powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Suknia w niedźwiedzie

"Oświadczyny. Niedźwiedź" Antoniego Czechowa w reż. Juliusza Dzienkiewicza w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze. Pisze Janusz Łastowiecki.

Siedzę na spektaklu w Teatrze Lubuskim. Z tyłu widzowie szepczą. Z czasem szemrane komentarze stają się już coraz bardziej denerwujące i natarczywe. "Zobacz, zobacz - on wygląda jak Chaplin!". Koleje spektaklu schodzą więc w narzucone przez plotkujących widzów schematy. Trzeba więc szybko się od tego uwolnić, bo zamiast Czechowa zobaczymy już tylko imitacje, klasyczne zaśpiewy i kabaretowe wąsy. Najnowsza adaptacja dwóch jednoaktówek Czechowa ("Niedźwiedź" i "Oświadczyny") na lubuskiej scenie potwierdza moje obserwacje. Młody zespół lubuskiej sceny to wulkan energii. Brakuje tutaj jeszcze gry między wierszami, "na wielu bębenkach".

Dwie jednoaktówki w reżyserii Juliusza Dzienkiewicza są skomponowane na kształt lustra. Jedna historia przegląda się w drugiej. W pierwszej, "Niedźwiedziu" wszystko układa się w sposób znany z wielopokoleniowego przysłowia. Kto się czubi, ten się lubi. A z antagonistów, bohaterowie Czechowa, Popowa (Romana Filipowska) i Smirnov (Wojciech Romańczyk) stają się ognistą parą. Zamknięta postawa Smirnova (Romańczyk stoi tyłem do widowni w zaimprowizowanych drzwiach) ewoluuje w dość drastycznym tempie, ze złości przeobrażając się w afektywną miłość. "Oświadczyny" rozpoczyna obraz, w którym młodziutki Łomow (wart uwagi James Malcolm) stoi przodem do widowni. I oto otwarty obraz młodzieńca, który ubiega się o rękę Stiepanowny (interesująca Joanna Koc) zostaje drastycznie odwrócony. Zaloty odbywające się początkowo w uroczej, werterowskiej atmosferze przechodzą w legendarny już w historii teatru spór o Wołowe Łączki. Malcolm pręży się, podskakuje, mdleje. Uwypukla w inscenizacji Dzienkiewicza wszystkie swoje aktorskie egzaltacje. Partnerami w każdej jednoaktówce są: służący Łuka w "Niedźwiedziu" (jak zwykle Jerzy Kaczmarowski to atmosfera spektaklu, jego dodatkowy atut) i ojciec Stiepanowicz Czubukow (dobrze zobaczyć Aleksandra Podolaka po dłuższej przerwie). Najnowszy lubuski spektakl kipi od aktorskich parad. W małej, klasycznej przestrzeni (scenografia zbliża się do widza, a to dobry znak - obawiałem się klasycznych podziałów) rozgrywa się walka o to, który z aktorów wyjdzie z batalii zwycięsko. Koc jest tu podszyta nieokreślonym rodzajem demonizmu, który warto rozwinąć w kolejnych premierach. Widać to szczególnie w zbliżeniach, fotosach z prób. Romańczyk przekrzykuje nieco swojego bohatera, ale fizycznie wpasowuje się w rosyjski rys swojej postaci i niejednokrotnie chce pożartować z widownią (jeszcze zbyt nieśmiało jednak). Filipowska ma rysy jakby dedykowane tragediom z antycznym rodowodem, choć mało w jej kreacji było emocjonalnych ewolucji.

Widzowie pękali ze śmiechu. Rzecz jasna to głównie sprawka fabuły "Oświadczyn" (rozsławionych w Polsce przez pamiętny, telewizyjny duet Jadwigi Barańskiej i Tadeusza Fijewskiego w reżyserii Jerzego Antczaka), a w drugiej jednoaktówce - dialogów Kaczmarowskiego z Romańczykiem. Kabaretowy wymiar Czechowa, który został wyzyskany przez Dzienkiewicza w dużej mierze, zakrywa nieco obyczajową rzeczywistość, odmyka gdzieś na dalszy plan melancholię zrodzoną z inercji czechowowskich charakterów. Dodatkowy smak rosyjskiego świata zawarty jest za to w kostiumach Doroty Kuźniarskiej. Filipowska nosi tu suknię "w niedźwiedzie", a Malcolm kamizelkę "w charty". To taka zabawa podprogowa, gdzie Kuźniarska bawi się modną dziś formułą w świecie stylizacji. I to takiej właśnie gry na innych polach brakuje mi w tych dwóch adaptacjach najbardziej. To, że Podolak zaczyna swoją kwestię wśród widowni to też za mało (to już wręcz stały "chwyt" skracający sceniczny dystans).

Zdzisław Haczek w swojej recenzji zauważa: "Gdzież szukać wytchnienia od surrealizmu współczesności, jak nie w klasyce". Tak, zgoda. Klasyczność musi być jednak po coś. Teatr nie może jej realizować wyłącznie z potrzeby misyjności i poczucia, że od czasu do czasu warto uśmiechnąć się do konwencjonalnego widza. Teatr to work in progress, dynamiczny bilans tego, co nas dziś osacza. Wyspiański czy Calderon mogą dziś burzyć zardzewiałe przekonania i pytać o przyszłość. Problem w tym, by nie zgubić się w akademickich emfazach i scenografii, grzecznych porównaniach z Chaplinem. Powoduje to niestrawne wrażenie, że teatr współczesny to seria powtórek, a klasyka może być przestrzenią bezpiecznego prze-trwania. Nikomu nic tu się nie stanie, niektórzy wyjdą "uśmiani", inni wynudzeni. Bez ryzyka, twórczej ekstazy, w taktycznych ramach jednoaktówki większego ratunku jednak nie znajdziemy. Jest tu jednak potencjał i trzeba czekać, aż wypełznie w stylu kostiumów Kuźniarskiej, gdzie zerka na nas niedźwiedź współczesnego świata.

--

Na zdjęciu: "Oświadczyny"