powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jak przegrałem zakład

Przegrałem zakład. Dzień przed konkursem napisałem, zgodnie z prawdą, że postawiłem pieniądze na kontynuację dyrekcji Jana Klaty. Zresztą, również w noworocznym felietonie wróżyłem, że Klata zostanie - pisze Witold Mrozek.

Dlaczego tak haniebnie chybiłem? Może wydawało mi się, że prawica zauważyła w końcu, że Klata jest nie tylko "nasz", ale też "ich". Może nie mieściło mi się w głowie, że wiceministra-teatrolożka Wanda Zwinogrodzka zaryzykuje powierzenie kierownictwa artystycznego jednej z najważniejszych i najtrudniejszych w prowadzeniu instytucji kultury teatralnemu Stanowi Tymińskiemu. Osobliwe to postrzeganie konserwatyzmu. Widocznie najważniejsze, by zniszczyć rzekomy bastion czegoś, co uważa się za "obce". I by zaspokoić oczekiwania radykalnego skrzydła elektoratu.

Ponury paradoks. Środowisko prawicy wyprzedzało niegdyś lewą stronę w stosowaniu pojęć takich jak "imitatorska modernizacja" czy analizowaniu polityczno-ekonomicznych relacji centrum-peryferia. Ale dziś właśnie to "godnościowa" prawica najlepsze tradycje i instytucje własnej kultury ceni niżej od anglosaskich wzorców. Zaś angielskiego reżysera nieznanego za bardzo nawet angielskim krytykom - o czym wkrótce więcej - woli niż własną artystyczną czołówkę, jak Klata czy Paweł Miśkiewicz. Mamy się uczyć od najlepszych, czyli od Londynu - mówi nowy dyrektor artystyczny z wdziękiem kolonizatora w korkowym kapeluszu. Wyraża w wywiadach kurtuazyjny szacunek do tradycji tubylców, jednak patrzeć każe na metropolię. Decyzją partii wracają lata 90.

Wprowadzenie anglosaskich wzorców wprost postuluje program Mikosa. W dużej mierze składa się z krytyki poprzedników, więcej jej niż pozytywnej opowieści - co daje temu dokumentowi brzydki posmak donosu. Krytyka to osobliwa, krytykuje się m.in. za niskie ceny wejściówek (bo sztucznie zawyżają frekwencję), pada też cały zasób konserwatywnej paplaniny, że dekonstrukcja, że aktorzy na mikroportach, że wszystko na jedno kopyto i doraźny komentarz do politycznej bieżączki. Powiedzmy wprost - krytyka ta wyssana jest w dużej mierze z kciuka prawej dłoni piszącego. Wiem o tym, bo jak czytelnicy e-teatru zapewne pamiętają, wielokrotnie krytykowałem Jana Klatę, niejednokrotnie dość ostro. Mam w tym większą wprawę niż Marek Mikos, który ostatnio regularnym pisaniem o teatrze zajmował się wieki temu.

Może dlatego dyrektor artystyczny Michał Gieleta odcina się od tego, co Mikos - jego przyszły przełożony - napisał w swojej koncepcji. Czy Gieleta myśli, że ten dokument go nie obowiązuje? A może po prostu przypadła mu rola "dobrego policjanta"?

Kolejny paradoks. Klatę, który w oczach lewej strony środowiska teatralnego stał się w ostatnich latach raczej zachowawczy, wyrzucają z etykietką "lewaka", "burzyciela", "rewolucjonisty" czy "dekonstrukcjonisty". Tym niemniej to teraz właśnie Staremu grozi rewolucja (konserwatywna) i zburzenie dotychczasowego modelu działania. Przejęcie sceny przy pl. Szczepańskim przez Klatę po Mikołaju Grabowskim niespełna pięć lat temu zdaje się zmianą bardzo umiarkowaną i ostrożną na tle reform proponowanych w programie Marka Mikosa: zerwaniem z tradycją teatru reżyserskiej wizji, XIX-wiecznymi podwójnymi dublurami każdego przedstawienia, czy choćby nocnym kabaretem z udziałem aktorów (czy ten pomysł z Macieja Nowaka rodem nie zaniepokoił szanownej komisji?).

Tymczasem od "dekonstrukcjonistów" wyzywa Klatę m.in. Wacław Krupiński z krakowskiego "Dziennika Polskiego". Krupiński koniec tej dyrekcji przyjął z ulgą, choć z ostatnich przedstawień był tylko na "Wrogu ludu" - jak mówi, kształt teatru proponowanego przez Stary Teatr z ostatnich lat go nie interesuje. (Nie) obserwowany w ten sposób Stary faktycznie może zdawać się, jak napisał Marek Mikos w swoim programie, "autorskim teatrem Jana Klaty". Tymczasem wizje Krzysztofa Garbaczewskiego z chociażby "Hamleta" leżą bardzo daleko od stylu Klaty. Wrażliwość Anny Smolar też jest zupełnie odmienna , nie mówiąc już o Weronice Szczawińskiej. No, ale żeby to wiedzieć, trzeba oglądać. I widzieć.

Czy krakowskie teatralne królestwo Jana Klaty miało wytyczone granice? Jasne, ale ostrzej przebiegały one wcale nie z tej flanki, z której się prawicowym krytykom Klaty wydaje. W Starym pojawiały się przedstawienia reżyserów uchodzących za zachowawczych: Anny Augustynowicz czy Mariusza Grzegorzka. Nie doszły do skutku za to podważające teatr pojęty jako reżyserowanie tekstów i przygotowywanie ról projekty Olivera Frljića czy Wojtka Ziemilskiego.

Póki co, tyle. Szersze podsumowanie dyrekcji Klaty - wkrótce. Z pewnością przyjdzie mi też prostować jeszcze sporo bzdur wygadywanych o ustępującym szefie Starego. A na razie przegranym zakładem dałem trochę radości niezawodnym starszym kolegom po klawiaturze. Wojtek Majcherek sugeruje nawet na swoim blogu, by za omylne kalkulacje przed finałem przyznać mi Nagrodę im. Komorowskiego. Dobry żart na lewicy szanujemy. Zaś smętnym dowcipnisiom, co martwią się, czy po przegranym zakładzie starczy mi do pierwszego, dziękuję za troskę i przypominam - wierszówki na Czerskiej dostajemy w połowie miesiąca. Dziś szesnasty. Żegnam się więc z Państwem, by pić na smutno.