powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Zawodziński dotknął Bizeta

"Poławiacze pereł" w reż. Waldemara Zawodzińskiego z Opery Wrocławskiej na XXIV Bydgoskim Festiwalu Operowym. Pisze Anita Nowak.

Po raz pierwszy od "Wesela Figara", na XXIV Bydgoskim Festiwalu Operowym "Poławiacze pereł" ponownie poderwali publiczność do stojącej owacji.

Urzeczoną przede wszystkim muzyką Georgesa Bizeta, przyszłego twórcy "Carmen". W brzmieniu nawet bliską późniejszemu utworowi. Jakby go zapowiadającą.

Gwoli uatrakcyjnienia historii i wzbogacenia warstwy brzmieniowej, akcję usytuowano w kulturowo bardzo odległej Europejczykom rzeczywistości; na Cejlonie. Stąd i w muzyce sporo motywów wschodnich. Dominuje typ melodii lirycznej i dalekie od jakichkolwiek schematów rytmicznych arabskie makam. Dzięki czemu melodie miękko się układają, łatwo wpadają w ucho. Ale muzyka Bizeta nasycona jest przy tym ogromną siłą, która porywa odbiorców niczym fale oceanu w czasie burzy.

Wzrusza też zapewne libretto opowiadające o tragicznej miłości, która omalże nie zniszczyła dwojga kochanków i pięknej męskiej przyjaźni. Innymi słowy o trójkącie, z którego wyjścia dobrego dla wszystkich po prostu nie ma.

W postać kapłanki Leili bardzo wiarygodnie aktorsko i rewelacyjnie wokalnie wcieliła się znakomita, młoda sopranistka Katarzyna Mackiewicz. Bardzo dobrze odnalazła się nawet w niezwykle trudnej koloraturowej kwantynie "Comme autrefois dans la nuit sombrer".

Wzrusza nostalgiczna aria Nadira z aktu pierwszego, którą poprzedza nastrojowe solo rożka angielskiego i wiolonczel.

Bardzo trudną wokalnie jest partia Nadira. Wymagająca szczególnie, nawet jak na tenora, wysokich rejestrów. Wcielający się w tę postać w festiwalowym spektaklu Andrzej Lampert nieźle odnajdował się w tych "podniebnych" rewirach. A jego ciepła barwa głosu i jasne, chłopięce emploi znakomicie konweniowały z lirycznymi uniesieniami postaci.

Mniej wokalnie efektowną partię Zurgi z wielkim kunsztem wykonywał, znakomity baryton, Mariusz Godlewski. Jego piękny, silny głos przydawał należnych postaciom władczych cech. Najciekawiej Godlewski zaprezentował się w akcie III, w kończącej spektakl, przepełnionej rozpaczą arii "O Nadir, tendre ami de mon jedne age", gdzie z siłą zmagały się rozpacz i żal.

Znaczącą rolę brzmieniową w tej inscenizacji odgrywa chór. Choć często usytuowany poza sceną, by nie tłamsić solistów, nie tylko przydaje całości dalekowschodniego klimatu, ale też odzwierciedla i podkreśla emocje bohaterów. A kiedy wraz z baletem znajdzie się już w świetle reflektorów, oczu od sceny oderwać nie można. Barwne obrazy w cudownych układach choreograficznych przekształcające się jedne w drugie, nasuwające całe feerie oryginalnych skojarzeń. Także poprzez kostiumy; na tle znaczących, symbolicznych dekoracji, rozkrzyczanych barwą, dookreślanych światłem. Wschodni przepych w potężnym wachlarzu alternatywnych znaków!

Nie sposób zapomnieć obrazu, w którym to, złożony w kształt przypominający muszlę, balet, w opalizujących trykotach i nakryciach głowy, wyłania ze środka perłę. Albo niesamowity wschód słońca! Oko w przesuwających się, sygnalizujących upływ czasu obręczach. Czy też obłędny pomysł skontaminowania śmiercionośnych strzykawek z klepsydrami przesypującymi ziarenka życia w scenie oczekiwania Leili na wykonanie wyroku.

Waldemar Zawodziński wraz Marią Balcerek (scenografia), Małgorzatą Słoniowską (kostiumy), stworzył tu zjawiskowej urody całość, daleką od intelektualnego banału i wizualnego kiczu. Nie pozwala odbiorcy na rozleniwienie i percepcję wprost. Realizacja to godna geniuszu kompozytora. Wsparli go też bardzo znacząco dyrygent Paweł Przytocki i orkiestra, choreograf Janina Niesobska i Anna Grafowska-Borys, która perfekcyjnie przygotowała chór.

Wielkie dzięki dyrektorowi Maciejowi Figasowi, za nieustawanie w zabiegach o ściągnięcie Opery Wrocławskiej na Bydgoski Festiwal Operowy.