powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Państwowiec

Przedstawienie Pawła Łysaka nie jest ani opowieścią hagiograficzną, ani Dziadami przywołującymi zmarłego. To długie rozmowy Autora ze swoim bohaterem i Kuronia z Ukochaną Ojczyzną/Rzeczpospolitą Gajką - o spektaklu "Kuroń. Pasja według św. Jacka" Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reż. Pawła Łysaka w Teatrze Powszechnym w Warszawie pisze Jan Karow z Nowej Siły Krytycznej.

Przestraszyłem się, kiedy zobaczyłem scenografię Roberta Rumasa. Nieduże biurko, regał z książkami, stary telewizor i lampowe radio, ławka z parku. Białe ściany pokryte czarno-białymi fotografiami. Każda podpisana etykietą. Największe jest zdjęcie paszportowe Jacka Kuronia, obok kilka mniejszych, z różnych spotkań: z Janem Józef Lipskim, z Adam Michnikiem, z założycielami KOR-u; jest akcja rozdawania darmowej zupy z początku lat dziewięćdziesiątych. Pierwsze skojarzenie - muzeum. Gorzej: izba pamięci. Jednak już pierwsza scena ustawia właściwą perspektywę - autorom chodzi zdecydowanie bardziej o teraźniejszość niż o historię.

Blondynka (Aleksandra Bożek) i Harcmistrz (Kazimierz Wysota) siedzą wśród publiczności. Rzucają pojedyncze zdania, powoli zaczynają dyskutować. Ona przedstawia się jako prawicowa konserwatystka, on stara się podważać jej słowa. Do sporu włącza się Meloman (Michał Jarmicki), przez którego przemawia przede wszystkim rezygnacja i rozczarowanie. Wiele po '89 się nie udało. Po ponad kwadransie, już na właściwej scenie, pojawia się Funkcjonariusz (Grzegorz Falkowski). Niczym anegdotę opowiada o wydarzeniu z ostatnich tygodni, kiedy chciał wybrać się do opery. Nie udało mu się jednak dotrzeć na czas - przez Warszawę przechodziły akurat dwie demonstracje. Funkcjonariuszowi pozostało wzruszyć ramionami i samemu zanucić arię Królowej Nocy z "Czarodziejskiego fletu" Mozarta.

Niewiele było o Kuroniu. I tak też w pewnym sensie pozostanie do końca. Bo po tym prologu akcent zostaje przeniesiony głównie na rozterki Autora (Grzegorz Artman). Chce napisać książkę - tytułową "Pasję według św. Jacka". W końcu pojawia się i sam Jacek (debiutujący w Teatrze Powszechnym Oskar Stoczyński). Nie jest to jednak Kuroń - postać historyczna; to postać literacka, wytwór wyobraźni Autora. Jedynym odsyłaczem do pierwowzoru jest charakterystyczna dżinsowa koszula. Nie przypomina i też nie musi przypominać Kuronia - robią to za niego zdjęcia.

Przedstawienie Pawła Łysaka nie jest ani opowieścią hagiograficzną, ani Dziadami przywołującymi zmarłego. To długie rozmowy Autora ze swoim bohaterem i Kuronia z Ukochaną Ojczyzną/Rzeczpospolitą Gajką (Ewa Skibińska), których w wersji dramatu drukowanej w "Dialogu" (nr 11/2016) można znaleźć zaledwie zarysy. Nie ma nadmiaru teatralnych pomysłów, w centrum jest słowo. Przy czym trzeba zaznaczyć, że tekst Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk znacznie się rozrósł. Dramatopisarka, podobnie jak jej sceniczny porte-parole, zdaje sobie sprawę jak trudnym zadaniem jest próba uchwycenia biografii postaci takiego kalibru. Bo z jednej strony Kuroń był człowiekiem czynu, z drugiej pozostawił po sobie wieleset stron tekstów, łącznie z autobiografią. W tym miejscu pojawia się pytanie o intencje twórców. Co było ważniejsze: kwestie związane z twórczością, czy zaangażowanie w debatę na temat dzisiejszej sceny politycznej? Bo pytanie, czy potrzebny jest nam dziś ktoś taki jak Kuroń, wydaje się uzasadniona. Przywołanie słów Konrada z "Wyzwolenia": "Chcę widzieć, słyszeć w skwarny dzień,/ czas kośby dobrych ziół i złych/ i jak od płowych zżętych pól/ ptactwo się podnosi na żer" skłania do widzenia w nim bohatera, któremu na sercu leży przede wszystkim dobro kraju. Żeby pójść dalej za Wyspiańskim: "Ty myślisz o Polsce!! To widoczne!". Niejednokrotnie wydaje się, że dziś próżno szukać takich ludzi po którejkolwiek ze stron politycznej barykady. Tak licznych aluzji do sytuacji tu i teraz nie było w pierwotnej wersji tekstu. Tylko że ten rozkrok i brak zdecydowanego skupienia na jednym temacie sprawia, że szczególnie wypowiedzi o dzisiejszej Polsce gubią się w gąszczu rozważań Autora. Przez to całości brakuje przysłowiowego pazura.

Bo można się zgodzić, że na razie dominuje nienawiść i dlatego potrzeba nowych słów. Że utopie to zniewalające obrazy. Że powraca język posługujący się takimi kategoriami jak "antypolskość". Do takich wniosków dochodzą Autor i Jacek. Jak na dłoni widać, że w porównaniu z początkiem XXI wieku, historia w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy przyspieszyła jeszcze bardziej. Pytanie, czy w dobrym kierunku? Jedna z ostatnich scen, w której Funkcjonariusz prosi Autora o złożenie samokrytyki w stalinowskim stylu wcale nie jest wyciągnięta z "worka z lewackim imaginarium". Jest czymś, co może prędzej czy później się wydarzyć. Dlatego tańczony przez wszystkich polonez Wojciecha Kilara z filmowego "Pana Tadeusza" Andrzeja Wajdy niby nadaje rytm, ale brzmi inaczej, jest zwichnięty. Dziś wiele słów też jest deformowanych. Jednym z najbardziej zużytych jest wspólnota. Wydaje się, że to właśnie o nią upominałby się tytułowy bohater.

***

Jan Karow - absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, studiuje na II roku Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej, współpracował m.in. z "Teatrakcjami", "Teatraliami", off-teatr.pl, "nietak!tem".