powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Sprawiedliwość dziejowa

Mieszkaliśmy wtedy w mieście Halberstadt w środkowych Niemczech, sześćdziesięciu uwolnionych jeńców z powstania. Z okien pięknego domu, który zajęliśmy prawem kaduka - mieściła się w nim przedtem ochronka - rozciągał się widok na niewielki plac staromiejski i zaraz dalej na folwarczek, w którym uderzał oczy widok gęsi i kaczek kąpiących się w ogromnej kałuży - pisał Erwin Axer w "Listach ze sceny".

- Jak to było? - zapytał. - Co się stało z Niemcami, którzy nie zdążyli uciec z Polski? Czy ponieśli zasłużoną karę?

Prawdę powiedziawszy nie byłem przygotowany na to pytanie. Za oknami żółcił się ogródek, ale paręset metrów dalej szarzały nie sprzątnięte dotąd gruzy Berlina. Przyszedłem, by wyrazić zachwyt z powodu przedstawienia i oczekiwałem raczej konwencjonalnej wymiany zdań.

Pisarz nie lubił jednak tracić słów na próżno. Ze spotkania musiał wyciągnąć korzyść dla siebie. Chociażby najmniejszą.

Zawahałem się.

- Było niesprawiedliwie - odrzekłem. - Wielu łotrów umknęło, a niewinni marnie poginęli. Tak. Chyba nie było w tym sprawiedliwości.

Pisarz pokręcił głową i wyraz oczekiwania zgasł w jego oku.

- Sprawiedliwość nie jest rzeczą tak prostą - powiedział.

Najwyraźniej nie spełniłem jego nadziei.

Patrzył na mnie spod przymrużonych powiek i nawet zapalając cygaro nie spuszczał z oka, jak gdyby był całkowicie przekonany, że we mnie, który widziałem, zawarte jest potwierdzenie sądu, który on powziął daleko stąd.

To mi pochlebiło i gniewało mnie zarazem. Postanowiłem jak najprędzej wstać i pożegnać się i wtedy przypomniałem sobie najbardziej niesprawiedliwą historię, jaka mi się kiedykolwiek przydarzyła.

Mieszkaliśmy wtedy w mieście Halberstadt w środkowych Niemczech, sześćdziesięciu uwolnionych jeńców z powstania. Z okien pięknego domu, który zajęliśmy prawem kaduka - mieściła się w nim przedtem ochronka - rozciągał się widok na niewielki plac staromiejski i zaraz dalej na folwarczek, w którym uderzał oczy widok gęsi i kaczek kąpiących się w ogromnej kałuży. Dalej za klepiskiem były zabudowania gospodarcze, w których poza wielką ilością kóz i owiec mieszkali nasi rodacy, sprowadzeni z dalekiej Ojczyzny do przymusowych robót.

Podczas gdy u nas panował rygor wojskowy i względny porządek, na dole dymiły ogniska, lał się spirytus, dzień i noc buchały krzyki, fermentował nieustanny ruch.

Od obozu "cywilów" odcinało nas nie tyle ogrodzenie - wielka brama stała dzień i noc otworem - ile nasze nowe mundury z pięknymi, złotymi guzikami, ile - uchwytny mimo życzliwości - odcień pogardy dla ludzi, którzy zbyt łatwo zgodzili się służyć Niemcom.

Pewnego dnia, gdy bujne życie na klepisku zdawało się już nieco zamierać, bo zapasy były na wyczerpaniu, mieszkańcy obozu wpadli na nowy pomysł. Majątek gospodarstwa, w postaci niezliczonych owiec i kóz, został wystawiony na sprzedaż po cenie dwóch marek za sztukę. W ten sposób postanowiono zebrać kapitał na nowe zasoby spirytusu, podtrzymującego radość odzyskanej wolności.

Nie minęła godzina, gdy obszerne boisko zaroiło się od ludzi. Od bramy wzdłuż stawu z kaczkami aż do jednej ze stodół, w której był magazyn żywego towaru i kasa, ciągnął się gruby ogon złożony z jeńców rozmaitych narodowości i cudzoziemskich robotników wszelkiego autoramentu. Z wysokości naszego pałacu oglądaliśmy to rojowisko z zaciekawieniem nie stłumionym jeszcze przez obycie z dziwacznymi zjawiskami tego okresu, który miał tyleż wspólnego ze snem co z rzeczywistością. Odwróciłem się od punktu obserwacyjnego w oknie, gdy dwóch lub trzech Niemców wpadło do mego pomieszczenia.

