powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Po prostu człowiecze

"Wspomnienia polskie" to teksty, w których Witold Gombrowicz mówi o sobie: uczniu gimnazjum, studencie, początkującym pisarzu, o rodzinie, przyjaciołach. Przedstawienie w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, dyplom studentów krakowskiej PWST, to nie tylko podróż w głąb pamięci Gombrowicza, ale też w głąb nas samych - pisze Piotr Raganowicz-Macina z Nowej Siły Krytycznej.

"Wszystko było jak złośliwa karykatura. Moja rodzina, moja sfera socjalna - napuszone, wypieszczone, wydelikacone. Społeczeństwo, naród, państwo - wrogowie. Wojsko - koszmar. Ideały, ideologie - frazesy. A najgorszy, najbardziej sztuczny i pretensjonalny byłem ja sam - każde słowo wypadało mi nie tak, jak chciałem, każdy gest był skażony. Bóg jakoś mi zniknął z horyzontu - właściwie nie przestałem wierzyć, tyle tylko, że wiara już mnie nie interesowała, nie myślałem o tym. Samotność moja uczyniła się wskutek tego absolutna."

"Wspomnienia polskie" to teksty, w których Witold Gombrowicz mówi o sobie: uczniu gimnazjum, studencie, początkującym pisarzu, o rodzinie, przyjaciołach. Odrodzenie Polski, obyczajowość, młodość, świat konwenansów i życie, bezpowrotnie przerwane przez wojnę. "Świat stawał mi się niemożliwy" Przedstawienie w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, dyplom studentów krakowskiej PWST, to nie tylko podróż w głąb pamięci Gombrowicza, ale też w głąb nas samych. Czy tekst jest bliski dzisiejszemu młodemu pokoleniu, jak pytają twórcy? Jest.

Trudno opisać nastrój spektaklu. Jest autoironiczny, intymny, chwilami czuć w nim nostalgię. Aura sielanki, niewinności budowana jest gawędziarskim charakterem "Wspomnień". Taki jest tekst i takie jest to przedstawienie. Czyli: wszystko jest w nim jak złośliwa karykatura. Napuszone, wypieszczone, wydelikacone. Koszmary. Frazesy. I ten sztuczny, pretensjonalny Gombrowicz. Jak radiowa opowieść z zaburzonym szykiem, z przekoloryzowanymi faktami, opatrzona fantastycznymi obrazami wspaniałej, ale już minionej rzeczywistości.

Scenografia i kostiumy (Katarzyna Kornelia Kowalczyk) oddziałują na klimat spektaklu, przywodząc na myśl przedwojenny salon. Jest toaletka, sofa, szezlong, stolik zastawiony porcelaną, zegar z wahadłem, pianino, fotel, krzesła i ściana z oknem, za którym zmieniają się kolory. Wystrój wnętrza i kostiumy nawiązują do przedwojennej mody, ale nie są jej odwzorowaniem. Jest tak jak może być we wspomnieniach albo tak, jak w naszej wyobraźni. Światło (Michał Grabowski) bardzo podkreśla i różnicuje ten nastrój. Współgra z dekoracją i ją uzupełnia. W grze efektami świetlnymi nie brakuje prawie niczego: jest cała gama kolorów, błysków, lamp, projekcji i ciemność. Nie ma przesytu, nie ma niedosytu, wszystko jest odpowiednio wyważone. Ile myśli w głowie, tyle scen. Ile nastrojów, tyle barw.

Przenosimy się do wspomnień Witolda Gombrowicza - zabawnych, ciekawych, błyskotliwych i refleksyjnych. Na scenę z dwóch stron wchodzą aktorzy i siadają w różnych miejscach. Grają w rożnym tempie. Często przerysowując charaktery, gesty, mimikę. Czasem zwalniają tempo, a chwilami rozsadza ich energia. To wszystko składa się na oniryczny obraz, tak naturalny, że łatwo w niego wejść i zapomnieć; i tak odrealniony, że uderza bezpośrednio w pamięć i zmysły.

Na nastrój składa się też muzyka wybrana przez reżysera: Mozart, Rossini, ale i jazz z lat dwudziestych. Pojawiający się od czasu do czasu taniec (choreografia Katarzyna Anna Małachowska), przechodzi z pozornego nieładu w uporządkowany, rytmiczny układ, jest mocnym elementem nierealności. Absurdalny. Z innego porządku.

Jak to w dyplomie, każdy aktor dostał szansę - może przywdziać skórę Witolda. I bardzo dobrze. Wszyscy są równi, wszyscy są różni, spisują się znakomicie: Klaudia Bełcik, Dominika Feiglewicz, Justyna Janowska, Paulina Kondrak, Martin Bogdan, Kacper Lech, Jan Romanowski, Łukasz Szczepanowski, Marcin Sztendel, Marcin Urbanke. Zgrany zespół, z wyczuwalnym duchem, spaja wszystkie historie w jedno ciało i jedną postać.

W pamięć zapada wiele momentów: otwierająca akcję scena w przedziale jadącego pociągu, w której Witold rozmową powstrzymuje wuja przed użyciem broni; monolog przed lustrem, wykrzyczany (jedyny raz w spektaklu) do mikrofonu; śmierć ojca Witolda - twarze aktorów rozjaśniają trzymane przez nich świece; pogrzeb marszałka Piłsudskiego, któremu towarzyszy ściśnięta grupa inteligentów zastygłych w groteskowej żałobnej pozie. Poza tym szkoła, nauczyciele, znajomi, kobiety, kawiarniane wieczorki i sztubackie żarty. Witold opowiada, jak przypadkiem zwymiotował z okna mieszkania na stojące w dole kawiarniane stoliki, po czym zabarykadował się z kolegami w pokoju (światło zmienia się na czerwone, a aktorzy w zwolnionym tempie biegną do drzwi jak na barykadę). Krakowiak jak chocholi taniec. A to tylko niektóre fragmenty przedstawienia. Aktorzy ogrywają przestrzeń i przedmioty bez ukonkretniania miejsca i czasu. Liczy się melonik, filuteria, muzykalność, monologi, krzyk i szept. Nawet guma do żucia rozciągana jest z gracją przy dźwięku skrzypiec.

"Jesteśmy Polakami! - Nie jest zdrowe kiedy ojczyzna staje się parawanem, który zasłania świat." Na koniec aktorzy ściągają w kulisy meble, ściana się podnosi, w głębi zadymionej sceny postać odbija tenisową piłeczkę. Jej monolog skierowany do publiczności zamyka spektakl, zostawiając widza z pustą, gęstą od dymu przestrzenią. "No więc trzeba mi było poszukać mojego ja głębiej, tam gdzie ono już nie było polskie, a po prostu człowiecze." Świat staje się niemożliwy.

**

Witold Gombrowicz

"Wspomnienia polskie"

adaptacja, reżyseria i opracowanie muzyczne: Mikołaj Grabowski

premiery: 21 stycznia2017, Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna im. Ludwika Solskiego w Krakowie

recenzowany spektakl: 20 stycznia 2017 (pokaz przedpremierowy)

Piotr Raganowicz-Macina - student III roku wiedzy o teatrze Uniwersytetu Jagiellońskiego.