powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Kiedy puka dybuk

"DyBBuk" Artura Pałygi wg Szymona An-skiego w reż. Pawła Passiniego w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Pisze Kinga Kościak.

"Wszystko, co było, jest wieczne", napisał kiedyś Fryderyk Nietzsche, z tym, że niektóre rzeczy są subtelniejsze, cichsze od pozostałych a ich głos wcale nie niesie się echem. Kto dzisiaj w Bielsku rozprawia o Żydach? "DyBBuk", na którym miałam okazję być w dniu premiery w bielskim Teatrze Polskim, jest wreszcie głosem w tej sprawie, jednak jako głos przez lata tłumiony niesie echo kakofonii, mówi zbyt wiele naraz, wieloma ustami: żywych, umarłych, nawet nieumarłych... Mówi naraz wszystko - wokalizuje wieki, miejsca, ciała Jest jak wielki wybuch. Czy od niego też wszystko się zacznie?

Powstało już wiele recenzji opisujących historię powstania spektaklu, liczne wątki zostały odkryte na świeżo, jak palimpsesty. W nagromadzeniu fabuł odnoszę wrażenie, że przedstawienie Pawła Passiniego sprezentowało nam wszystko, co można było wydobyć w temacie koegzystencji bielskich Polaków i Żydów. Ponieważ mamy hybrydę, przekaz też nie jest prosty. Ślady, tropy i znaki, ułamki i urywki, z tego "DyBBuk" składa coś na wzór całości, a jej sercem staje się mistyczna "przyczyna wszystkiego" - czyli miłość. Lea (postać, która mną wstrząsnęła w monologu przywołania dybuka) grana świetnie przez młodą aktorkę - Ilonę Lewandowską oraz Chanan, w tej roli Paweł Janyst, ich niespełniona, skazana na opętanie, w końcu siejąca śmierć i zapomnienie (albo pozorne zapomnienie?), miłość, zdaje się być trzonem działa, metaforycznie rozumianym przeze mnie jako uczucie dwóch narodów, siłą sobie wydartych, później opętanych wspólną pamięcią, by w końcu, egzorcyzmowane, poddane przymusowej aborcji - wiały semantyczną pustką. W Bielsku wieje.

Dlaczego w Bielsku? Znany nam już z poruszania żydowskiej tematyki w spektaklach wystawianych przez Teatr Polski, dramaturg i autor scenariusza: Artur Pałyga, czerpał z "Dybuka" Szymona An-skiego i napisał "DyBBuka" skrojonego wprost na deski bielskiego teatru. Bo "DyBBuk" mówi o Bielsku, o bielskich ulicach, historii, o bielszczanach i o bielskich Żydach. Poszukujemy wraz z nim czegoś wielkiego - przywoływane przez Pałygę opowieści nie są "małe": śladów dawnych obrzędów, spektakularnych odkryć, mistyki, geniuszu, wielkiej miłości, ale ślady te są nieodzyskiwalne, zatarte. I oto pojawia się coś-ktoś, kto daje się przywołać, więcej, czeka na przywołanie - to dybuk. Więc wywołujemy dybuka i zapraszamy go do ciepłego, przytulnego wnętrza Lei-Bielska. Nie zapominamy jednak ani na moment, że dybuk to demon, coś nieprzystającego, obcego, jak zmora, omam, jak klątwa, więc się to egzorcyzmuje, leczy. Wypędza się dybuka.

Artur Pałyga stworzył scenariusz na bazie kilku historii: romantycznej opowieści o kochankach, których nieszczęśliwe uczucie w efekcie rodzi szaleństwo, sztuki Szymona Anskiego z 1919 roku oraz kilku charakterystycznych życiorysów żydowskich pramieszkańców Bielska(-Białej) a następnie przemieszał to z: odrobiną uniwersalności, która narzuca się wszelkim historiom związanym z narodem Izraela jak ćmy lampie - czyli ilustracją chasydzkiego folkloru czy rany holocaustu - oraz współczesną rzeczywistością "Bezżydzia", przestrzeni Bielska i losami jego mieszkańców, którzy czasami za Żydami tęsknią (raczej za żydami), ale raczej w momentach nostalgii - po alkoholu, podczas powrotu z baru, rzewnych pogawędek w gronie znajomych. Mamy więc kilka przenikających się płaszczyzn, których tematem są kolejno: poczucie pustki, zranienie, brak, a spoiwem - przywołanie dybuka, duszy, która błąka się po świecie, ponieważ nie może znaleźć ukojenia. Duszy, która wciąż kocha.

