powiększwersja do drukupoleć znajomemu

O przebierankach z farsy w tragedię

Brawurowa sztuka napisana przed czterdziestoma sześcioma laty z dbałością o każdy detal, z inteligenckością, z której znany jest autor, mimo ograbienia w katowickim Teatrze Śląskim przez tanie gagi, oko puszczane w stronę publiczności, lekko seksistowsko teksty, niepozbawiona jest jednakże nader aktualnego wydźwięku o charakterze politycznym - o "Porwaniu Europy" Jarosława Marka Rymkiewicza w reż. Piotra Cieplaka w Teatrze Śląskim w Katowicach pisze Sławomir Szczurek z Nowej Siły Krytycznej.

Piękna jest pierwsza scena, w której niczym na biało-czarnej fotografii podziwiać można zastygły świat. Świat powoli odchodzący w zapomnienie, ustępujący miejsca nowemu, który jednak bez tego co wcześniej powstać nie może. Stężałość świata i obrazka rozbija śmiech uwiecznionych na nich Pompadurów, rozliczne pytania ("kto to? co to? skąd to?") oraz zapowiedzi i obietnice ("będzie salon, będzie farsa"). A rzecz to stara jak świat, o Europie - córce arystokratów Pompadurów (Grażyna Bułka i Zbigniew Wróbel) - co to za mąż za "zbyt wiotkiego, farbującego brwi i mówiącego cienkim sopranem" angielskiego księcia wyjść nie chciała. O prawdziwym wybranku serca Europy dowiadujemy się z jej monologu prowadzonego z sofy, do której przywiązana jest, by uciec nie mogła. Ucieka jednak w wewnętrzny świat fantazji nieposkromionych i żądz w niej drzemiących, wygłaszając pean na cześć nieokrzesanych, walecznych i męskich mężczyzn, do których należy mołdawski kniaź Spirydon (Arkadiusz Machel), robiąc w tak zwanym międzyczasie szpagat. Barbara Lubos w tej roli jest kokieteryjna, zalotna, jej Europa marzy o tym by spijać szron z wąsów kochanka, który we zwyczaju ma wchodzenie przez okno i stylizowanie się na wielkiego bohatera. Trąci to wszystko tanim romansem i obrazkami rodem z brazylijskiej telenoweli, której nawet konwencja farsy obronić nie może.

Rozpoczyna się zabawa w przebieranki, a jej końca próżno czekać. Role zostają odwrócone, przypisane zostają nowe. A może takie, jakie winny obowiązywać od samego początku? Europa w księcia zamieniona, książę z kniaziem flirtujący. Pomieszane wszystko, światy także. Na paryskie salony, reprezentujące wyższe sfery, brutalnie wkracza i staje się elementem wystroju krzyż i kurhan. Ciężko o trzymanie się czegokolwiek od teraz, razem światy te korespondujące nic nie znaczą, zagubić się można w pustych znaczeniach symboli, a powstały dysonans nakazuje budowanie od nowa, lecz najpierw należy wszystko wysadzić w powietrze za pomocą obecnej wciąż na scenie bomby. Zderzenie światów reprezentuje także obecność w farsie "widzów", czyli Kicia i Kiciowej. Rewelacyjny Dariusz Chojnacki mówi: "gdyby farsa o mnie była, może by mnie i śmieszyła". Stąd wraz z żoną stają się pełnoprawnymi jej uczestnikami, mimo "nieprzystawania" wyglądem i zachowaniem do francuskiego dworu. Farsa ma być z życia a nie niczym Paryż z dykty i tektury. Znów jawi nam się Europa na sofie przebrana za księcia i wygłaszająca rewelacyjny monolog o pragnieniu zniszczenia Paryża. Doskonale wie, że powinna namawiając do tego czynu, dać coś w zamian, stąd mówi: "a gdy wszystko zdepczesz Kiciu, to ja Kiciu będę Twoja". Widmo otrzymania czegoś nowego, czegoś z wyższych sfer, o czym dotychczas niesposobna było nawet marzyć, nagle staje się realne i na wyciagnięcie ręki. Każdy z bohaterów oczekuje wielkich emocji i uczuć, nawet jeśli ktoś nie jest taki jakim go widzimy i jakim chcielibyśmy by się okazał. Następuje dziwne przyzwolenie na godzenie się na: "cokolwiek", "gdziekolwiek", "niech będzie". Ten moment staje się przełomowym, po zburzeniu zastałego i dobrze wszystkim znanego porządku, następuje rozpad, pomieszanie wszystkiego i nic już nie może być takie samo. Nic z niczego i nic z niczym. Niczym udział widzów w przedstawieniu, zaburzenie powszechnie obowiązujących ról, udać się to wszystko nie może. Farsa z życia staje się tragedią.

