powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Teatr czy sprawiedliwość?

Któż ośmieli się twierdzić, że Kamiński, Zelwerowicz, Osterwa, Schiller lub Jaracz to byli ludzie "sprawiedliwi"? Nie: wymagający, gwałtowni, stronniczy w sądach, despotyczni w aprobacie i nienawiści, ale właśnie "sprawiedliwi". Nie byli nimi na pewno w tym sensie, w którym używają dzisiaj słowa "sprawiedliwość" członkowie zespołów aktorskich na swoich zebraniach, wiecach i naradach - pisał Erwin Axer w "Listach ze sceny".

Pouczano mnie z dawien dawna, że w teatrze należy się strzec wołających o sprawiedliwość: tych, którzy żądają czegokolwiek dla siebie, lub, co gorsza, dla innych - w imię sprawiedliwości. Dobry aktor żąda roli lub pieniędzy, sławy, przywilejów i stanowiska, wchodzi w konflikty z dyrekcją, odchodzi z zespołu z korzyścią dla innych teatrów lub pozostaje dla dobra swojego teatru. Zły aktor domaga się sprawiedliwości. Nie żąda niczego dla siebie, za to wszystkiego dla sprawiedliwości. Łączy się z innymi złymi aktorami, znajduje się w większości i obala dyrekcję.

Teatr przechodzi konwulsje, nowa dyrekcja zostaje ustanowiona i pada, jeżeli nie trzyma się zasad sprawiedliwości.

Tak więc sprawiedliwość byłaby przekleństwem teatru.

Czemu więc należy przypisać fakt na pozór paradoksalny, że w Reducie i Teatrze im. Bogusławskiego, w Ateneum i w Polskim nie brak było ludzi zadowolonych ze swojego teatru, nie brak było patriotów, którzy by dali się za swój teatr posiekać, dzisiejsze zaś zespoły nagminnie poszukujące sprawiedliwości są niemal zawsze potencjalnymi wrogami swojej sceny, za lada przyczyną gotowymi do zbrojnego natarcia?

W ostatnich czasach, po raz kilkadziesiąty w naszym kilkuletnim życiu upaństwowionego teatru, rozleciało się kierownictwo, które wywalczyło pewne sukcesy.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że kierownictwo tego teatru nie było kierownictwem sprawiedliwym nie tylko tam, gdzie z natury rzeczy być nim nie mogło, ale także poniekąd dla własnej przyjemności i z pewnej gorliwości, tak zazwyczaj miłej czynnikom administracyjnym, bo przejawiającej się w postaci pokaźnych kwot zaoszczędzonego kapitału.

Nie ulega również wątpliwości, że część zespołu tego teatru skorzystała z wyjątkowo grubymi nićmi przez parę osób uszytej intrygi po to, żeby zadośćuczynić swojemu rozgoryczeniu i podważyć egzystencję teatru.

A teraz zapytajmy, czy sprawiedliwość nie może otrzymać należnego miejsca w teatrze bez szkody dla sceny? Myślę, że tak nie jest. D ą ż y ć do sprawiedliwości w teatrze w sensie równych uprawnień dla każdego, to znaczy hołdować szkodliwej aberracji: o s i ą g n ą ć sprawiedliwość może każdy, kto potrafi stworzyć dobry artystycznie teatr z celowo skonstruowanym zespołem. Ponieważ w Polsce nie ma ani jednego dobrze skonstruowanego zespołu, przeto nie może być w teatrze połączenia sprawiedliwości z sukcesem artystycznym. Może być tylko sukces artystyczny wbrew sprawiedliwości lub sprawiedliwość w połączeniu z królestwem beztalencia, protekcjonizmu, filantropii, marnotrawstwa i biurokracji, i jak to się tam wszystko nazywa. Piękna sprawiedliwość! Cała logika obecnej organizacji teatrów chyli się ku takiej sprawiedliwości.

Reduta, Ateneum, Teatr Bogusławskiego i komercjalny Polski, mimo wielu wad, tej wady nie miały. Dyscyplina finansowa, ekonomia środków, bezlitosne prawa kapitalizmu wymagały celowej, rzetelnej konstrukcji zespołu.

Byłoby bardzo dobrze, gdybyśmy doszli do przyczyny, dla której socjalizm wymagający jeszcze większej dyscypliny finansowej i ekonomii środków wydał u nas stwory teatralne zbiurokratyzowane, niezdolne do życia, niezdolne do pełnienia roli kulturalnej, ideologicznej, artystycznej, do której socjalizm je przeznacza.

Do wyciągnięcia wniosków wystarczy nieco zdrowego rozsądku, który pozwoli odróżnić prawa i zasady socjalizmu od zasad i praw upaństwowionego biurokratyzmu; do poprawy stosunków wystarczy trochę odwagi i prawdziwego zainteresowania, którego tak bardzo nam brakuje.

Będzie mniej niezadowolenia, a i rezultaty lepsze.

Co zaś do garści "sprawiedliwych", która ma na sumieniu ten czy inny teatr, to nie umiem powstrzymać się od powtórzenia słów pułkownika Mirskiego, który, lubo wieziony do Szwedów na śmierć, rzekł ujrzawszy swój konwój rozsypujący się w bezładzie: "Tych żołnierzy kazałbym jednak rozstrzelać". I ja też. Nawet gdybym miał być posądzony o stronniczość i niesprawiedliwość.

***

"Czytelnik", Warszawa 1957, s. 67-70.