Bo kiedy puka dybuk... No właśnie, ale dybuk nie puka, dybuka trzeba przywołać - potrzebą, poczuciem braku, samotnością. Trzeba się dać opętać. Czy odczuwamy potrzebę przypominania? Wysłuchania historii, które raptownie uwięzły w gardłach? Dokończenia urwanych, mistycznych twierdzeń wygłaszanych przez kabalistów? Wypełnienia i przemianowania przestrzeni, zeskrobania tynków i farb, dopełnienia ducha - ciałami? Czy taka potrzeba istnieje? "DyBBuk" odpowiada na to pytanie "tak i nie". Jeśli tak, to tylko w chwilach tęsknoty (za sensem, za zrozumieniem i uszeregowaniem, za duchową wartością zdarzeń, za miłością), jeśli "nie" - odsyła do praktycyzmu, zakorzenienia w teraźniejszości, zanegowania potrzeby "rozdrapywania", do poczucia wolności i niezależności. Ze sceny pada również wiele pytań o przeznaczenie, los, rolę modlitwy i wiary, styka się w tym punkcie sens i bezsens, potrzeba i brak potrzeby, a króluje jedno pytanie: dlaczego Bóg milczy w obliczu zła? Żydzi ukazani w ścisłym związku ze swoją wiarą, stają się w "DyBBuku" pomazańcami milczącego ducha, który nie może się objawić, nie może wrócić, bo nie ma dla niego miejsca, a ślady po nim zostały zatarte. A jednak czuwa i my go widzimy, przemawia ustami odrzuconych bo niezrozumianych (niedorozwinięta Batia - w tej roli Daria Polasik-Bułka), światłami, które majaczą w drodze do domu (zjazd z Przegibka), pytaniami, które jednak wciąż się pojawiają: gdzie jest miłość, co to jest miłość, kim jestem i kim byłbym, gdybym miał szczęście ją poczuć? Wreszcie: czy miłość może sprzeciwiać się temu, co naturalne? Czy może wskrzeszać zmarłych? Czy ma moc, ona jedna, nadania głosu - milczącym?

Nieco od strony technicznej, scenografia (scenografia i kostiumy - Elbruzda, reżyseria świateł - Katarzyna Łuszczyk) operuje kilkoma dosłownie symbolami, czymś w rodzaju ambony, która pełni także funkcję więzienia czy wewnętrznego świata bohaterów (gdy dopuszcza do opętania dybukiem), kilka stołków, Księga, będąca jak zwykle źródłem zamieszania, sznury z bielizną - "ubraniami wypranymi z ludzi", do tego subtelne akcenty dźwiękowe i świetlne, podpowiadające zagubionym odpowiednie tropy. Ascetyczna forma łagodzi nieco masę przekazywanej treści. Na scenie widzimy hurmę aktorów bielskiego teatru, ostatnimi czasy mamy szczęście oglądać w Bielsku wielkoformatowe spektakle, w tym przypadku, biorąc pod uwagę fakt, że prawie każdy z aktorów posiada przynajmniej dwie role, naprawdę dużo się tutaj dzieje. Do całej czeredy bohaterów, których można semantycznie rozszyfrować, dołącza Anioł Jahoel (Marta Gzowska-Sawicka) i niepełnosprawna Batia, które tworząc metaforyczne tło, obrazują coś na kształt czuwającego sacrum, przeznaczenia, które mówi szyframi ustawione ponad czasem, logiką i świadomością.

Wielowymiarowość i wieloznaczność bielskiego "DyBBuka" sprawia trudności w odbiorze, sprawia też kłopot piszącej recenzję, ponieważ liczebność wątków, które można uchwycić, przerasta możliwość określenia jednej, wyrazistej ścieżki interpretacji. O czym jest "DuBBuk"? O żydach, o zduszonym potencjale, o braku. "Dybuk" jest o tęsknocie za sacrum i oczekiwaniu. O pogromie, rozdarciu, wyparciu. Źle. "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. [...] Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, choć zniknie dar języków i choć wiedzy [już] nie stanie. Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy." Dybuk jest o miłości.