powiększwersja do drukupoleć znajomemu

W Wybrzeżu o Wybrzeżu

"Urodziny czyli ceremonie żałobne w czas radosnego święta" Radosława Paczochy w reż. Adama Orzechowskiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Weronika Seroka w Teatrze dla Was.

W tym roku Teatr Wybrzeże obchodzi siedemdziesięciolecie działalności. Z tej okazji Radosław Paczocha i Adam Orzechowski postawili przed sobą bardzo ambitne i karkołomne zadanie - stworzenie spektaklu opowiadającego o tejże instytucji.

Podczas przedstawienia przez scenę przewija się kalejdoskop postaci - od dyrektorów i kierowników artystycznych, poprzez aktorów bardziej i mniej znanych, po trójkę marynarzy - błaznów, pełniących rolę mistrzów ceremonii na tej osobliwej imprezie urodzinowej. Jest Iwo Gall - pierwszy dyrektor Wybrzeża, jest też troje ostatnich dyrektorów - Krzysztof Nazar, Maciej Nowak i Adam Orzechowski, są gwiazdy - jak Kalina Jędrusik, Bogumił Kobiela czy Zbyszek Cybulski, są dawni kierownicy artystyczni - Zygmunt Hübner, Stanisław Hebanowski czy Jerzy Goliński oraz reprezentująca zapomnianych, acz genialnych aktorów - Wanda Stanisławska-Lothe. Przywołano anegdoty z życia teatru, ukazano wątpliwości co do roli talentu i warsztatu w karierze aktora (świetny monolog Krzysztofa Matuszewskiego), przedstawiono konflikt pomiędzy młodszym a starszym pokoleniem aktorów. A nad wszystkim unosiło się pytanie o istotę teatru.

Wiele podjęto tych wątków - nawet jak na trzy i półgodzinny spektakl. Informacje na temat poszczególnych dyrektorów i ich programów artystycznych, mnogość dat i przywoływanych z czeluści historii spektakli - to wszystko zamiast nakreślić portret Wybrzeża, przytłacza. Spektakl przybiera formę wykładu czy też nużącej wyliczanki. Widz gubi się w tym gąszczu faktów i ciekawostek. Kontrapunktem dla tego "referatu o teatrze" są postaci trzech marynarzy brawurowo zagranych przez Piotra Biedronia, Jakuba Mroza i Marcina Miodka. Uosabiają oni żywioł teatru. Są komiczni i groteskowi. Bywają jednak też okrutni - jak w scenie gwałtu na Wandzie Stanisławskiej-Lothe. Obecność tych trojga scenicznych "demiurgów" dodaje nieco dynamizmu temu statycznemu spektaklowi.

W większości niepowiązane ze sobą sekwencje wprowadzają chaos. Spektakl jest bardziej zbiorem poszczególnych scenek niż przemyślaną całością. Aktorzy nie dostają możliwości do indywidualnego stworzenia ról wyrazistych, ciekawych i złożonych. Za to sceny zbiorowe wprost porywają. Są dynamicznie i pomysłowo zakomponowane. Również scenografia jest niewątpliwym atutem tego spektaklu - wielki pomarańczowy kontener opasany wstążką niczym urodzinowy prezent, który przeobraża się w komorę gazową czy płytę nagrobkową. Innym ciekawym elementem scenografii jest napis "Solidarność" złożony z liter stworzonych z lodu. To naprawdę mocny i pełen znaczeń fragment "Urodzin".

Niestety, jest to spektakl nierówny. Genialne sceny zbiorowe czy te z udziałem trojga marynarzy nie wystarczą, by uznać "Urodziny" za przedstawienie wybitne. Posłużenie się kluczem historycznym było niewątpliwie błędem. Rzucanie co i rusz kolejnymi datami i nazwiskami zamiast zaciekawiać - nuży. Opowieść o istocie Teatru Wybrzeże powinna zostać przeprowadzona w bardziej dynamiczny sposób. Spektakl jest zdecydowanie przegadany i zbyt długi. Bez odpowiedniego przygotowania się z historii Teatru, widz może zgubić się w gąszczu wątków i postaci.

W jednym z wywiadów Radosław Paczocha wspomniał, że kiedy przystępował do pisania "Urodzin", pierwotnym pomysłem było potraktowanie Wybrzeża jak żywej postaci. Niestety, szybko zrezygnowano z tego konceptu. Pozostanie przy tym pomyśle mogłoby zaowocować dużo lepszym i bardziej oryginalnym spektaklem niż ten, który nam zaprezentowano.