Wplątani i uwiezieni w nieswoich skórach, odgrywający nieswoje role, nie możemy być wiarygodni. Kicio na kurhanie nie może być prawdziwym kniaziem, gdyż nie zna żadnych dumek. Śpiewać nie może. To wywołuje u niego poczucie frustracji związane z tym, kim jest naprawdę i czy ubranie kniazia jest wystarczające, by nim się stać? Jeśli się już jednak zaczęło, wtargnęło na scenę, to grać należy. Tego oczekują współtowarzysze jak i widzowie. Przedstawienie musi iść dalej a my w nim postępować. W cudzej skórze niestety nie jest komfortowo - jak to by się wydawało z początku. Kicio-kniaź mówi o tym, że "go ciśnie". Pewne rzeczy są już nie do odwrócenia, nie da się ich powtórzyć jak za pomocna przycisku play-stop. Popełniamy błędy i musimy ponosić ich konsekwencje. Do nudnego salonowego życia Pompadurów wkradł się i mołdawski kniaź, co miał spełnieniem marzeń o czymś innym być Europy, Kicio wraz z Kiciową - co to zmienić farsy bieg na bardziej życiowy chciał. Niestety wszyscy ponieśli klęskę, bo grając kogoś, kim się nie jest, uprawiając teatr nie zaspokoimy prawdziwego głodu. Znamienne pozostaje pytanie Kiciowej (Anna Kadulska): "po coś Kiciu wlazł na scenę?". Dzięki Bogu, że Kiciu na tą scenę wlazł, bo zburzył sztucznie napompowany i mało śmieszny świat Pompadurów, wkoło sofy się toczący, tanecznym krokiem podrażający i gustujący w ostrygach i langustach. To on obnażył małość wielkich arystokratycznych przestrzeni, bezmyślność i bezrefleksyjność działania. Znamienne jest to, że pojawienie się na scenie Chojnackiego nadało spektaklowi nowego tempa, właściwego znaczenia i z mało śmiesznej, letniej w odbiorze farsy zbudowało nam świat egzystencjalnych i filozoficznych pytań pełen. Bez jego osoby w tekście, jak i na scenie, nie byłoby czego oglądać. Nie wiem, czy to przemyślana kompozycja (mam co do tego wątpliwości). Nie wiem też, czy to słabego aktorstwa (zwłaszcza Michała Piotrowskiego w roli księcia Kensingtona), czy marionetkowość bohaterów Jarosława Marka Rymkiewicza pozbawiła spektakl Piotra Cieplaka czegoś istotnego, czarującego. Zabrakło tego, o czym wspominano już w pierwszej scenie: by to wszystko "wirowało, walcowało", by "uwodziło i unosiło".

Brawurowa sztuka napisana przed czterdziestoma sześcioma laty z dbałością o każdy detal, z inteligenckością, z której znany jest autor, mimo ograbienia w katowickim Teatrze Śląskim przez tanie gagi, oko puszczane w stronę publiczności, lekko seksistowsko teksty, niepozbawiona jest jednakże nader aktualnego wydźwięku o charakterze politycznym. W niepewnych czasach dla struktur europejskich i kontynentu jako takiego, w czasach nieustannych bombowych ataków, poszukiwania nowych, nawet nieistniejących na mapie świata sojuszników, w czasach występowania ze wspólnot i odwiecznego bycia pomiędzy, aspirowania do wybijania się i walki o zachowanie indywidualizmu, przy jednoczesnym czerpaniu korzyści z bycia częścią większej całości, wszystko zdaje się zmierzać ku upadkowi i wyczerpywać się. Odwieczna walka Zachodu ze Wschodem wymaga opowiedzenia się po jednej ze stron i pozostania przy tym konsekwentnym. To wybór nie tylko pomiędzy paryskimi salonami lekko stęchłymi, konwenansów oraz rytuałów pełnymi lecz stabilnymi, a dzikim i nieprzewidywalnym Wschodem. To wybór pomiędzy tym, kim chcemy być a tym, kim naprawdę jesteśmy. Rymkiewicz i Cieplak z pewnością są miłośnikami farsy, co to w gruncie rzeczy jest tragedią.

--

Sławomir Szczurek - mieszka w Katowicach, z wykształcenia filolog polski (Uniwersytet Warszawski), wielki miłośnik teatru.