powiększwersja do drukupoleć znajomemu

hahaha hihihi hehehe

"Słowo o Jakóbie Szeli" w Teatrze Śląskim świadczy o tym, że Michał Kmiecik niewiele wie o Szeli, nie zna motywacji jego działania, nie tworzy legendy ani z nią nie polemizuje, mieli anegdoty bez chwili zastanowienia. To zaledwie "Słówko o Jakóbie Szeli" - pisze Sławomir Szczurek z Nowej Siły Krytycznej.

Gdy reżyser bierze na warsztat tekst o jednostce, wybitnej osobowości, legendzie, winien być nią zafascynowany, a ową fascynację w przypadku teatru przenieść wpierw na aktorski zespół, by ten mógł zarazić nią widzów. "Słowo o Jakóbie Szeli" w Teatrze Śląskim świadczy o tym, że Michał Kmiecik niewiele wie o Szeli, nie zna motywacji jego działania, nie tworzy legendy ani z nią nie polemizuje, mieli anegdoty bez chwili zastanowienia. To zaledwie "Słówko o Jakóbie Szeli".

W spektaklu jest jedna bardzo dobra scena - wizyty tytułowego bohatera u Namiestnika, podczas której w zagłuszającym rytmie gry na kieliszkach, niczym mantra powtarzane jest: hahaha hihihi hehehe. Chciałoby się powiedzieć, że w tej scenie "aż się pstrzy od złotych odzień". Idealnie ukazuje ona zderzenie maluczkich z wielkimi. Normalnego człowieka z aparatem państwowym, który rządzi się swoimi prawami, rytuałami, ma własny, inaczej płynący czas, a poziom głuchoty na ludzkie cierpienia jest porażający. Nawet tak silna jednostka jak Szela - jedyny odważny by pójść prosto do Namiestnika z żądaniami chłopów - traci charakter z każdym ubliżeniem pracowników Trybunału Lwowskiego, którzy go wyśmiewają, nazywają "człeczyną", dają upust niezadowoleniu z faktu, że "wszędzie się to chamstwo pcha". Obojętni są na losy prostych ludzi, świat przysłoniły im bogato zdobione stroje i perspektywa gmachu, z którego spoglądają, bynajmniej nie na sprawy pozostałych. Opieszałość sądów jest dla Szeli przerażająca, kwituje to: "nie pot a krew leje się z chłopów". Niestety biurokracja, skargi i zażalenia traktowane jako "tobół plotek" oraz przerwanie spokojnej codzienności Trybunału sprawiają, że panowie wciąż będą mieli przyzwolenie na wysysanie szpiku z chłopów. Nie sposób nie przyznać racji Szeli, który mówi, że budynki państwowe "z wierzchu szklane, w środku próżne". Sprawiedliwość wymierzana na własną rękę jest nieunikniona.

Śmiać się chce z rockowego bitu towarzyszącego spektaklowi, pomieszania czasów, strojów, marnej strzelaniny chcącej aspirować do filmów Quentina Tarantino, z figury Chrystusa z diabłem wyhaftowanym na płaszczu, której Szela prosto w twarz złorzeczy: "Ty się wróć do Nieba", częstowania publiczność kultowym wafelkiem, aż w końcu z gry aktorskiej Katarzyny Błaszczyńskiej (Maryna, Namiestnik) - próżno w niej szukać złości i namiętności. Do śmiechu nie jest, gdy słyszy się aktorski "śpiew", nie da się słuchać tej nieznośnej melorecytacji (doprawdy nie jest tak, że im głośniej wypowie się/wyśpiewa? kwestie, to staną się one bardziej wymowne).

Szela w spektaklu jest nijaki, nie pozostało mu nic z awanturniczego charakteru ani porywającej osobowości, która wymyka się jednoznacznej ocenie. Scena uśmiercenia kochanka czwartej żony to nazbyt mało, by podeprzeć wiarygodność przywódcy rabacji galicyjskiej. Więcej wigoru i wiary posiada w sobie Violetta Smolińska, która z każdej z przypisanych jej ról (Matki Maryny, Kuby z Gorzejowy, Pani z miasta i Dziedziczki) wychodzi obronną ręką, odnajduje się w nich świetnie i ratuje spektakl swym aktorstwem.

Kmiecik rzekomo chciał ukazać jak blisko jest od buntu wyrażającego społeczne niezadowolenie do rozlewu krwi. Blisko niewątpliwie: wszechobecna na Scenie Kameralnej krew dostępna jest na wyciągnięcie ręki, rozczarowanie niemalże niewidoczne, a po buncie zostały wykrzyczane przyśpiewki. Tyle z buntu, ile z Jasieńskiego. Bić się za nic nie ma po co.

---

Sławomir Szczurek - mieszka w Katowicach, z wykształcenia filolog polski (Uniwersytet Warszawski), wielki miłośnik teatru.