powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Paryż - Bydgoszcz dygoczą z gorąca

Spektakl nie wartościuje, nie tapla się w historii, jest tu i teraz jako wyraz urzeczywistniania idei, pobrzmiewania ich w każdym z nas jako wyraz czegoś pięknego, kolorowego, śpiewnego, tanecznego, energetycznego i niewyczerpanego - o "Komunie Paryskiej" w reż. Weroniki Szczawińskiej w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, pisze Sławomir Szczurek z Nowej Siły Krytycznej.

Zaskakujące i znamienne jest to, jak gospodarze Teatru Polskiego w Bydgoszczy potrafią wyprzedzać trendy, przewidywać nieprzewidywalne, wpisywać się w najbardziej aktualny kontekst społeczny, historyczny i polityczny. Szukać dla zespołu coraz to świeższych i bardziej komunikatywnych środków wyrazu, czyniąc to zupełnie nienachalnie, wnosząc nową jakość i świetnie korespondując z przekazem, którym chcą się podzielić.

Przyznaję, że zbojkotowałem bydgoski teatr, gdy część zespołu z Pawłem Łysakiem przeniosła się do Warszawy. Zupełnie niepotrzebnie. Wręcz ze stratą dla siebie. Wracam, nadrabiam, przecieram oczy ze zdumienia i... czuję wolność, równość i braterstwo. Duch Liberté-Égalité-Fraternité unosi się nie tylko nad makietą paryskiego ratusza stanowiącą główny element scenografii spektaklu Weroniki Szczawińskiej "Komuna Paryska", ale wyczuwalny jest też w atmosferze otaczającej Teatr Polski. Bydgoszcz nie składa broni, niczym komunardzi w Paryżu bierze sprawy w swoje ręce, wytacza nowe działa i staje do walki o sztukę, prawo głosu, szeroko rozumianą wolność obywatelską i artystyczną, równouprawnienie. Deformuje i burzy stare, by postawić wszystko na nowo.

Po stu czterdziestu pięciu latach Komuna Paryska, będąca nieprawdopodobnej energii zrywem rewolucyjnym, bądź jak to dziś niektórzy mówią puczem, wraca w pieśni: "chcemy równych płac, chcemy równych szkół, chcemy równych ról". Wraca śpiewająco, jako muzyczno-performansowy band Komuna Paryska, złożony z barwnych osobowości w niemniej kolorowych strojach, w którym każdy robi to, na co ma ochotę, gra na tym, na czym potrafi, występuje w tym, w czym chce (rewelacyjna gra nóg Małgorzaty Witkowskiej w kultowych gumowcach). Nieprawdopodobna wolność artystycznego wyrazu!

Komunardzi nie umarli, rozpierzchli się po masakrze, spotykamy ich tu i teraz po latach "normalnego" życia, które bywało walką z chorobami, pracą dla największego na świecie sklepu internetowego, gdzie paczki traktuje się niczym małe dzieła sztuki, a także po nieudolnych próbach tworzenia nowego bandu z największymi (Bob Marley, Jimmy Hendrix). Wracają z tą samą szczerością, będącą ich największą wartością, i dają koncert.

Wspomnienia prawdziwej wolności, walki o wyższe idee, poczucie wyzwolenia, bycia częścią czegoś nowego, wzięcia spraw w swoje ręce, wymagają twórczego procesu. A na ten składają się różne czynnik: sięganie po rozmaite instrumenty, uczenie się ich, nieustanne próbowanie, zapamiętywanie słów, zgranie w grupie z zachowaniem wzajemnego szacunku i prawa do odrębności. To wszystko świetnie znajduje realizację w teatralnym koncepcie stylizowanym na muzyczny band, w którym pełno wigoru, a wiara i utożsamianie się całym sobą z głoszonymi ideami potrafią góry przenosić a i kolumnę Vandôme obalić (w ostatniej scenie występuje jako wielki, nadmuchiwany balon).

Koncert jaki daje Komuna (zespół Polskiego) jest dość ryzykownym zagraniem, aktorzy mimo naturalnych predyspozycji do śpiewu - piosenkarzami nie są. Być może śpiewają nazbyt nieśmiało, niepewni warsztatu i lekko zmieszani reakcją widzów, którzy zamiast spektaklu oglądają koncert. Niemniej analogie bandu Komuna Paryska i bydgoskiej teatralnej trupy są zdumiewające a rewolucyjne hasła rodem z 1871 roku wybrzmiewają dziś chyba bardziej aktualnie niż kiedykolwiek. To fenomenalne jak ten zespół odnajduje się repertuarowo w dzisiejszych czasach. W kapeli zazwyczaj jest frontman, na scenie Polskiego wszyscy zasługują na najwyższe uznanie. Nie mogę jednak nie wspomnieć o wspaniałym monologu Soni Roszczuk. Jej bohaterka - performerka - w ubojni przetoczyła sobie świńską krew stając się Miss Piggy, to reakcja na zajście w barze, gdzie mężczyzna uderzył ją w twarz i nazwał "świnią". A teraz krzyczy do zgromadzonych: "zjedzcie mnie". Genialne!

Spektakl nie wartościuje, nie tapla się w historii, jest tu i teraz jako wyraz urzeczywistniania idei, pobrzmiewania ich w każdym z nas jako wyraz czegoś pięknego, kolorowego, śpiewnego, tanecznego, energetycznego i niewyczerpanego. Gotowy podejmować wyzwania, stawiać im czoła i gromadzić się wokół słusznych postulatów. Jest wyrazem tego, że lud nie pozostaje bierny, drzemią w nim niespożyte pokłady energii i sił sprawczych, które uruchomione mogą sporo namieszać, również w teatralnym życiu.

Gustave Courbet, malarz i wierny uczestnik Komuny pisał: "Paryż zrezygnował z bycia stolicą Francji". Parafrazując te słowa, Bydgoszcz nigdy nie zrezygnowała z bycia najważniejszym miastem na teatralnej mapie Polski. Chwała jej za to, że śpiewająco podnosi głos w najważniejszych sprawach.

***

Sławomir Szczurek - mieszka w Katowicach, z wykształcenia filolog polski (Uniwersytet Warszawski), wielki miłośnik teatru.