powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Pomiędzy

"Historia Jakuba" Tadeusza Słobodzianka w reż. Ondreja Spišáka w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Jacek Wakar w Onecie.

Trzeba powiedzieć na wstępie: to jest ważne i potrzebne przedstawienie nietuzinkowej polskiej sztuki współczesnej. Teksty klasy "Historii Jakuba" nie rodzą się na kamieniu, a przedstawienie Ondreja Spisaka podąża wiernie za literą dramatu Tadeusza Słobodzianka, sprawdza go w kontakcie z widownią, nie próbując przewartościowań ani idących w poprzek myśli autora interpretacji.

Tak się złożyło, że słowacki reżyser jest pierwszym naszym inscenizatorem utworów autora "Naszej klasy". Robił chociażby "Merlina", "Sen pluskwy", "Kowala Malambo", a niedawno "Niedźwiedzia Wojtka". Byłoby nieźle, gdyby choć część z tych sztuk doczekała się kolejnych realizacji, zyskując szansę na zderzenie z innym reżyserskim temperamentem.

O "Historii Jakuba" już przed premierą było wiadomo, że żywi się dramatyczną biografią Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela. W obliczu bliskiej likwidacji getta w Święcianach jego matka podrzuciła go polskiej rodzinie z prośbą o ocalenie żydowskiego dziecka. "Niech pani w imię tego Żyda, w którego pani wierzy, uratuje moje dziecko. Jak dorośnie, zostanie księdzem" - miała powiedzieć do kobiety, która na lata stała się dla Romualda pierwszą matką. Wychowała go w chrześcijańskiej wierze, on zdecydował się na kapłańskie święcenia. Trafił na Katolicki Uniwersytet Lubelski, gdzie pokonywał szybko szczeble kariery naukowej. Mając lat trzydzieści pięć, dowiedział się o swoim pochodzeniu. Po kolejnych kilkunastu dotarł do nazwisk swych biologicznych rodziców i brata. Wyjechał do Izraela, próbując żyć jak prawdziwy Żyd, nie rezygnując przy tym z kapłańskiej posługi.

"Historia Jakuba" "Historia Jakuba" Foto: Andrzej Rybczyński / PAP

Niezwykły los Waszkinela-Wekslera był wielokrotnie opisany. On sam opowiada o sobie w spektaklu "Matki" Pawła Passiniego, który był grany w warszawskim Teatrze Żydowskim, a teraz zobaczymy go w ramach festiwalu Nowe Epifanie - Gorzkie Żale. Prawdziwa relacja księdza Romualda ma w sobie taką siłę, że musi działać mocniej niż najbardziej wyrafinowany teatr. Życie wygrywa ze sztuką. Tyle.

Bohater dramatu Słobodzianka ma cechy Wekslera-Waszkinela, podąża tropem jego losów, w kluczowych momentach cytuje jego słowa, a jednak "Historia Jakuba" nie jest biografią tej jednej konkretnej postaci. W swym polskim życiu Jakub ze sztuki nosi imię Marian i to jest tego pierwszy znak. Poza tym znający bliżej koleje życia księdza Romualda dostrzegą, że przy jednych epizodach autor zatrzymuje się na dłużej, inne niemal pomija. Pewnie też trochę konfabuluje, do czego ma prawo. W końcu to nie jest rzecz dokumentalna. Całość nazwana zostaje tragedią, ale spektakl na Scenie na Woli dowodzi raczej, że to wciąż bliska Słobodziankowi, rozbita na epizody, ballada, gdzie bohater niejako patrząc z boku snuje swą opowieść, rozpiętą między niemal slapstickową komedią a dramatem poważnej skali.

Marianem/Jakubem jest Łukasz Lewandowski, który przez niemal trzy godziny spektaklu nie schodzi ze sceny. Lewandowski znakomicie wygrywa skrajności charakteru Wekslera. Ukazuje go jako człowieka głębokiej wiary i dobroci, ale też trochę histeryka, nadwrażliwca przy każdej okazji uciekającego w płacz. Świetna to rola, a mimo to chyba mogła być jeszcze lepsza. Może konstrukcji sztuki, a może niewidocznej reżyserii to sprawka, że Marian/Jakub nie zmienia się wyraźnie, a przedstawieniu brakuje mocnej kulminacji. Przydałyby mu się też skróty. Szczególnie druga część zdaje się trochę przegadana, kolejne epizody nie wnoszą wiele do portretu tytułowego bohatera, innym aktorom (szczególne brawa dla Izabeli Dąbrowskiej, Małgorzaty Rożniatowskiej i Magdaleny Czerwińskiej) każą zaś powielać swe poprzednie wcielenia.

Wątpliwości wątpliwościami, a "Historia Jakuba" to wciągająca rzecz o życiu pomiędzy światami, religiami, rodzinami. O nieustannym zadawaniu pytań o własną tożsamość i braku na nie odpowiedzi. Jako się rzekło: ważny dramat, ważne przedstawienie.