powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Marsz do nacjonalizmu

Górnicka buduje paralele, w której symboliczne sacrum (religijno-ludowe) kontrapunktuje natychmiast profanum (militarnym). Ta zasada organizuje strukturę spektaklu, jak i sam tekst - o "Hymnie do miłości" Agaty Adamieckiej i Marty Górnickiej w reż. Marty Górnickiej w Teatrze Polskim w Poznaniu, pisze Piotr Urbanowicz z Nowej Siły Krytycznej.

"Hymn do miłości" to oparty na chóralnej, wokalno-choreograficznej formie spektakl Marty Górnickiej. Znana z takich przedstawień jak "Chór kobiet" czy "Requiemaszyna", reżyserka tym razem próbuje zgłębić problem nacjonalizmu. Podobnie jak we wcześniejszych projektach oddaje głos ludziom, których prawa i swobody więzi opresyjny system. Tak jak szeroko pojęty patriarchalizm w "Chórze kobiet", czy też globalne urynkowienie w "Requiemaszynie", lub rasowe uprzedzenia w "Chórze Romów", tak i ten projekt ma na celu kolektywne przepracowanie form kontroli i przemocy.

Tym razem spektakl opowiada o szerszej niż wcześniej grupie. Sprawa dotyczy bowiem tożsamości współczesnych Polaków, a więc zbiorowości dużej i trudniejszej do zobrazowania niż konkretne, wykluczone z życia publicznego społeczności.

Scena zbudowana jest z jasnych desek, a tło stanowi betonowa ściana. Minimalistyczna, monochromatyczna scenografia harmonijnie zgrywa się z różnorodną grupą dwudziestu pięciu chórzystów w swobodnych, kolorowych ubraniach. Już w warstwie wizualnej następuje zderzenie wielokulturowej wolności z dyscypliną i surowością betonowego muru.

Wątek murów powraca w wyniku opętańczego tańca narodów, które żądają autonomii. Na genezę tego żądania składa się według Górnickiej kilka racji. Spektakl rozpoczyna się fragmentem polskiego hymnu, który wrzuca niejako chórzystów w transowy marsz. I to właśnie z "Mazurka Dąbrowskiego" reżyserka wyprowadza główne motywy dzisiejszych tendencji nacjonalistycznych. Wątek niezawinionej ofiary i poświęcenia, zdaje się twierdzić Górnicka, pobrzmiewa w zachowawczej polityce migracyjnej rządu PiS. Brak możliwości przyjmowania uchodźców uzasadnia się przecież wielością i ciężarem krzywd, jakie przyjął polski naród w swojej historii. Podobnie temat zemsty, zapisany w słowach naszego hymnu państwowego, stanowi istotny element infantylnego odgrywania się na państwach zachodnich - widoczny w dyplomacji i polityce zagranicznej.

Polacy są zamknięci przez formy symboliczne - zapisane w tradycji, w ludowych i żołnierskich piosenkach - a manifestujące się dzisiaj w formie postów, tweetów i komentarzach internetowych. I choć Polacy żądają autonomii i odzyskania przez państwo polskie godności, nie mają problemu z globalnym urynkowieniem, wyprzedażami i "niskimi cenami", które są umykającym świadomości realnym neokolonializmem. To niejedyna hipokryzja, którą Górnicka śledzi w spektaklu.

"Zapominalski naród" jakim postrzega Polaków reżyserka zatarł w pamięci formy pomocy, które inne kraje świadczyły naszym uchodźcom w różnych momentach dziejów. Zapomniał o ofiarach Holocaustu. Zapomniał również o pewnej iluzoryczności figury Zbawiciela, jaką narodowcy w pełni świadomie, choć i pewnie nieco mechanicznie, przyjmują w bitwach ze światem. W tych toczonych retorycznie i tych całkiem serio. Bardzo sugestywne wydało mi się w tym kontekście połączenie fragmentów pieśni religijnych z motywami militarnymi, jakby figury cierpiącej matki i syna żołnierza wyznaczały zakres znaczeń polskiego nacjonalizmu. Górnicka w tym, jak i innych częściach spektaklu buduje paralele, w której symboliczne sacrum (religijno-ludowe) kontrapunktuje natychmiast profanum (militarnym). Ta zasada organizuje strukturę spektaklu, jak i sam tekst. Tak też trzeba rozumieć hasła: "Bóg, kurwa, Honor, kurwa, Ojczyzna, kurwa". Każdy nasz narodowy patos podlega w końcu rytmowi marszu.

Przedstawienie w takich momentach stawia bardzo mocne tezy. Nieco słabiej wypada paralela, jaką Górnicka próbuje zbudować łącząc nazizm i współczesny polski nacjonalizm. Pojawiające się coraz częściej w polskiej przestrzeni publicznej antysemickie komentarze można oczywiście uznawać za pewien zwiastun faszyzmu, lecz antysemityzm jako taki, przynajmniej w polskiej kulturze, ma nieco inne źródła niż tendencje faszystowskie (co świetnie pokazywał w książce "Prześniona rewolucja" Andrzej Leder). Istotny jest jednak mechanizm, który reżyserka stara się nazwać. Był powszechny w nazistowskich Niemczech, a dziś w każdym nacjonalistycznym kraju. Tak zwana kultura wysoka - reprezentująca najwyższe wartości humanizmu - zaczyna popadać w sprzeczność z małostkowymi i w gruncie rzeczy nieludzkimi interesami społeczeństwa. Taką diagnozę i przestrogę formułuje w finale przedstawienia Górnicka, gdy chórzyści wykonują utwór Johanna Sebastiana Bacha.

(recenzja spektaklu z 3.02)

--

Piotr Urbanowicz - absolwent wiedzy o teatrze Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktorant w Katedrze Performatyki UJ.