powiększwersja do drukupoleć znajomemu

W Kłaju i w Paryżu

Od kilku lat rozlega się z wielu stron wołanie o "rozmaitość" w teatrze. Głównie - w większej mierze niż o rozmaitości repertuaru - mówi się o pożądanej rozmaitości stylów, wyrazu inscenizacyjnego, form plastycznych - pisał Erwin Axer w "Listach ze sceny".

Niebezpieczeństwo unifikacji stylów przewidziano od razu w pierwszych miesiącach walki o realizm socjalistyczny, kiedy to w parze z eliminacją sposobów wypowiedzi uznanych za "formalistyczne" szło wezwanie o różnolitość środków w ramach jednej metody. Kiedy mimo wszystko do pewnej unifikacji doszło, rewizja niektórych pojęć zaczęła się w teatrze dokonywać głównie pod hasłem walki z "szarzyzną".

Czy naprawdę teatr w Polsce odznacza się szczególną, większą niż w innych krajach monotonią wyrazu artystycznego, czy jest naprawdę akademicki, bezbarwny, "zgleichszaltowany" pod względem formalnym? Sądząc z naszych własnych wypowiedzi, z opinii naszych krytyków, na pewno tak. Wystarczy prześledzić parę polemik, przeczytać kilka recenzji i posłuchać zarzutów wytaczanych w SPATIFie któremukolwiek przedstawieniu, żeby osądzić, że główną właściwością polskiego stylu teatralnego jest jednostajność gry, inscenizacji, repertuaru.

Kiedy przed rokiem gościliśmy zespół Vilara, Gérard Philipe już po krótkim pobycie zagadnął nas o przyczyny tej jednostajności. Zapytany z kolei o źródło swoich doznań - widział zaledwie jedno przedstawienie - powołał się na opinię naszych własnych autorytatywnych czynników, którą słusznie uznał za miarodajną. Tak więc szarość polskiego teatru otrzymała stempel urzędowy. Na próżno podrażnieni w swych ambicjach i patriotyzmie koledzy nasi poniewczasie powoływali się na rozpiętość tematów, sięgających od Moliera do Morstina, na rozpiętość stylów aktorskich, reżyserskich i inscenizacyjnych większą niż w niejednym innym kraju. Przepadło.

Tymczasem trudno nie dostrzec, gdy przypatrujemy się teatrom innych krajów i kultur, że można nam bardzo wiele zarzucić pod względem zawodowym, że w przedstawieniach naszych jest wyjątkowo dużo dyletantyzmu, że jednak odznaczamy się równie wyjątkowymi ambicjami w zakresie nowatorstwa inscenizacyjnego, oryginalności ujęć reżyserskich i dekoracyjnych. Nie umiem powiedzieć, czy należy to zjawisko uważać za dowód wysokiej kultury teatralnej, czy też prowincjonalizmu. Może raczej to drugie jest prawdopodobniejsze. W Niemczech, Francji, Związku Radzieckim, Anglii jest bardzo wiele przedstawień na wysokim poziomie, których twórcy bynajmniej nie stawiają sobie zadań nowatorstwa i odkrywczości. Bardzo trudno we Francji wnieść coś zdecydowanie nowego i oryginalnego w przedstawienie molierowskie i bardzo trudno w Anglii zobaczyć na nowo "Makbeta". Tylko niektórzy aktorzy i bardzo nieliczni reżyserzy stawiają sobie takie zadania. Większość jest szczęśliwa, gdy podoła tym obowiązkom i trudnościom, które stwarza istnienie doskonałych wzorów tradycyjnych.

Toteż liczba dobrych, konwencjonalnych przedstawień znacznie przewyższa liczbę inscenizacji naprawdę twórczych i w równej mierze, a może w większej niż te ostatnie, stanowi o prawdziwej kulturze teatralnej kraju.

U nas mamy do czynienia raczej ze świadczącymi o kompleksie niższości ambicjami rewelatorskimi i rewolucyjnymi w każdym spektaklu od Częstochowy do Warszawy i od Krakowa do Gdyni. Nie ma inscenizacji, która by sobie nie stawiała zadań reformatorskich, i przedstawienia, które by nie obwieszczało epoki.

Tego wymaga od nas prasa, kierownictwo życia kulturalnego, nasza własna ambicja.

Przerzucamy się od samochwalstwa do samokrytyki i od samokrytyki do samochwalstwa.

Przejmujemy się tym, że teatr Polski w Paryżu był kiepski, że nie stał na poziomie teatru chińskiego, Brechta i Vilara. Ale nie bardzo przejmujemy się tym, że teatr w Gdyni i Toruniu, w Opolu i Białymstoku stoi na poziomie Kłaja i Rypina.

Co do mnie, jestem za tym, żeby nieco tradycjonalizmu i akademizmu wnieść na sceny prowincjonalne, nieco swobody myśli i formy w przedstawienia czołowych teatrów.

Jedno i drugie będzie równie trudne.

październik 1955

Listy ze sceny. Seria druga, Czytelnik, Warszawa 1957, s. 54-57.