I Bóg stworzył Wandę cud...

Nie lubi, gdy mówi się o niej: gwiazda. - Bo dzi¶ gwiazd± może być każdy. Gdziekolwiek się obejrzysz, same "gwiazdy" - mówi ¶piewaczka WANDA POLAŃSKA.

«"Jest symbolem potęgi polskiej operetki, kontynuatorką najpiękniejszych tradycji stworzonych w ciągu stuleci przez legendarne i ubóstwiane przez publiczność gwiazdy: Wiktorię Kawecką, Lucynę Messal, Kazimierę Niewiarowską, Beatę Artemską, Iwonę Borowicką. Jej magiczna osobowość, ogromny, przepiękny w barwie sopran i najwyższej próby aktorstwo - wszystko to sprawiło, że mówimy o Wandzie Polańskiej jako o królowej sceny" - pisał Bogusław Kaczyński.

Podczas wieloletniej kariery Wanda Polańska, występując na scenach Polski oraz za granicą, m.in. w Moskwie, Berlinie i Londynie, stworzyła niezapomniane postaci w dziełach Offenbacha, Straussa, Lehara, Kalmana, Abrahama. Wielbiciele operetki pamiętają ją z mistrzowskich ról Hanny Glavarii w Wesołej wdówce, Rozalindy w Zemście nietoperza, Sylvii w Księżniczce czardasza, Lizy w Krainie uśmiechu, Wiktorii w Wiktorii i jej huzarze czy Angeli w Hrabim Luxemburgu. - Takiej gwiazdy nie powstydziłby się nawet Broadway - mówił o niej Jan Kiepura.

Dla wielu wyznawców sztuki operetkowej Wanda Polańska jest ostatnią - w wielkim stylu - primadonną sceny operetkowej. Ze względów rodzinnych powróciła do Krakowa. Nadal zachwyca głosem i pozwala, aby uwielbiała ją publiczność. Można ją usłyszeć na koncertach, a także na scenach operetek w Krakowie, Szczecinie i w Gliwicach, gdzie obecnie śpiewa partię Księżnej w Księżniczce czardasza.

Utalentowana, pracowita, wrażliwa i ciepła, żyje w otoczeniu kilku wypróbowanych przyjaciół.

Przestań, mała

Miała być zwykłą kobietą. Żyć u boku męża, wychowując dzieci. Takie było życzenie jej matki. Nic z tego jednak nie wyszło, gdyż Wanda zdecydowała się poświęcić scenie. Chciała śpiewać i dopięła swego wbrew matce, która uważała za niestosowne, aby jej córka "została komediantką".

W zrealizowaniu marzeń na początku pomógł jej ojciec. To on, przez Edmunda Kosowskiego, śpiewaka, znalazł prof. Józefa Gaczyńskiego, znakomitego barytona, warszawskiego artystę, któremu wojna przerwała karierę.

- Ojciec mój był prostym człowiekiem, ale rozumiał, że ja chcę śpiewać - tłumaczy. - Zawsze jak o nim mówię, to się wzruszam... Ojciec uwielbiał palić papierosy, ale odmawiał sobie tej przyjemności, by oszczędzać pieniądze na moje lekcje śpiewu.

Pierwszą wizytę u prof. Gaczyńskiego pamięta doskonale. Artysta wynajmował pokój z fortepianem na czwartym piętrze kamienicy przy ul. Sobieskiego w Krakowie. Wdrapała się po schodach z bijącym sercem i ze strachem przycisnęła dzwonek u drzwi. Otworzył jej wysoki, przystojny mężczyzna, jak się później okazało, obdarzony pięknym głosem. Zaprosił ją do pokoju. Usiadł przy fortepianie i zaczął grać, a ona po nim powtarzała frazy. Grał coraz wyżej i wyżej, a ona śpiewała bez trudu i wysiłku, jakby od niechcenia. - Przestań, mała - przerwał jej w końcu kolejny pasaż. - Przestań, bo mi nie starczy klawiatury - mówił i nie krył zachwytu.

Dziś Wanda Polańska już wie, że miała w życiu ogromne szczęście. Prof. Gaczyński był niezwykłym człowiekiem, który docenił jej głos, traktując go jak diament. Licznymi delikatnymi ćwiczeniami szlifował, by w końcu zrobić z niego brylant. - Codziennie modlę się za prof. Gaczyńskiego. Dzięki mojemu pierwszemu pedagogowi do dziś jestem w formie i do dziś śpiewam - mówi. - Teraz po latach już wiem. że pierwszy nauczyciel jest najważniejszy. Od niego zależy całe życie śpiewaka.

Zadebiutowała w pożyczonej czarnej długiej sukni, w Krakowie, na koncercie, na scenie teatru Groteska przy ul. Skarbowej. Partnerował jej wówczas Kazimierz Rogowski. Do dziś pamięta repertuar, jaki wówczas wykonała, m.in. piosenkę Księżyc i radiostacja. Publiczność przyjęła ją entuzjastycznie. Wśród oklaskujących nie było jednak jej matki, która nadal nie mogła się pogodzić z wyborem córki.

Narodziny artystki

Gdy zdawała maturę, ćwiczyła taniec klasyczny i zaczynała się uczyć śpiewu, w Krakowie właśnie powstawała opera i operetka. Miasto to już miało swoje gwiazdy: Jadwigę Romańską, którą można było podziwiać w operach, oraz Iwonę Borowicką, wielką damę operetki. Choć była bardzo młoda, doskonale zdawała sobie sprawę, że aby śpiewać główne role, musi wyjechać z Krakowa. Wybór padł na Gliwice.

Egzaminy uprawniające do pracy w tamtejszym teatrze były bardzo ciężkie i trwały po wiele godzin. Przed komisją musiała zaśpiewać niemal wszystko, co potrafiła. Na sali baletowej przebrano ją w kostium, zatańczyła m.in. czardasza, tango i walca wiedeńskiego. Kiedy po raz trzeci przyjechała na egzamin, sekretarka wręczyła jej tekst i powiedziała, że ma się go nauczyć i zagrać przed komisją. Wanda Polańska rozpłakała się. - Dziecko, a cóż ty tak ryczysz? - zainteresował się Edmund Wajda, tamtejszy tenor, który właśnie przechodził teatralnym korytarzem. Zaprosił . do garderoby, scenę szybko wyuczył, a potem partnerował jej na egzaminie.

Danuta Baduszkowa, która wówczas była szefem komisji, po wielu godzinach egzaminu zapytała: - To co ja mam z nią zrobić? Uczepiła się operetki i nic, tylko chce śpiewać i tańczyć u operetce. - Jak to co? - odpowiedział Edmund Wajda. - Przyjąć, bo to talent.

- W końcu dostałam propozycję pracy, ale... w chórze. Odmówiłam. Byłam obrażona. Wyjechałam z przekonaniem, że nigdy tam nie wrócę - wspomina Wanda Polańska. - Po pewnym czasie dostałam telegram: "Przyjeżdżać natychmiast stop debiut w roli Rozalindy w Zemście nietoperza stop". I tak to się zaczęło.

Na próbie, z której cały zespół był niezadowolony, bo z powodu jakiejś tam smarkuli mieli zepsute przedpołudnie, dostała suknię z czterometrowym trenem, na którym kilka razy się przewróciła. Wpięli jej pióra we włosy, pokazali, z której strony ma wejść i zejść ze sceny. Przywrócono także Czardasza, utwór karkołomny, którego jej poprzedniczka nie wykonywała. I tyle. Reszta zależała już od niej.

- Z kamieniem przy szyi wpadłam do głębokiej wody, wszyscy myśleli, że się utopię, a ja wypłynęłam. Na pierwszym moim przedstawieniu kurtyna szła siedem razy w górę - wspomina Wanda Polańska.

Grała premierę za premierą, podziwiana przez publiczność, która dla niej przychodziła do teatru. Była młoda, zdolna i piękna. Scenografowie chętnie ją na scenie rozbierali. Na plakacie, który reklamował Bajaderę, sfotografowano Wandę Polańską prawie nagą. W teatrze aż huczało. Mówiono wówczas, że ten plakat doprowadził do wielu rozwodów w mieście.

Na jednej z prób generalnych Boruta Borzęcki, który przyjechał z Ministerstwa Kultury, by odebrać spektakl Kraina uśmiechu, po obejrzeniu Wandy Polańskiej na scenie powiedział do Edmunda Wajdy: - A gdzie ty taką gwiazdę znalazłeś? A na to tenor: - To nie jest jeszcze gwiazda, na razie to jedynie małpka, która umie powtórzyć wszystko, co jej każę, ale kiedyś będzie to na pewno wielka gwiazda.

- W Gliwicach narodziłam się jako artystka i jako kobieta. Przeżyłam tam pierwszą wielką odwzajemnioną i spełnioną miłość. Do Ludwika, mojego scenicznego partnera. Był wysoki, przystojny, pięknie nosił frak. Stanowiliśmy wspaniałą parę, publiczność nas uwielbiała. Nasza miłość nie miała jednak przyszłości. On miał żonę i dzieci. To z jego powodu opuściłam Gliwice i przeniosłam się do Warszawy - wspomina.

Między starym a nowym

Wanda Polańska była łącznikiem pomiędzy starym a nowym pokoleniem artystów. Miała szczęście spotkać na swojej drodze wielkie, często jeszcze przedwojenne gwiazdy. W Balu w operze śpiewała pod dyrekcją Karola Stryi, zaś w Baronie cygańskim pod batutą Jerzego Sillicha. - To był niezwykły człowiek, wspaniały artysta obdarzony poczuciem humoru. Pamiętam, że kiedyś podczas próby trąbka zakiksowała, a na to Sillich, który lekko seplenił: "Panie trębacu, cy panu muska na pięciolinię nasrała?" - wspomina.

Miała szczęście występować z Januszem Popławskim, legendarnym śpiewakiem, w Zemście nietoperza, w której artysta wcielił się w rolę Alfreda. Także - ale przez przypadek raczej - zaśpiewała z Janem Kiepurą. Było to na początku jej drogi artystycznej, w teatrze w Warszawie. Kiepura przyszedł na jedno z przedstawień Wesołej wdówki. Został rozpoznany przez publiczność i widzowie wnieśli go na scenę, krzycząc: "Jasiek, śpiewaj".

- Stanął przy mnie - ja kawał kobiety na obcasach, stylowa fryzura, pióra, on drobny, niski, niepozorny, sięgał mi raptem do ramienia - i szepnął mi do ucha: "Mała, musisz podpowiadać słowa, bo ja to śpiewam z Martą Eggerth tylko po niemiecku i angielsku ". Podpowiadałam i śpiewałam. Wykonaliśmy ten duet aż pięć razy - wspomina.

Partia Lizy w operetce Kraina uśmiechu, którą przygotowywała ze Stanisławem Ursteinem, pianistą i kompozytorem, była jej popisową rolą. Na co dzień w spektaklu tym partnerował jej Ryszard Tarasewicz. Jednak udało jej się uprosić dyrektora teatru, aby do roli Su Czonga zaprosił gwiazdę opery, Bogdana Paprockiego.

Wielki śpiewak na próbie markował, zaś w trakcie przedstawienia, podczas pierwszego aktu, gdy Su Czong śpiewa najwięcej - dwie arie, duet i finał - był wykończony. Gdy w finale I aktu klęczał na scenie przed ubraną w białą suknię Wandą, zamruczał wzburzony do partnerki: "K..., czy ta kurtyna wreszcie spadnie". A kiedy spadła, zerwał perukę z głowy i ruszył do garderoby, krzycząc do Wandy Polańskiej: "Ja pier... twoją Krainę uśmiechu. Wolę trzy Halki zaśpiewać pod rząd. Jadę do domu. Niech to śpiewa, kto chce. Nic mnie to nie obchodzi." - Udało mi się go jednak na klęczkach ubłagać. Po przerwie włożył perukę i zaśpiewał tak pięknie arię "Twoim jest serce me", że trudno sobie wyobrazić - wspomina.

Miłość operetka

Operetka była i jest miłością jej życia, prawdziwym przeznaczeniem. Dlatego też przerażona jest jej obecną sytuacją w Polsce. Gatunek ten, tak lubiany przez widzów i tak trudny dla artystów - bo wymaga wielu zdolności: tańczenia, śpiewania i mówienia - popada w niełaskę. A wszystko za sprawą dyletantów dyrektorów, którzy sami operetki nie lubią i nie znają.

- Dyrektorem teatru operetkowego powinien być artysta, który występował na scenie. Znosił trudy tego zawodu przez wiele lat. W operetce wszyscy muszą uwierzyć, że amant kocha, zaś panowie z publiczności muszą być oczarowani diwą. Nie może w roli gwiazdy występować pokurcze bezgłosu, tylko dlatego, że ma układy - mówi Wanda Polańska.

Trudno jej również uwierzyć w argumentację, że nie opłaca się grać spektakli. - Za moich czasów operetkę graliśmy codziennie i przychodziły na nią komplety widzów. Dziś w Krakowie, operetka wszech czasów, czyli "Zemsta nietoperza" Straussa jest wystawiana pięć razy do roku. Trudno się dziwić, że zespół jest rozgoryczony. Poza tym jak się tak rzadko występuje, to za każdym razem przed spektaklem artyści przeżywają męki premierowe - mówi Wanda Polańska.

Z niepokojem zauważa także, że teatry stawiają jedynie na młodych artystów. - W teatrze powinny współistnieć trzy pokolenia, bo - jak mówi Tewje Mleczarz - "tradycja to ważna rzecz". Muszą być w zespole starsi artyści, którzy nauczą młodych zawodu, pokażą im, że teatr jest świątynią i że nie wolno w nakryciu głowy wchodzić na scenę - podkreśla.

Nie lubi, gdy mówi się o niej: gwiazda. - Bo dziś gwiazdą może być każdy. Gdziekolwiek się obejrzysz, same "gwiazdy" - mówi Wanda Polańska.

- Dlatego ja jestem artystką sceny operetkowej. I takie określenie zupełnie mi wystarczy.

Czy czuje się jednak artystką spełnioną? Niezupełnie. Nie zagrała roli Maricy w operetce Hrabina Marica oraz Musetty w operze Cyganeria, choć istniał wówczas niepisany obyczaj, że diwa operetkowa w każdym mieście była zatrudniana do roli Musetty w operze. Zgodnie ze zwyczajem taką propozycję złożył jej po premierze Zemsty nietoperza, którą był zachwycony, dyrygent Zdzisław Górzyński. Niestety, nie miała na to czasu.

Żałuje również, że z Operetki Warszawskiej odeszła po cichu, bez skandalu, gdy nowy dyrektor powiedział, że nie potrzebuje takich gwiazd jak ona. Odeszła, choć cały repertuar warszawskiego teatru był na niej oparty. Trafiła na estradę, co jest sporym wyzwaniem dla śpiewaczki operetkowej przyzwyczajonej do kostiumów, świateł i charakteryzacji. Musiała się nauczyć stać przed publicznością niczym na patelni. Do dziś jednak nie może wybaczyć warszawskiej publiczności, kolegom i władzom miasta, że nikt o nią się nie upomniał, nie zawalczył, że tak szybko zapomniano.

Choć ma znakomitą technikę i ogromne doświadczenie sceniczne, nadal się uczy. Chodzi obecnie na lekcje do prof. Mieczysława Frogniego, aby kontrolować głos. Dzięki temu nie popadła w manierę i jest w tak dobrej formie, że zaśpiewała ostatnio w Teatrze Muzycznym w Gliwicach Czardasza z Księżniczki czardasza. - Po wykonaniu tego utworu przyjęto mnie owacyjnie. Reakcja publiczności podziałała na mnie jak narkotyk. Utwierdziłam się w przekonaniu, że dla takiego momentu warto jest żyć, warto poświęcić wszystko.

Operetka była i jest miłością jej życia, prawdziwym przeznaczeniem. Dlatego też przerażona jest jej obecną sytuacją w Polsce. Gatunek ten, tak lubiany przez widzów, popada w niełaskę. A wszystko za sprawą dyletantów dyrektorów.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego