powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Rok koguta i stulejka Piotra I.

Zagęściło się od biografii. W teatrze, w fabułach kinowych i w telewizyjnych serialach - na tapetę poszło życie wielu postaci, tych znanych i tych zapomnianych. Uwielbiamy przecież zaglądać przez dziurkę od klucza do cudzych domów. Czekamy na pikantne szczegóły i obrzydliwe tajemnice. W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy wojerystami. Tylko nie wszyscy zdiagnozowanymi - pisz Dana Lukasińska.

Czy to Ewa Braun, czy Adolf Hitler, królowa Wiktoria czy caryca Katarzyna - z opasłych tomów biografii najchętniej pamiętamy głównie te szczegóły, które dotyczą życia seksualnego. Adolf lubił poczuć ciepło moczu na klacie w trakcie, królowa Wiktoria tak bardzo lubiła seks, że nawet dziesięć ciąż nie było w stanie go jej obrzydzić, zaś co do carycy Katarzyny, to legendy wokół jej seksualnych ekscesów narosły tak kosmiczne, że niejeden koń by się uśmiał. Dlatego dosyć podejrzanie wygląda czyjeś życie, skrupulatnie opisywane, ale bez choćby jednej wzmianki o sferze intymnej. Przeżyłam takie zaskoczenie po zapoznaniu się z siedmioma bodaj biografiami Hannah Arendt. Tylko jedna z nich wspominała o tym, że po poznaniu drugiego męża Hannah wreszcie zaczęła odkrywać w sobie kobietę w sensualny sposób. I bynajmniej nie była to książka w całości poświęcona romansowi Arendt z Heideggerem. Przecież wiadomo, że kiedy robi to dwoje filozofów to jest to tak, jakby dwa ślimaki dotykały się czułkami. Żadnej fizyki. Tylko byt albo niebyt, absolutnie żaden odbyt.

Teatralne biografie niestety często przypominają upychanie namiotu do wieczorowej torebki. Trudno opowiedzieć historię życia człowieka, do tego człowieka ciekawego, czasem nawet geniusza, w jeden wieczór, a co dopiero w 90 minut. Być może jakimś rozwiązaniem byłoby skupienie się na jednym temacie z życia sławnej postaci wziętym, wybór jednego wydarzenia z całego ciągu życiowych wydarzeń, jednego dnia z 25 915 dni, bo tyle ponoć liczy życie przeciętnego człowieka. W przeciwnym razie dostajemy albo kalendarium wydarzeń suto okraszone indeksem nazwisk WAŻNYCH OSÓB albo poczucie, gdy kończy się spektakl, że właściwie lepiej było przeczytać notkę w Wikipedii.

Biografie sławnych postaci to łakomy kąsek dla polityki. Chemia, fizyka, matematyka, biologia - tu trudno polemizować z logiką i naukowymi faktami, co innego historia... Nic tak łatwo nie pisze się na nowo. Wykluczonych uhonorować i wybielić, wyniesionych poniżyć, a z banalnych i nijakich postaci stworzyć WZORY DO NAŚLADOWANIA. Pocieszające, jeśli ktoś potrzebuje pocieszenia, że to nie tylko nasza domena. W serialu rosyjskiej telewizji o Katarzynie Wielkiej, który zachwyca rozmachem i wiernością w historycznych detalach scenograficznych i kostiumowych, niestety mocno widać piarowe zabiegi, mające na celu wymazanie niewygodnych faktów z życia carycy - obecnie uważanej za matkę wielkiej potęgi rosyjskiego narodu. Przecież jeśli Katarzyna ma powiewać na chorągwiach jako symbol mocarstwa, to nie można dopuścić do głosu faktów i pokazać np., że jej syn, Paweł, pochodził ze związku z kochankiem, Sergiuszem Sałtykowem, tylko dlatego, że jej mąż, wielki książę Piotr, nie miał głowy do seksu, bo miał stulejkę. W serialu Katarzynie udaje się rozpalić ogień namiętności w małżeńskim łożu i wystarczy jej do tego zachwyt nad jego ołowianymi żołnierzykami i makietą twierdzy. I co prawda z jej serialowego życia nie zniknął Sałtykow, wręcz przeciwnie, jest w nim obecny, ale już jako - uwaga! - niedoszły kochanek. Sałtykow podrywa Katarzynę, a nawet się do niej dobiera, po czym następuje cięcie, a w kolejnym odcinku cesarzowa Elżbieta wyjaśnia, że choć sama wysłała Sałtykowa do sypialni Katarzyny, by ją zapłodnił - no bo ileż ona ma czekać na wnuka - to ten jednak przyznał, że w "kluczowym momencie zawiódł jako mężczyzna". Wyśmienite. Od tej pory żaden widz nie może już wątpić w cnotliwość carycy Katarzyny i pochodzenie cara Pawła z prawego łoża.

Współczesny człowiek nie musi czekać na biografów, by świat dowiedział się o jego wyjątkowym życiu. Od tego są dziś media społecznościowe. Choć nie zawsze to, co w nich umieszczamy, staje się przepustką do szczęścia i sukcesu - czasem okazuje się być raczej wilczym biletem. Moja znajoma szuka pracy. Niedawno miała rozmowę kwalifikacyjną w jednej z polskich spółek gazowych. Przygotowywała się pilnie merytorycznie, by nie dać ciała. Kiedy przyszła na rozmowę, pan dyrektor też był przygotowany. Też merytorycznie. Miał na biurku wydruki z jej konta na fejsbuku. Chociaż konto było zastrzeżone dla grupy wybranych podglądaczy. Widać dla chcącego nic trudnego. Nawet nie zadał jej pytania o doświadczenie zawodowe. Pokazując palcem na wydruki oznajmił: popiera pani KOD, wzięła udział w czarnym marszu kobiet, czyli jest pani za aborcją, cóż - ma pani poglądy polityczne. I one panią dyskwalifikują, droga pani.

28 stycznia 2017 roku rozpoczął się chiński Nowy Rok - Rok Koguta. Kogut w chińskiej symbolice odpędza zło. Kiedy pieje, przywołuje zasługi i sławę. Zobaczymy komu w tym roku je przywoła. Komu ten kogut zapieje... Zasługi i sława zawsze były i zawsze będą kwestią polityczną. Jedyne co nam pozostaje, w związku z tym, to żyć przyzwoicie. Cóż, nic nie poradzimy na to, że nawet gdy uczciwie będziemy spisywać scenariusz naszego życia, nagle możemy się dowiedzieć, że jesteśmy szatańskim pomiotem, albo dwugłowym cielęciem. Tak jak Piotr III, który nagle się dowiedział, nie nigdy nie miał żadnej stulejki, jak jakiś Ludwik XVI, bo jego męskość od początku była bez zarzutu, niczym rosyjska stal hartowana, zawsze twarda i skuteczna, tak że w wolnych od zapładniania chwilach zwykł jej używać jej do zakuwania chłopów w dyby.