powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Dzidzia-piernik

"Słowo o Jakóbie Szeli" Bruna Jasieńskiego w reż. Michała Kmiecika w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Maciej Stroiński.

Kmiecik już nie jest ciekawostką demograficzną, reżyserem-niemowlakiem. 19 lat miał pięć sezonów temu i śmieszki z jego wieku już nie są śmiechowe. Teraz albo się stanie Moniką Brodką, nie trzeba przedstawiać, albo Alą Janosz, której nie ma co przedstawiać, bo i tak nie skojarzycie. Life is brutal.

Co on teraz robi w życiu? Moim zdaniem - robi błąd. Nie wynosi się od starych. Artystycznie jest po uszy na cudzym garnuszku, jak dwa pierwsze zdania tego akapitu, wyjęte z "Jakuba S." Pawła Demirskiego. Zaraz Wam powiem, co Kmiecik wyjmuje. Nie jest kobietą, więc mogę po nim jechać jak po burej suce i nikt się nie dowali.

Patrzę i mam "co ja pacze", normalnie deżawi. Ten spektakl w Teatrze Śląski to jest "W imię Jakuba S.", tylko z innym tekstem. Nawet ta ziemia na podłodze, to rusztowanie pod skosem, te songi, te widły, te stylówki klasy wyższej - no zgadza się. ŻE NIE WSPOMNĘ O TEMACIE. Kmiecik wypłynął parafrazą parafrazy ("Śmierć pracownika" after "Śmierć podatnika" after "Śmierć komiwojażera") i kocha Demirskiego jak ja, tyle że ja nie robię spektakli. Młody próbuje dalej zadowolić starych, a to wsadzi Trisagion jak oni w "nie-boskiej", a to plecy całe we krwi jak oni w swej "Klątwie". Harold Bloom chyba nie miał racji z tym "lękiem przed wpływem": u Michała Kmiecika jest wpływ, ale nie ma lęku, wszystko jawnie na wierzchu. I jeśli się nie obudzi, to nie będzie twórcą, tylko epigonem.

Tylko teraz tak: spektakle Strzępki, tu poddane zrzynce, były świetne. BYŁY. Zerżnięte, już nie są. Bo to tak nie działa, że przez kopiuj-wklej przeklei ci się również zajebistość. To działa chyba dokładnie odwrotnie. Bo co my tu mamy? Konkurs recytatorski plus wokal ryczany. BRZMI to potwornie, nieważne, czy mówią, czy śpiewają. Bo właśnie nie mówią i nie śpiewają, tylko DEKLAMUJĄ i melorecytują. Wyszła jakaś "klasyka półżywa", living dead. Na teksty tego typu, rymowane i nienowe, trzeba znaleźć sposób, a nie tylko "powiedzieć wierszyk". Nic nie trafia do widowni, a na pewno nie do mnie. Trafi tylko do dziennikarzy, jako materiał do nieoczekiwanego okazania się aktualnym. To będzie tak: "Tekst Brunona Jasieńskiego okazuje się nieoczekiwanie aktualny".

Grają bokiem, bo widownię mają po bokach. Źle to jest ubrane i źle oświetlone. Ciuchy, kiedy są "współczesne", krążą wokół niebieskiego i ratuje je tylko cienkie oświetlenie plus pięć litrów mgiełki. Nie wiem, czyja to wina, reżysera czy aktorki, ale Katarzyna Błaszczyńska dała niezły popis, innymi słowy: się nie popisała. Wypadła na scenie jak ten stelaż z drewna.

Patrzysz na te jasełka o konflikcie klasowym i przypominasz sobie słynne zdanie z Hegla, Marksa, Żiżka, że co kiedyś było wspaniałą tragedią ("Jakub S."), powtórzone, przechodzi w farsę. First as tragedy, then as shit.