W bezładnych zdaniach opowiadali o niebezpieczeństwie, w jakim znalazł się ich współplemieniec. "To profesor - wielki profesor" - powtarzał jeden o wyblakłej twarzy i trzęsących się rękach. "Pan przecież szanuje naukę? Nieprawdaż?" Dreptali w kółko, nie mogąc sobie znaleźć miejsca, i trudno było oprzeć się zdumieniu, że tak bardzo są podobni do Żydów wołających w niebezpieczeństwie pomocy "u dobrego Niemca". Z tego, co powiedzieli, wynikało, że naprzeciwko u "cywilów" rozgrywa się niewielka tragedia. Jakiś profesor wraz z córką przybył, by zakupić kozę - skuszony jej niską ceną. Wmieszał się w ogonek i prawie dosięgnął celu, gdy zdradził go akcent jego niemczyzny pozbawionej obcego nalotu. "Źli" Polacy, rozeźleni jeszcze bardziej jego bezczelnością, wywlekli go wraz z córką na środek dziedzińca, rower córki wrzucili do stawu, a teczkę profesora w gnój. I oto stał z bródką poplamioną krwią i błotem obok swojej wysokiej, chudej córki, pośrodku wrzeszczących i okładających go pięściami barbarzyńców.

W pierwszej chwili nikt mnie nie zauważył. Roztrąciłem uderzeniami pierwszy szereg, potem pomógł i krzyk, a kiedy znalazłem się obok profesora w moim mundurze ze złotymi guzikami - zrobiła się cisza.

Profesor drżącym głosem wyjąkał parę słów podziękowania i uczynił ruch do odejścia, najbliżsi rozsunęli się dając wolną drogę. Zatrzymałem go ruchem dłoni. - Nie - powiedziałem - nie. Polacy tak nie postępują. To było nieporozumienie. Dostanie pan z powrotem swoją teczkę z książkami i rodacy moi zwrócą pani rower.

Schyliłem się, żeby podnieść teczkę, i wtedy odezwały się pierwsze głosy sprzeciwu. Niemiec rozejrzał się niespokojnie i znowu chciał ruszyć. Zatrzymałem go raz jeszcze. Spokojnie przemówiłem do ziomków, starając się przełożyć im niestosowność ich postępowania. Ale złote guziki jak gdyby straciły swoją moc magiczną. Koło zacieśniło się. Widziałem groźne miny bliższych, słyszałem groźne głosy dalszych szeregów. Zacząłem coś pleść o honorze. Przerwali mi z miejsca. Oświadczyli, że powstańcy nic nie wiedzą, że nam się za dobrze wiodło, żeśmy sobie żyli wspaniale, kiedy ich, parobków, Niemcy prali po gębie. Mieli najwyraźniejszą ochotę, żebym teraz tego prania po gębie zakosztował.

Ci z tyłu napierali na najbliższych. Koło zacieśniło się. Przyparli mnie do Niemca. Wtedy zjawił się Rudnicki.

Rudnicki to był chłop z Zaleszczyk, który dostał się do nas od Berlinga. Wzięli do go niewoli na przyczółku czerniakowskim z odłamkiem w żebrach. Namówiłem Stabsarzta Kretschmara z lazaretu w Elbingerode, żeby mu wyjął ten odłamek, i Rudnicki przysiągł mi dozgonną wdzięczność. Nie była ona do pogardzenia zważywszy, że miał postawę goryla, a siłę buhaja.

I oto któryś z kolegów zauważywszy mnie w opresji wezwał Rudnickiego.

Spadł jak burza. Roztrącił jednym rzutem ramienia prześladowców i znalazł się koło mnie. Zanim zdążyłem wydać głos, jego pięść spadła z siłą młota parowego, nim zdążyłem się spostrzec, nieszczęsny profesor leżał w błocie.

Rodacy rozstąpili się nic nie rozumiejąc. Stracili jakąkolwiek przyczynę do ataku na mnie.

Jęcząc i stękając żywotny nad podziw profesor dźwigał się z ziemi.

- Czy mogę już odejść, panie oficerze? - Ręce mi opadły. - Rudnicki - mówię - Rudnicki, cóżeś ty zrobił najlepszego?

- Jak to, panie - odrzekł Rudnicki - chłopcy przybiegli i mówią, że pana chcą bić. No to kto chce pana skrzywdzić? Wiadomo, Niemcy.

Ruszyłem z Rudnickim w stronę domu nie patrząc na nikogo.

***

Brecht palił w milczeniu swoje cygaro, potem skinął głową z zadowoleniem. - Otóż to - powiedział. - Otóż to. To właśnie jest sprawiedliwość.

sierpień 1955

Erwin Axer, "Listy ze sceny. Seria druga", Czytelnik, Warszawa 1957, s. 34-39.