła publiczności do gustu ze względu na komizm sytuacyjny istotnie związany z warstwą dźwiękową. Twórcy unikają prostych, chwytliwych gagów, odwołują się do abstrakcyjnego poczucia humoru dzieci. W pierwszych scenach śmiech wywołany na widowni skrzypieniem drzwi był jeszcze nieśmiały, ale w sekwencji, w której Chłop wynosi w papierowej torebce ciemność z domu bez okien, a Baba na podwórku łapie światło do reklamówki i wpuszcza je do izby, już wrzało. Aktorzy, żeby zapanować nad rozbawionymi dziećmi zaangażowali je w akcję, prosząc o rady. Przedstawienie nie tylko było zbiorem żartów, posiadało też czytelny, ale nienachalny przekaz dotyczący wartości rodzinnych. Powstał spektakl trafiający do dziecka, które pierwszy raz w życiu zasiada na widowni, zachęcający je do kontynuowania teatralnej przygody. Sztuka zaspokaja także wyrafinowane gusty młodych teatromanów.

"Vera i woda" Bíbí og Blaka z Islandii to solowa, taneczna impresja na temat pogody. Na scenie znajduje się kilkanaście rozłożonych szarych i niebieskich parasoli. Słychać odgłosy deszczu. W pewnym momencie dzieci zaczęły spontanicznie naśladować aktorkę i imitować dźwięk wody. Dzięki figlarnej choreografii i radosnej mimice tancerki spektakl stał się radosny. Wera z uśmiechem poddaje się porywom wiatru. Pogoda ducha jej nie opuszcza nawet wtedy, gdy zrywa z niej nieprzemakalną pelerynę. Przed marznącym deszczem chroni się pod wielkim parasolem. Jej rozbawienie, gdy gra na wietrznych dzwonkach i smakuje dużych kropel wykonanych z lodu, udziela się dzieciom. Każdy doświadczył kiedyś lizania sopli czy jedzenia śniegu - wspomnienia wracają. Obserwacja naturalnych procesów, kiedy krople topiły się i woda kapała na podłogę, sprawiła widzom największą frajdę. Wera ślizga się po zamarzniętej powierzchni. Co chwilę upada. Zaczyna padać śnieg. Tancerka gestami dobitnie oddała dziecięcy entuzjazm rodzący się na widok każdej kałuży i ślizgawki. Wreszcie ktoś odpowiednio dobrał język tańca współczesnego i przekonywująco wypowiedział myśl, że nie ma złej pogody, jest tylko złe do niej nastawienie.

Kalejdoskop wrażeń

Prapremiera "Wodnej opowieści" stała się impulsem do zaprezentowania skandynawskiego teatru dla dzieci. Teatralny Ty-Dzień Dziecka przerodził się w festiwal, w sam raz na miarę adresata. Mimo różnorodności zaproszonych spektakli, żaden nie znalazł się przypadkowo w programie. Polskie i skandynawskie propozycje prezentowały równie wysoki poziom artystyczny. Obserwując reakcje małych i bardzo małych widzów dało się zauważyć, że tak samo atrakcyjne były dla nich przedstawienia tradycyjne, jaki i nowatorskie, od śmiesznych po poważne (komiczne zdominowały festiwal). Najsilniej oddziaływała na dzieci muzyka tworzona na żywo. Spektakle tańca wzbudzały żywiołowe reakcje i prowokowały do interakcji, młodzi odbiorcy łatwiej niż dorośli odczytują komunikaty przekazywane ruchem. Przedstawienia odnosiły się do tematu przyjaźni lub przyrody, zwłaszcza środowiska wodnego, ale na szczęście organizatorzy nie przypisali festiwalowi hasła, które narzuca interpretację. "Wodna opowieść" pojawi się jeszcze w "Pleciudze". Oby Teatralny Ty-Dzień Dziecka powrócił za rok.

**

Teatralny Ty-Dzień Dziecka, 27 maja - 3 czerwca 2017, Teatr Lalek "Pleciuga" w Szczecinie.

Maria Maczuga - ukończyła kulturoznawstwo, specjalność teatrologia, na Uniwersytecie Łódzkim. Pisze dla: www.kulturapoznan.pl, www.qlturka.pl, półrocznika dla rodziców i dzieci "Fika".