powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jak hoduje się dziewczynki?

Wdowik w "Dziewczynkach" uświadamia błędy w procesie przekazania wzorców zachowań, wdrażania w role społeczne i płciowe, których z jednej strony jesteśmy świadomi, ale z drugiej jakby wciąż ich nie dostrzegamy, nie zdajemy sobie z nich sprawy. To obowiązkowy spektakl dla rodziców dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym - o spektaklu w STUDIO teatrgalerii w Warszawie pisze Marta Żelazowska z Nowej Siły Krytycznej.

Reżyserkę Małgorzatę Wdowik można nazwać specjalistką od badania cielesności człowieka. Zainspirowana doświadczeniami brata - piłkarza Kacpra Wdowika - opowiada w "Piłkarzach" (spektakl TR Warszawa, nagrodzony na Forum Młodej Reżyserii w Krakowie w 2016 roku) o męskim ciele jako towarze i narzędziu pracy, jak o organizmie, który musi być zawsze silny, wydajny, zdrowy i produktywny. W "Dziewczynkach" zrealizowanych w Teatrze Studio w Warszawie interesuje ją natomiast doświadczanie i postrzeganie "zawieszonego", "niedookreślonego", jeszcze nie kobiecego, a już nie dziecięcego ciała, które poddajemy procesom wychowawczym.

Do kobiecego ciała nawiązuje scenografia Dominiki Olszowy ograniczona do stojącej z boku sceny dużej, ale delikatnej, bladoróżowej, kulistej formy z licznymi wgnieceniami i wypukłościami, z rozlewającymi się na scenie dwoma, oble zakończonymi pasami, jakby kobiecymi piersiami. Na ich końcach namalowany jest wzór przypominający gałki oczne. Przywodzi ona na myśl prace Marii Pinińskiej-Bereś z połowy lat siedemdziesiątych, miękkie i obłe, poruszające problem urzeczowienia kobiety, oraz rzeźby Aliny Szapocznikow odzwierciedlające przemiany zachodzące w ciele. W tej przedziwnej konstrukcji chowają się bohaterki spektaklu, prowadzi do niej niewielkie wejście, z jej wnętrza wyłania się postać kobiety (Ewelina Żak).

Zaskakujący jest początek przedstawienia. Na środku sceny staje barczysty, ubrany na czarno mężczyzna (pracownik techniczny). Patrzy na publiczność, próbuje nawiązać z nią kontakt wzrokowy. Z offu rozbrzmiewa: "to musi być jakiś dramat, konflikt, napięcie, tu musi być jakiś bohater". Mam odczucie déj vu, bowiem "Piłkarze" zaczynają się niemal tak samo. Wrażenie to znika w chwili, gdy mężczyzna wnosi na scenę pięć zunifikowanych dziewczynek: z ciemnymi, długimi, rozpuszczonymi, zasłaniającymi twarz włosami; w ciemnozielonych, pluszowych bluzkach; spódnicach do kolan, w biało-niebieskie paski; beżowych legginsach i czarnych butach. Ustawia je kolejno, w równych odległościach.

Scena ta jest odwołaniem do Tadeusza Kantora i jego postrzegania aktora jako "przedmiotu gotowego". Odnoszę wrażenie, że u Wdowik aktor jest swoistym medium uosabiającym ideę postaci. Czerpie ona z amatora, który jest dostarczycielem materiału dokumentalnego zaczerpniętego z rozmów, prób, obserwacji. Jego historia, doświadczenia, opowieści zostają przefiltrowane i zredukowane przez Weronikę Murek do esencji, istoty problemu, a następnie odczytane przez narratora-komentatora (Dominika Biernat). Dziewczynki (Milena Klimczak, Wiktoria Kobiałka, Pola Pańczyk, Stefania Sural, Jagoda Szymkiewicz) w spektaklu nie mówią tekstu, wypowiadają jedynie pojedyncze słowa. Najważniejszy bowiem jest ruch.

