powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Aktorskie lata

Nie było chyba czasu bardziej bezlitosnego dla młodości aktora niż dzisiejszy. Żaden czas nie pożerał przemijających lat młodości zachłanniej. Żaden baczniej nie wydobywał na światło rampy pierwszych zmarszczek. Żaden nie spędzał tak wcześnie z desek scenicznych "amantek" i "amantów", nie zmuszał tak bezwzględnie do zmiany ulubionych ról, do zapisania się w szeregi "charakterystycznych" aktorów - pisał Erwin Axer w Listach ze sceny.

Czy przyczyną tego zjawiska jest realistyczny kierunek naszej sztuki teatralnej i wyostrzone poczucie rzeczywistości dzisiejszego widza?

Nie sądzę. Bywały przecież okresy ostrego rygoru naturalistycznego, okresy obsadzania aktorów nie tylko podług ich umiejętności kształtowania, ale przede wszystkim podług ich osobistych, przyrodzonych, niemal prywatnych właściwości, a przecież cenzus wieku nie obowiązywał chyba nigdy i nigdzie w tym stopniu, co dzisiaj u nas.

Zapewne, film niemało przyczynił się do zwiększenia wymagań publiczności tam, gdzie chodzi o zewnętrzne prawdopodobieństwo. Ale przecież nie to zewnętrzne prawdopodobieństwo tak ważne w filmie, stanowi podstawę naszej sztuki i nie na tym polega realizm sceny.

Dwa lata temu na przedstawieniu "Fausta" w Deutsches Theater, zachwycony kreacją aktorki odtwarzającej Małgorzatę, zapytałem jednego z jej kolegów o tajemnicę wysokiego kunsztu tak młodej artystki.

"Jest rzeczywiście bardzo młoda - odpowiedział - ma bowiem zaledwie trzydzieści pięć lat". Oceniając uprzejmość i dobre wychowanie mojego rozmówcy - zrozumiałem, że aktorka i ten wiek znacznie przekroczyła.

Jeszcze plastyczniej uwydatnił się ten sam problem w Moskiewskim Teatrze Artystycznym. "Mieszczanie" Gorkiego oraz inscenizacja powieści Dickensa "Dombey i syn" uchodzą tam za spektakle "młodzieżowe". Przeciętny wiek "młodzieży" biorącej w tych przedstawieniach udział waha się pomiędzy czterdziestką a pięćdziesiątką.

W roli Masłowej w "Zmartwychwstaniu" występowała wielka aktorka Jeleńska. Wystawiłbym sobie złe świadectwo, umieszczając w tym miejscu datę jej urodzin; wystarczy, gdy powiem, że mieszkańcy Moskwy od dawna zachwycają się jej wspaniałym talentem. Zachwycałem się i ja, nie znajdując w przedstawieniu niczego, co by przeczyło wymaganiom realizmu.

Czemu zatem przypisać należy przyczynę tego, że zdarza się nam w poszukiwaniu na przykład Szekspirowskiej Julii wspomnieć nazwisko dwudziestopięcioletniej aktorki i powiedzieć "za stara". Czemu zdarza się, że trzydziestoletni młodzieniec wydaje się nam zbyt dojrzały dla zagrania roli młodzieńca, powiedzmy - dwudziestoletniego?

Omyłka? Złe ujęcie zagadnień realizmu i prawdopodobieństwa na scenie? Wpływ filmu? A jeżeli omyłka, to dlaczego sprawdza się często, że i trzydziestoletni młodzieniec okazuje się rzeczywiście, jeżeli nie zbyt dojrzały, to zbyt mało młodzieńczy. Dlaczego okazuje się, że dziewczyna, która byłaby może Julią w dwudziestym drugim roku życia, tuż po opuszczeniu szkoły dramatycznej, w dwudziestym piątym straciła już cenne atuty młodości?

Nie umiem sobie inaczej wytłumaczyć tego zjawiska - jak tylko upadkiem sztuki aktorskiej. Niedostatecznymi umiejętnościami aktorów średniego i młodego pokolenia.

Aktorka niemiecka, o której mówiłem, wydawała się szesnastoletnią dziewczyną z racji tych samych umiejętności, które pozwalają dobrodusznemu, powszechnie poważanemu koledze naszemu przedzierzgnąć się w podstępnego, żądnego krwi kryminalistę. Z racji tych samych talentów, które pozwalają aktorowi zmieniać charakter, zawód i stulecie z większą lub mniejszą łatwością.

Gdy zabraknie umiejętności, gdy nie starcza talentu, jakaś inna rada, jak zastąpić młodość sceniczną prawdziwą młodością, tak samo jak zastępujemy nieraz zdolność kształtowania roli podobieństwem charakteru i właściwości aktora do właściwości i charakteru odtwarzanej postaci.

A zatem wydawałoby się, że my sami jesteśmy winni naszej przedwczesnej starości scenicznej. I kiedy publiczność powiada, że aktor jest do roli za stary, bywa, że nie jest za stary, a po prostu gra nie dość dobrze.

Na zakończenie posłuchajmy głosu pewnego wielce doświadczonego dyrektora teatru, który w tej sprawie, jak się okazuje aktualnej również sto pięćdziesiąt lat temu, przypisywał winę publiczności, nie zaś aktorom. Nie od rzeczy będzie dodać, że ustąpienie swoje z teatru po dwudziestu kilku latach działalności dyrektor ów zawdzięczał aktorce, której wieku w owych czasach jeszcze nie nazywano balzakowskim.

"Wydaje mi się, jak gdyby było chorobą niemieckiej publiczności, która udzieliła się już także aktorom, że nigdy nie znajduje się mężczyzn ani kobiet dość młodymi. Moglibyśmy w czasach, w których tyle złego przenosimy z francuskiej sceny na naszą, naśladować również i cnoty. We Francji nikt nie pyta o wiek artysty, lecz o jego sztukę. Jak znaleźć młodzieńców, którzy już są artystami? Surowy trud aktora pozostawia ślady na jego obliczu i jeżeli kształci się on bawiąc, sam się przecież nie bawi". (Goethe)