powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Niemoc

W "Wyzwoleniu" Krzysztofa Garbaczewskiego grupa pseudo-Konradów buduje i burzy. Ale ostatecznie nie jest w stanie ani niczego zbudować, ani zburzyć - o spektaklu w STUDIO teatrgalerii w Warszawie pisze Jan Karow z Nowej Siły Krytycznej.

To banda hipsterów w jaskrawo kolorowych ortalionach, za dużych swetrach, trampkach, przykrótkich spodenkach i powyciąganych T-shirtach (kostiumy Sławomir Blaszewski), która jest totalnie bezsilna. Szumnie wysyłają myśl do widzów. Przywołują z radością ważne dla naszej historii daty. Skandują hasła typu: "Edukacja i kultura, które łączą" czy "Inna polityka jest możliwa". Próbują zbudować Polskę, ale nic z tego nie wynika. Ironia, robienie sobie ze wszystkiego beki odbiera im jakąkolwiek moc sprawczą. Plac budowy, gdzie ze stalowych rur i jasnych desek stawiają rusztowania, znika za chwiejącym się murem z kartonów, który także zostaje zburzony (scenografia Aleksandry Wasilkowskiej). Na końcu zostaje im odebrana nawet pozorna oryginalność powierzchowności (wszyscy zakładają na siebie wielkie kartony) i kolejno upadają - z III Symfonią Henryka Mikołaja Góreckiego w tle.

Najbardziej dyskutowaną sceną spektaklu jest kilkudziesięciominutowy monolog Anny Paruszyńskiej. Budowane w początkowej części spektaklu konstrukcje są już zasłonięte kartonową ścianą. Aktorka wychodzi przed nią na ustawione ponad pierwszymi rzędami podesty. Ma przy sobie laptop, słuchawki i mikrofon. Zakłada słuchawki, uruchamia plik i zaczyna mówić. Po chwili staje się jasne, że to kwestie Konrada ze sceny z Maskami. Paruszyńska, w tym trudnym i niewdzięcznym zadaniu (prędzej czy później widzowie po prostu przestają być na niej skupieni), nie stara się zagrać wyjętej z "Dziadów" postaci. Podaje tekst w sposób trudny do jednoznacznego nazwania. Chwilami uderza w ostentacyjnie podniosły ton, bywa pokraczna, gubi się, w dziwnych miejscach zawiesza się na dłuższe pauzy, czasem można odnieść wrażenie, że już wchodzi w pewny rytm, że nabiera pewności, lecz za chwilę wszystko znowu się rozpada. Jedno wydaje się pewne: to nie są jej słowa. Dlatego też ma z nimi taki problem. Nie jest to wbrew intencjom Wyspiańskiego, które wpisał w kwestię Innej Dekoracji: "Człowiek, z myślenia ciągłą walką,/ tragiczną staje się tu lalką, zamaskowany maską stałą,/ jakby bez duszy było ciało". Właśnie taką powtarzającą za kimś lalką jest tu Paruszyńska. W tym samym czasie żyrandol nad widownią zostaje delikatnie rozświetlony, nad oknem sceny co chwila jest rzutowany napis z nazwą i hasłem teatralnej sieci wi-fi, a na parę minut przed końcem sceny słychać dzwonek przywołujący do zajmowania miejsc na widowni. Czyli to poniekąd przerwa. Jeśli przyjmie się, że Paruszyńska to członkini chóru/gromady Konradów, to wydaje się, że Garbaczewski sugeruje: dziś nie potrafimy sobie poradzić z myślami człowieka, który kochał cały naród. Nie trawimy też młodopolszczyzny. Więc jeśli te słowa są nam obce, to równie dobrze nie trzeba ich słuchać - można wyjść. Nie mierzyć się z nimi. Skapitulować.

Wydaje się, że intencją reżysera była zjadliwa krytyka środowiska, do którego sam zresztą należy. Do tych, którzy jeżdżą Uberami, są fanami zdrowej i ekologicznej żywności, bawią się na Zbawiksie w Planie B - kimś takim jest Robert Wasiewicz, który wygłasza opozycyjny do Paruszyńskiej, dopisany monolog. To oni ponoszą odpowiedzialność, że żyjemy aktualnie w kraju, w którym - przez chwilę, ale jednak - administracja może traktować poważnie istnienie San Escobar. Lecz aby ten krytyczny sygnał był skuteczny, trzeba byłoby samemu zrezygnować z postawy ironisty. A tego Garbaczewski nie robi. Pomija nawias, który Wyspiański wpisał w tekst, umieszczając akcję w teatrze. Przedstawienie rozpoczyna skądinąd świetna scena, w której pojedynczy, zawieszony centralnie nad sceną reflektor wąskim, skupionym snopem światła penetruje ciemność (reżyseria świateł Bartosz Nalazek), podczas gdy z offu słychać mówiony mechanicznym głosem monolog Dekoracji "Wielka scena otworem...". Tylko że nic z tego potem nie wynika. Podobnie pomysł z dziwną, rozpikselowaną postacią rodem z gry komputerowej z lat dziewięćdziesiątych, która jest rzutowana na scenę i przeszkadza aktorom w budowie, rozkojarza ich (wideo Robert Mleczko). Ciekawy efekt, który zostaje po prostu w pewnym momencie zarzucony.

Przedstawienie w Studio Teatrgalerii sprawia wrażenie niedopracowanego. Skądinąd wiadomo, że od czasu opóźnionej w czasie premiery pojawiły się zmiany. I pewnie nadal będą się pojawiać. Garbaczewski ma wyjątkową wyobraźnię, która funduje mu niezwykłe skojarzenia, potrafi stworzyć dziwny, niepokojący świat sceniczny, lecz żeby wyartykułować myśl, w tym przypadku politycznie zaangażowaną, musi być precyzyjny. Chyba że to kolejny przejaw hipsterstwa.

***

Jan Karow - absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, studiuje na II roku Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej, współpracował m.in. z "Teatrakcjami", "Teatraliami", off-teatr.pl, "nietak!tem".