Urzekła mnie pierwsza choreografia (Marta Ziółek) wykonywana do utworu "Hey Boy, Hey Girl" The Chemical Brothers - niezwykle naturalna, swobodna, jakbym obserwowała bawiące się na szkolnej dyskotece dzieci. Następnie dziewczynki kładą się na podłodze. "Leżą. Nie ruszają się. Są spokojne. Są cicho. Nie zawadzają. Jest spokój." Współczesny rodzic wymaga od dziecka by było grzeczne, innymi słowy by nie przeszkadzało. Daje mu więc do ręki tablet, włącza telewizor czy komputer i efekt murowany - ma ciszę i spokój. Dziewczynki w spektaklu Wdowik są grzeczne, odpowiednio "wytresowane". Z głowami wypełnionymi popkulturowymi modelami zachowań i wzorcami kobiecości tworzą własny obraz kobiety idealnej oparty na atrakcyjności fizycznej i kontroli ciała. Widać to w scenach rozmowy dziewczynek o tym, co w ich wyglądzie jest piękne; wykonywania "na niby" makijażu najpierw kobiecie, a potem koleżance; w choreografiach zawierających elementy fitnessu, jogi czy scen z teledysków popowych artystek. Zachowania te u dorosłych wydają się naturalne, a u dziewięcio- i trzynastolatek szokują. Przywołują na myśl pracę Zbigniewa Libery "Jak tresuje się dziewczynki" z 1987 roku, w której kilkulatka wykonuje makijaż. Przedstawienie uświadamia z jednej strony rzecz oczywistą, że dzieci uczą się przez modelowanie, z drugiej strony, że zachowania płciowe są wyuczone.

Bardzo ciekawa jest scena, w której dziewczynki wchodzą w kontakt z nieprzytomną kobietą, którą wciągają na scenę i wykonują jej resuscytację. Proszą widzów, a wśród publiczność są same dorosłe osoby, by na pewien czas im zaufali i zamknęli oczy. Niezwykle przewrotny pomysł. Który dorosły, nawet w bezpiecznej sytuacji spektaklu, spuści dziecko z oczu, a tym samym pozwoli mu przejąć kontrolę? Kobieta w rękach pięciu dziewczynek staje się kukłą: siadają na niej, wyginają palce u stóp, ugniatają ręce. Nadają pozycję i ruch członkom jej ciała - używają kobiety do własnych celów. One są decydentami, "panami" sytuacji. Zmiana ról jednak bohaterkom nie odpowiada. Próbują płaczem, krzykiem wymusić reakcję dorosłego, który pozostaje obojętny. Kłócą się, obwiniają, wreszcie zrezygnowane siadają w rozsypce na scenie, pogrążone w myślach. Osobne. Siedzenie w bezruchu nie jest zgodne z naturą dziecka. Dziewczynki zbliżają się do siebie, szepczą. Nie słyszymy o czym mówią, widzimy jedynie, że się uśmiechają. Jedna z nich podchodzi do kobiety i zaczyna mówić do ucha, wtedy zbliżają się pozostałe. Zaczesują kobiecie włosy do tyłu, by jej twarz była widoczna (do tej pory była zasłonięta), a ona powtarza to, co jej szepcą.

Dorosły staje się przekaźnikiem komunikatów - dzieci i ryby głosu nie mają. To, co mówią, myślą często jest bagatelizowane, postrzegane jako śmieszne i mało ważne. A jednak to dzieci często rządzą w domu. Rola rodzica sprowadza się do hodowania, dbania o wikt i opierunek, zapewnienia warunków do prawidłowego rozwoju fizycznego. Wychowanie zdaje się schodzić na plan dalszy. Może wynika to z lenistwa rodziców, którym łatwiej włączyć dziecku bajkę, niż pobawić się, czy poczytać książkę? A może z nieświadomości? Czy złych wzorców, które przejęli od rodziców? Na te pytania nie znajdziemy odpowiedzi w przedstawieniu Wdowik, inspiruje ono jedynie do ich zadania. Zmusza natomiast do przeanalizowania relacji dorosły - dziecko i zastanowienia się nad procesem wychowania, który nie jest miłą zabawą, a zadaniem, w które trzeba włożyć wysiłek. "Jak do ciebie podejść?" - pyta narrator. Odpowiedź Wdowik daje jedną: z szacunkiem. Z uznaniem prawa dziecka do niepowodzeń, niewiedzy, spontanicznej eksploracji świata, decydowania o sobie i własnym ciele, do bycia tym, czym chce, a nie realizowania niespełnionych marzeń rodziców. Dzieci bowiem, jak pisał Janusz Korczak, to przyszli ludzie.

Wdowik w "Dziewczynkach" uświadamia błędy w procesie przekazania wzorców zachowań, wdrażania w role społeczne i płciowe, których z jednej strony jesteśmy świadomi, ale z drugiej jakby wciąż ich nie dostrzegamy, nie zdajemy sobie z nich sprawy. To obowiązkowy spektakl dla rodziców dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym.

***

Marta Żelazowska - magister pedagogiki, w trakcie studiów podyplomowych Wiedza o teatrze z elementami wiedzy o filmie w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk.