powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Prawda i złudzenie

Od pewnego czasu pisanie o mankamentach naszego teatru przestało być jakąkolwiek przyjemnością - pisał Erwin Axer w "Listach ze sceny".

W dobrych, niedawnych czasach, gdy wszyscy niemal piszący prześcigali się w pochwałach, gdy wydziwiano nad każdym prztyknięciem, a triumfalne fanfary raz po raz witały pojawienie się Nowego na scenie naszej, przyjemnie było od czasu do czasu wpuścić zatrutą szpilkę w brzuchaty balon samochwalstwa, wydymany przez różne postronne osoby ku zgorszeniu i niezadowoleniu ludzi teatru.

Dziś wszystko się odmieniło. Złe recenzje zasłużone i niezasłużone sypią się jak z rogu obfitości. Jak gdyby krytyka na przekór wszystkiemu i wszystkim, odrabiając wieloletnie zaległości, postanowiła sobie dowieść, że jednak ma charakter i że stać ją na własne zdanie. Nikt nie przeszkadza i zdanie coraz częściej zaczyna się od nie zamiast od tak. Cóż z tego, kiedy to "nie" jest tak samo mało mówiące, suche i pozbawione wyrazu jak dawne "tak". Trzeba było przypadkowo przeczytać nieobowiązujące i bez pretensji do znawstwa teatru spisane uwagi Adolfa Rudnickiego o "Norze" w jednym z numerów "Świata", aby zdać sobie siłą kontrastu sprawę z tego, jak martwe, nieludzkie, pseudo-fachowe stało się rzemiosło większości naszych zawodowych krytyków. Ileż więcej o sztuce i o teatrze można się dowiedzieć z impresji Rudnickiego aniżeli z tasiemcowych wywodów "fachowej" recenzji.

*

Sytuacja w teatrach jest taka, że - jak trafnie ktoś powiedział - dwa, trzy naprawdę udane przedstawienia mogą spowodować ogromne skutki i stać się początkiem czegoś naprawdę nowego, naprawdę współczesnego. Czegoś, czego wyczekujemy z utęsknieniem.

Oczywiście równie trudno o jedno jak i o sto przedstawień, gdy chodzi o coś nowego. Odkrywcze jest i tak to pierwsze. Reszta jest rozwojem i kształtowaniem. Można z równym skutkiem domagać się od literatury, aby wydała jedno epokowe arcydzieło.

W pogoni za nowym krytyka rozwinęła przedsiębiorczość nie pozbawioną niebezpieczeństwa.

Na czym ono polega?

Zeszłoroczna trawka chociaż zielona, chociaż mile bawi oko wyskakując spod śniegu, przecież nie jest tegoroczną trawą i w łąki się nie rozwinie.

W teatrze powrót do form i konwencji znanych sprzed lat może być potrzebny, a nawet konieczny po długim okresie pseudorealistycznej martwoty. Teatr dwudziestego wieku bogaty jest w środki wyrazu artystycznego, które zaniedbaliśmy w ubiegłych latach. Trzeba je rozwijać i kontynuować. Nie oznaczają one jednak same przez się niczego nowego. Nowe płynie z treści, z myśli, która sobie wynajduje stosowne, inne od dotychczasowych formy. Ci właśnie twórcy, którzy najdalej zabrnęli w dziewiętnastowieczny realizm, w najbardziej konformistyczny sposób poddali się bezmyślnym ograniczeniom formy, obecnie najłatwiej przerzucają się od eksperymentu do eksperymentu, od "nowinek" do "nowinek". Ci zaś krytycy, którzy byli najbardziej zaprzysięgłymi tropicielami formalizmu i eklektyzmu, obwołują w organach swoich jako novum nieudolnie skopiowane eksperymenty naszych dziadków.

Nic dziwnego, jeżeli na takiej huśtawce niejeden wyposażony przez naturę w mniejszą wytrzymałość - dostanie zawrotu głowy.

*

W "Księdze dżungli" Kiplinga występuje, jako jedna z całkowicie epizodycznych postaci, pewien jadowity wąż, strzegący królewskiego klejnotu. Kiedy po wielu latach skutecznego stróżowania zjawia się w podziemiach z dawna oczekiwany napastnik i przychodzi czas na to, by zrobić użytek z zatrutej broni, okazuje się, że morderczy ząb spróchniał od dawna, a trucizna zwietrzała.

Teatr polski od dawna nie miał okazji do zademonstrowania swego uzębienia. Niejeden wspaniały niegdyś kieł wypadł, nim przyszedł czas. Obecnie nadeszła pora spróbowania, czy nie spróchniał pozostały garnitur, czy krążą jeszcze soki żywotne. Czy mamy jeszcze coś do powiedzenia we własnym imieniu.

*

Wszystko zależy od dramaturgii. Czy nasze pokolenie aktorów, scenografów, reżyserów przejdzie do historii jako pokolenie, które wniosło coś nowego, czy też pozostanie jedynie łącznikiem pomiędzy tym, co było i co będzie - to zależy całkowicie od tego, czy powstanie coś nowego i trwałego w dramacie.

Konserwatywna część społeczeństwa teatralnego, która spodziewa się po rozszerzeniu planów repertuarowych w dziedzinie klasyki nie tylko poprawy ale i wszechleczącego remedium - myli się boleśnie.

Ani Szekspir, ani Słowacki, ani Shaw, ani Majakowski nie staną się inicjatorami nowej myśli i formy. My sami wyciśniemy na tych wielkich autorach własne piętno tylko wtedy, gdy będziemy uzbrojeni we własny, oryginalny dramat.

Reszta jest złudzeniem.