powiększwersja do drukupoleć znajomemu

O!klaski

Swój poprzedni felieton o "Klątwie" zakończyłem obrazem swojego stojącego nieklaskania. Z kilku reakcji zrozumiałem, że choć wyraźnie (jak mi się zdawało) wyjaśniałem powody rezygnacji z uderzania w dłonie, moje zachowanie zrodziło pewne nieporozumienia. By je wyjaśnić, muszę zająć się tematem, który też niedawno pojawił się w tym samym miejscu w przypomnianym po latach felietonie Erwina Axera - oklaskami - pisze Dariusz Kosiński.

Mam do nich stosunek mocno ambiwalentny. Nie żebym był przeciw, czy zasadniczo ich nie lubił lub - broń Boże - zwalczał. Po prostu są czasem takie sytuacje, że konwencjonalne klaskanie wydaje mi się nie na miejscu, a czasem (może nawet całkiem często) oklaski brzmią w moich uszach wieloma dysonansami naraz. Właściwie, jak się nad tym dłużej zastanowić, to sytuacje, gdy oklaski odbieram jako harmonijną wewnętrznie i pozostającą w harmonii z tym, co wokół, przekonującą w swej szczerości reakcję, należą do wyjątków. Gdy próbuję sobie przypomnieć taką sytuację z ostatnich lat, przychodzą mi na myśl przede wszystkim owacje po czternastogodzinnych "Dziadach" w reżyserii Michała Zadary, które - niezależnie od tego, jak poszczególni klaszczący oceniali i odbierali przedstawienie, były prawdziwą eksplozją nagromadzonej w sali, porywającej energii. Była w tych oklaskach niekłamana radość i satysfakcja: tak, udało nam się! Zrobiliśmy to! Daliśmy radę!. Oczywiście bardziej dali radę wszyscy twórcy i ale przecież i my, widzowie mieliśmy swój udział w tym niezwykłym teatralnym wyczynie. Więc klaskaliśmy szczerze, bo i im, i sobie. Krytycy tego przedstawienia (zazwyczaj tacy, którzy całości nigdy nie doświadczyli) wydymają w tym momencie wargi i zżymają się na to niemal sportowe podejście do dzieła sztuki (i to takiego!), ale myślę, że każdy, kto te czternaście godzin w Teatrze Polskim poprzedniej epoki przetrwał, wie, co to była za radość i satysfakcja. I że miała charakter czysto teatralny. Można teoretyzować o względności tego, co w teatrze "na żywo", ale czternaście godzin spędzonych razem robi swoje, a doświadczenie takie i tego rodzaju nigdzie indziej niż w teatrze nie jest możliwe. Gdzie indziej zresztą udałoby się dobyć ożywczą energię z zabijanego szkołą i kultem tekstu Mickiewicza?

Jednak te historyczne już "Dziady" to ze wszech miar przypadek wyjątkowy. W teatrze, z jakim mam do czynienia najczęściej, oklaski rzadko budzą mój entuzjazm. Może to jakieś osobiste ograniczenie? Wada teatralnej socjalizacji? Może wręcz patologia, ale nie ufam oklaskom. Na miejscu artystów byłbym bardzo ostrożny w uznawaniu ich za prosty objaw zadowolenia i uznania publiczności. Fakt, że konwencja klaskania po zakończeniu każdego spektaklu stała się powszechna i oczywista, sprawia, że brawa straciły swoją moc. Miałyby ją może, gdyby równie powszechnie przyjętym zwyczajem było nieklaskanie po złym spektaklu. Jeśli niezadowoleni widzowie po zakończeniu nieudanego ich zdaniem przedstawienia pozostawaliby bezgłośni, wtedy można by sytuację przeciwną uznawać za dowód uznania i sukcesu. Tymczasem konwencja, wzmocniona żywą obecnością aktorek i aktorów sprawia, że bijemy brawo niezależnie od tego, czy przeżyte doświadczenie było pozytywne czy nie. No bo zawsze trochę głupio - ludzie się napracowali, namęczyli, a że niewiele z tego pożytku, to przecież nie ich wina, tylko reżysera, który do widzów nie wychodzi (poza rzadkimi okazjami premierowymi, gdy aktorzy wywołują go do owacji). Więc bijemy im brawo, bo trochę w sumie ich nam żal i trudno mieć do nich pretensje. Oklaski są wtedy wyrazem pocieszenia, czasem współczucia, a choć zazwyczaj nie są mocne i długie, to jednak ich dwuznaczność wcale nie musi być wyczuwalna.

Często mamy też do czynienia z oklaskami podnoszenia rangi. Przedstawienie nie jest jakoś dramatycznie nieudane, ale też nie wzbudza zachwytu. Bijemy jednak brawo i to mocne, bo im bardziej bijemy, tym bardzie przekonujemy samych siebie, że braliśmy udział w wydarzeniu wyjątkowym. Mechanizm ten działa zwłaszcza wobec tytułów i/lub artystów szanowanych, znanych, obdarzonych autorytetem. Skoro już przyszliśmy na coś z tego, czy innego względu prestiżowego, to przecież nie będziemy tego prestiżu niweczyć. Lepiej pogrzać się w jego blasku, opowiadając potem znajomym, jak aktorka, której nazwisko nawet im coś powie, uśmiechała się, gdy po raz trzeci wychodziła do ukłonów.

Oczywiste jest też (a dla mnie to znów problematyczne), że w sytuacji oklasków działa mechanizm stadny: jeśli wszyscy klaszczą, to i ja nie będę gorszy. A już jak wstaną, to i ja wstanę, bo głupio tak siedzieć samemu, zwłaszcza jeśli nie mam o nic jakichś wielkich pretensji. Cóż mi szkodzi - wstać? Nogi rozprostować wreszcie po dwóch godzinach siedzenia? Aktorom będzie przyjemnie, a dla mnie to żaden wysiłek. Miło jest być miłym.

Warto jednak zauważyć od razu, że właśnie w przypadku owacji na stojąco możliwe są wyraziste i mocne deklaracje. Zdarzyło się wam kiedyś impulsywnie wstać do owacji, by po chwili zorientować się, że w swoim entuzjazmie jesteście sami? Mnie się zdarzyło. To jest dopiero teatralna próba widza! Wszyscy siedzą i biją w zgodzie z teatralnym savoir-vivre, a ja stoję sam ze swoim uniesieniem wystawionym na widok w całej swej nagości. Usiąść już na powrót nie sposób, bo to kompromitacja, więc trzeba to samotne wstanie wytrzymać do końca, układając w głowie dobrą odpowiedź na nieuchronne pytanie: cóż ci się tak bardzo w tym podobało?

Ta moja najwyraźniej nieprawidłowa teatralna socjalizacja sprawia, że dobrze się czuję w takim teatrze, w którym na brawa nie ma miejsca, także dlatego, że nikt do nich nie wychodzi. Wiem, wiem - taka sytuacja uważana jest dziś za anachroniczną, a nawet - w nieuprawniony sposób nieteatralną. Bo jak nie wychodzą, to niejako wypowiadają zawartą z nami umowę, na mocy której robią coś dla nas, coś nam ofiarują, a my im za to dziękujemy serią ręcznie produkowanych hałasów. Niepodziękowanie za podziękowanie to gruby nietakt, oznaczający, że teatrowi nie zależy na naszym zdaniu, że zrobił coś nie ze względu na nasze zadowolenie. Odczuwa się w tym pychę, albo napuszenie - niepotrzebne i nadmierne, bo to przecież tylko teatr, widowisko, które - jak pisał przed laty Zbigniew Raszewski - organizowane jest dla wzbudzenia podziwu. Oklaski są tego podziwu wyrazem, a ukłony aktorek i aktorów zbiorowym przytakiwaniem: tak, chcemy waszego uznania, dla uznania waszego i waszej przyjemności pracujemy.

Więc może jestem dziwny i anachroniczny, ale w kwestii oklasków wolałbym nie. I kiedy aktorki i aktorzy nie wychodzą do ukłonów, to rozumiem i popieram. A najbardziej lubię, gdy nie tylko nie wychodzą, ale przedstawienie jest tak poprowadzone, że nie ma do czego wychodzić. Po zakończeniu akcji zapada cisza, której nikt nie ośmiela się przerwać, także dlatego, że nie bardzo wiadomo, co robić. Może dlatego na przykład tak lubię Teatr Zar, którego lider, Jarosław Fret często tak kończy swoje spektakle, że widzowie nie klaszczą, bo (jak w najnowszych "Medeach") w ogóle nie zostawia się im na to miejsca. W rezultacie pozycja widzów zostaje zachwiana: bez oklasków tracą grunt pod nogami i mogą zacząć w końcu pytać, czego jeszcze teatr od nich chce. Zresztą taka sytuacja wydaje mi się po prostu uczciwa: ci, których przedstawienie nie wzięło, nie mają okazji do zgrzeszenia obłudą, ci zaś, których wzięło - i tak by nie klaskali, bo wiedzą, że ich rola nie polega na podziwianiu, ale na byciu świadkiem, na - literalnie i etymologicznie - doświadczaniu. Mogą więc po prostu posiedzieć w sali, posłuchać ech i poszukać ich w sobie.

Że takie odczuwanie teatru jest naiwne i niedzisiejsze? Może, ale to tym lepiej. Dzisiejszość nie zachwyca mnie aż tak, bym miał ochotę z automatu wpasowywać się w jej ramy. Gdy przedstawienie nie mieści się w kategoriach "podobało - nie podobało się", nie klaszczę, świadcząc tym samym swojemu doświadczeniu, potwierdzając je i nie spiesząc, by czym prędzej je przegnać, jak nasi przodkowie duchy i demony - klaskaniem. Ostatecznie powiedziałbym tak: oklaski potwierdzają, że jestem tylko w teatrze. A mnie - takie moje uszkodzenie - "tylko w teatrze" (nawet najlepszym) nie wystarcza. Więc czasem nie klaszczę nie z braku uznania, ale wprost przeciwnie - ze stojącego bardzo wysoko w mojej osobistej hierarchii poczucia, że tym razem w tej sali coś naprawdę się stało.

I dlatego na "Klątwie" też nie klaskałem.