powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Krakowskie zobowiązania Magdy Szpecht

Wchodzę na scenę Małopolskiego Ogrodu Sztuki. Widownia jest zdemontowana, a na przestrzeń działań scenicznych zaanektowana cała sala. Rząd czarnych krzeseł pod ścianą oraz kilka niebieskich i czerwonych materacy (jedyne kolorowe akcenty w przedstawieniu) to miejsca dla widzów - o przedstawieniu "In Dreams Begin Responsibilities [zobowiązania rozpoczynają się w snach]" pisze Klaudia Kasperska z Nowej Siły Krytycznej.

Nie muszą jednak siadać - mogą stanąć przy ścianie, położyć się na podłodze, dla odważniejszych istnieje wersja aktywna: swobodne chodzenie za aktorami. W zdecentralizowanej przestrzeni, teoretycznie wolnej i nieograniczonej, istnieje jednak rodzaj asekuracji: dwa materace, które staną się miejscem działań aktorów, schowano za ekranami, w miejscach o ograniczonej widoczności. Żaden z widzów więc ich nie zajmuje. Z kolei na tych, na których siadamy, rozłożone są mikrofon i wijące się długie kable, niejako "rezerwując" miejsce dla aktorów. Nie widziałam żadnego widza, który poczułby się na tyle "wolny", by przesunąć sprzęt albo materac... Sama też na tyle swobodnie się nie poczułam.

Wędruję po scenie, badam przestrzeń Zuzy Golińskiej, tworzoną przez cztery ekrany, ustawione względem siebie jak odbicia lustrzane. Za pierwszym ekranem, stojącym przy prawym wejściu na scenę, siedzi gitarzysta Mikołaj Zieliński. Za kolejnym ekranem leży materac i sterta książek. Przykucam na czerwonym materacu, do mojej koleżanki podchodzi chłopak, w milczeniu wręcza jej kartkę i odchodzi. Wtedy dopiero zwracam uwagę, że oni tu są - aktorzy! Krążą po sali powoli, z nieobecnym wzrokiem, niczym spowici oniryczną mgłą. Może śnią, może lunatykują, może wszystko, co zaraz zobaczymy, będzie snem, wspomnieniem, wytworem wyobraźni trwającym w rzeczywistości ułamek sekundy? Oniryczność będzie towarzyszyła działaniom scenicznym do końca spektaklu.

Aktorzy ubrani są podobnie: one w szerokich jeansach, oni w spodniach dresowych, wszyscy w luźnych T-shirtach wpuszczonych w spodnie. Wszyscy - czwórka młodych, zakochanych. Odbicia rodziców głównego bohatera i odbicia samego bohatera jednocześnie.

Na kartce otrzymanej od aktora jest napisane: "Znajdź stos książek i ułóż je od największej do najmniejszej". Idziemy razem ułożyć książki (znalezione wcześniej), wracamy na materac. Za kilkadziesiąt minut w jednej ze scen Lena Schimscheiner będzie przenosić zbudowaną przez nas wieżę na tors leżącego partnera, Karola Kubasiewicza. Rozczula mnie ta scena, obserwuję, jak chybotliwa konstrukcja przewraca się aktorce tak, jak przed chwilą przewracała się nam. Moja rola i jakikolwiek czynny udział w spektaklu się skończył, a może nawet nigdy się nie zaczął...

Kilkoro widzów krążyło po scenie. Niektórzy dostało kartki z metazadaniami typu: "Pomyśl o osobie, w której jesteś zakochany...". Część publiczności wyszła - nie wiem, czy to był element spektaklu, czy wynik rozczarowania/znudzenia. Informacje prasowe podawały bowiem, że widzowie mają być częścią spektaklu i wpływać na jego przebieg. Czy gdybyśmy nie ułożyły książek, wiele by się zmieniło...? Podobne rozterki przeżywałam przy "Każdy dostanie to, w co wierzy" Wiktora Rubina z Teatru Powszechnego w Warszawie (notabene Szpecht i Rubin triumfowali na niedawnej Boskiej Komedii). Zagadkowe w kontekście promocji "In Dreams..." pozostaje również hasło "spektakl-instalacja", którego znaczenia rozszyfrować nie potrafię - niczego, co widziałam, instalacją bym nie nazwała. Wałbrzyskiego "Schuberta. Romantycznej kompozycji na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy" tej samej reżyserki instalacją nie określano, chociaż inscenizacyjnie i estetyczne oba przedsięwzięcia są do siebie bardzo podobne.

Intrygująca jest natomiast idea ukrycia gitarzysty przed oczami widzów i pokazania go jedynie na projekcji - zwłaszcza, że Szpecht wielokrotnie podkreślała, jak ważna jest muzyczność spektaklu (podobnie jak w Schuberiadzie). Oprócz muzyki dla reżyserki niewątpliwie ważny jest tekst - w pierwszej kolejności oryginalny, czego można było domyśleć się już po tytule, do którego dodano polskie tłumaczenie, zamknięte w kwadratowych nawiasach. Tekst tak samo funkcjonuje w inscenizacji: najpierw słyszymy go w angielskojęzycznym oryginalne, po chwili, na kilka sposobów, dociera do nas tłumaczenie mechanicznie recytowane, w postaci nagrania z dyktafonu, czy też wyświetlane. Słowo mówione pozostaje jednak rzadkością, o wiele częściej widzimy je na ekranie, czym ponownie przypomina wałbrzyski spektakl.

Magda Szpecht znów też buduje sytuacje na ruchu: tym razem zamiast prostych gimnastyczno-tanecznych działań obserwujemy gimnastyczno-akrobatyczne sekwencje, w zapętleniu i sensach przypominające słynne "Café Müller" Piny Bausch, jednak tutaj wykonywane z trudem i wysiłkiem.

Niewątpliwą zaletą "In Dreams..." są piękne (estetycznie i realizacyjnie) projekcje Mikołaja Sygudy. W pamięci utkwiły mi dłonie krojące sztućcami owoce i aktorzy kąpiący się nago w basenie wbudowanym w dużą scenę Teatru im. Słowackiego, co do złudzenia przypomina scenografię tamtejszych "Plastików".

Magda Szpecht, podobnie jak Anna Karasińska, konsekwentnie kreuje własny język teatralny, czego potwierdzeniem niewątpliwie jest ta premiera, jednak jej spektakle w takim samym stopniu ciekawią mnie na poziomie konceptu, co nużą na poziomie strategii inscenizacyjnej.

**

Delmore Schwartz

"In Dreams Begin Responsibilities [zobowiązania rozpoczynają się w snach]"

reżyseria: Magda Szpecht

premiera: 4 lutego 2017, Małopolski Ogród Sztuki w Krakowie

recenzja z przebiegu: 5 lutego 2017

występują: Agnieszka Kościelniak, Lena Schimscheiner, Karol Kubasiewicz, Marcin Wojciechowski, Mikołaj Zieliński

**

Klaudia Kasperska - studentka Wiedzy o teatrze na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie (trzeci rok), współautorka projektu www.projekt-jarocki.blog.pl.