powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Siusiu w torcik

Öhrn w nowej interpretacji zachowuje wszelkie wskazówki autora dramatu. Zgodnie z nimi na widowni znajdzie się sto sześćdziesiąt jeden miejsc, umieszczonych wokół sceny. Miejsca można zmieniać, a wokół sceny dowolnie krążyć - o "Sonacie widm" Augusta Strindberga w reż. Markusa Öhrna w Nowym Teatrze w Warszawie pisze Piotr Ziółkowski z Nowej Siły Krytycznej.

"coś mnie korci

aby zrobić siusiu

w torcik"

To cytat zaczerpnięty z klasyka polskiego konceptualizmu Edwarda Krasińskiego, który w swojej praktyce artystycznej posługiwał się niebieską taśmą, przyklejając ją wszędzie, bez względu na to, gdzie lub na czym miała zawisnąć. Jedna z jego ikonicznych prac przedstawia kopię "Bitwy pod Grunwaldem" Matejki w skali jeden do jednego z przechodzącą przez całą długość płótna taśmą. Mam wrażenie, że strategia artystyczna jaką przyjął w Nowym Teatrze Markus Öhrn, znany przede wszystkim jako artysta wizualny, jest podobna do tej, jaką przyjmował Krasiński. Obaj budują nowe interpretacje w abstrakcyjnym geście i humorystycznej destrukcji utartych konwenansów i kanonów. Öhrn to rasowy trickster, przechera, który wchodząc w nową dla siebie przestrzeń przeciwstawia się zastanym w niej normom i porządkom tworząc sobie właściwy odrealniony świat. "Sonatą widm" Öhrn przynosi świeżą energię i spuszcza powietrze z balonu megalomanii jednej z najważniejszych scen w kraju.

Dramat Augusta Strindberga z 1907 roku nie przyjął się początkowo ze zrozumieniem widzów ani krytyki. Zyskał je dopiero w późniejszych przedstawieniach. Öhrn w nowej interpretacji zachowuje wszelkie wskazówki autora dramatu. Zgodnie z nimi na widowni znajdzie się sto sześćdziesiąt jeden miejsc, umieszczonych wokół sceny. Miejsca można zmieniać, a wokół sceny dowolnie krążyć. Informuje o tym w otwierającej scenie kantor-kostucha przy akompaniamencie utworu, który gra na keyboardzie. W prologu opowie również zarys fabuły dramatu, przedstawi pokrótce bohaterów i ich życiorysy. Kalejdoskop postaci niczym u Dostojewskiego od początku przyprawi o ból głowy. Stan ten utrzyma się prawdopodobnie do końca spektaklu. Zanim to jednak nastąpi, widz zostaje poinstruowany, że w każdej chwili może wyjść do toalety. Warto dodać, że cały spektakl można oglądać na czterech ekranach umieszczonych nad sceną jak telebimy nad murawą stadionu. Obraz w wersji live zapewnia kostucha towarzysząc aktorom z kamerą. Transparentność wszystkich tych działań jest spotęgowana przez odsłonięte okna teatru, które wychodzą na ulicę. Można go więc oglądać również z zewnątrz. To zaproszenie do świata przejrzystych reguł i zawiłych wizji, które nie każdy może przyjąć.

Stany jakich doświadcza się podczas seansu "Sonaty widm" sięgają różnych rejestrów: od podniecającego zaciekawiania, przez efemeryczne efekty wow, aż po coraz mocniej silące się na usta wuteef? Zaczyna się jak u Hitchcocka mocnym potrząśnięciem. Jeden z aktorów wydaje z siebie okrzyki cierpienia i rozkoszy. Ich źródłem jest wbijany nóż, najpierw w sztuczny oczodół, później w krocze. Z krocza za chwilę aktor wyjmie tic taki. Mocne i obrazoburcze? Niekoniecznie. Chociaż o początkowym przyzwoleniu na wyjście w trakcie przedstawienia przypomni sobie kilkunastu widzów przed końcem tej sceny. Öhrn zdaje się pokazywać w niej jak szeroki nawias absurdu i odrealnienia przyjmie wobec rzeczywistości. Wszystko, co się znajdzie w tym nawiasie, wymyka się jednoznacznej interpretacji. Błędem będzie szukanie w tej scenie echa Edypa. Lepiej odrzucić rozum i poszukiwanie symboliki, poddać się nastrojowi czarnej magii i onirycznej wariacji. Öhrn nie sili się bowiem na opowiedzenie czegoś nowego o świecie czy otaczającej rzeczywistości. Tworzy nową znaczeniowość, w której symbol pozbawiony jest reprezentatywnego charakteru, stając się jedynie artefaktem scenicznego porządku.

Opisywanie dalszych wypadków na scenie jest zbędne. Dość napisać, że będzie seks i zabójstwo. Sceny zbrodni i śmiechu. Hiacynt imitować będzie erekcję, a butelki z czerwoną farbą krew. Tytułowe widma będą ogłaszać zwycięstwo, żeby za chwilę ponieść porażkę. Oprawca stanie się ofiarą, a miejsce miłosnego spotkania zajmie gwałt. To, co najciekawsze to eksperyment reżysera z aktorami. Każdy z nich na głowie ma wykonaną z papier-mâché kulę niczym z teledysku Leonarda Cohena "In My Secret Life". Dodatkowo zniekształcenie głosów przez aparat umieszony w kuli (jakby każdy z aktorów przyjął dawkę helu tuż przed wejściem na scenę) spowoduje zatarcie ich tożsamości, utrudniając dopasowanie aktorów do postaci na scenie. Możliwe nawet, że w tej sztuce-sztuczce mistyfikacja postąpi jeszcze dalej, a pod kulami ukryją się zupełnie inni niż podani w obsadzie artyści. Pozbawieni typowych dla siebie atrybutów, jak twarz i głos, staną się kukiełkami w rękach reżysera. Wyobrażam sobie, że najbardziej w "Sonacie widm" cierpi ego aktorów, którzy nie mogą korzystać z najważniejszych dla siebie środków wyrazu. Öhrn niczym wytrawny prestidigitator tożsamość traktuje jako konstrukt, który można dowolnie burzyć, a następnie zlepiać z różnych skrawków.

Największa wartość "Sonaty widm" tkwi jednak w terapeutycznym przepracowaniu kompleksu wyższości zespołu. Efekty tego doświadczenia, w co mocno wierzę, będą obiecujące, tak dla samych artystów jak i całego teatru. Dopuszczenie nowych nazwisk, niespotykanych wcześniej w Nowym praktyk postteatralnych (na przykład program "Aktywizm tańca. Przestrzenie choreografii"), to pierwsze skowronki zmiany, dające nadzieję, że wraz ze zmianą siedziby na Madalińskiego zawita nowy duch... lub widmo.