powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Zegarek Zelwera

Wszędzie tam, gdzie są aktorzy przestrzegający ślepo paragrafów dyscypliny aktorskiej, wszędzie tam mogą powstawać zespoły i teatry. Tam, gdzie cichnie tykanie Zelwerowego zegarka, rozpadają się zespoły, a teatry giną - pisał Erwin Axer w Listach z teatru.

Przed dawnymi laty, w szkole teatralnej, przydarzyła mi się rzecz straszna. Mieliśmy nocną próbę po wykładach i powierzono mi pieczę nad kluczem do wejścia do szkoły. Po próbie miałem te klucze oddać woźnemu na dole, przy windzie. Zapomniałem. Rano zachorowałem na grypę i dopiero po czwartej, kilka minut przed rozpoczęciem lekcji przypomniałem sobie o nieszczęsnych kluczach. Oblał mnie zimny pot. W dwie minuty później w płaszczu narzuconym na pidżamę (luty) pędziłem taksówką w kierunku Trębackiej. W oczach miałem koszmarną wizję: cztery piętra wiodące do szkoły zatłoczone kolegami. Ja w mojej pidżamie pnę się coraz wyżej ścigany setkami oczu po tej drabinie udręczeń, na szczycie której stoi sam Zelwer z zegarkiem w ręku, przeszywający mnie umarłego za życia wzrokiem bez litości.

Nic podobno się nie stało. Olbrzymia klatka schodowa gmachu przy Trębackiej dziesięć była pusta. Drzwi wyważono pewnie przed godziną. Zelwer stał rzeczywiście na schodach u wejścia do szkoły wpatrzony w swój nieśmiertelny zegarek. Nie zwrócił na mnie uwagi, bo przyszedłem w czas, a pidżama była niewidoczna pod kołnierzem jesionki. Oddałem klucze kochanej pani Turowicz, która spoglądając na mnie surowym wzrokiem (nie bez miłosierdzia), oświadczyła, że jestem i tak dostatecznie ukarany, i kazała pójść z powrotem do łóżka.

Od tego czasu wiele rzeczy pogubiłem. Zgubiłem niejedną rzecz ważniejszą od pary kluczyków.

Jednakże roztargnienie moje i niedbalstwo jak dotąd opuszcza mnie na progu teatru.

Kiedy w kraju naszym weszła w życie dyscyplina pracy, niejeden z ludzi teatru z pobłażliwym uśmiechem odczytywał paragrafy przez wielu obywateli uważane za wcale surowe.

Pracownicy sceny mają bowiem swoje własne pisane i niepisane prawa, znacznie surowsze od tych, które są zawarte w oficjalnych kodeksach. Nie ma w ich kodeksie kar za nieprzyjście do pracy, spóźnienie się na spektakl - bo prawdziwy aktor nie zna takich przewinień i słyszał o nich tylko z legendy, którą weterani straszą wstępujących do teatru adeptów.

Jest natomiast mowa w kodeksie aktorskim o wielu wyrzeczeniach, ofiarach ze zdrowia własnego, z przyjemności, z części osobistej wolności na rzecz zawodu scenicznego.

Uczniowie Zelwerowicza, wychowani według taktu jego zegarka, który był czymś więcej aniżeli zwykłym zegarkiem, nie znali wahań w surowej służbie aktorskiej.

Bardzo wcześnie nauczyli się szanować - zresztą bez zbytecznej dewocji - miejsce nazwane w budynku teatralnym Sceną. Wiedzieli i wiedzą, jak i o której godzinie przygotować się do występu, surowo przestrzegali nieco dziś zapomnianej cnoty, która głosi, że teatr każdej chwili zna miejsce pobytu aktora.

Wiedzieli, kiedy warto i trzeba szafować zdrowiem dla ocalenia spektaklu. Kurtyny teatrów nigdy nie opuszczały się przed naznaczonym czasem z winy uczniów Zelwera. Nie używali oni alkoholu przed i w czasie zajęć, choć często nie gardzili nim po pracy. Życie płynie, świat się zmienia, ale nie zmieniają się niepisane ustawy.

Wszędzie tam, gdzie są aktorzy przestrzegający ślepo paragrafów dyscypliny aktorskiej, wszędzie tam mogą powstawać zespoły i teatry.

Tam, gdzie cichnie tykanie Zelwerowego zegarka, rozpadają się zespoły, a teatry giną.

Uważajmy przeto pilnie, żeby w pędzie życia i w gorączce zmian nie stracić z oczu wiadomego cyferblatu i wiadomych wskazówek. One nie są czczą formą. Bardzo ściśle, niemal nierozdzielnie wiążą się z samą treścią naszego zawodu.