powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Palcem po mapie

Ela i Dawida zachwiali moim spokojem, spokojem człowieka, który przyzwyczaił się do podróżowania z książką w ręku, odsyłającą go do bezpiecznego czasu przeszłego, kiedy i piasek, i woda, i powietrze były czystsze, a ludzie wysyłali sobie z podróży listy i kartki pocztowe - pisze Dana Łukasińska.

Wyruszyli 3 stycznia. Przez Rygę, Tallinn, Petersburg. Chcą przemierzyć Syberię koleją transsyberyjską, zwiedzić Chiny i Indie, by jakiś czas potem dotrzeć do Ameryki Południowej i tam, w którymś z jej uroczych zakątków, zapuścić korzenie. Cała podróż ma im zająć rok. I to nie jest treść książki podróżniczej. To się dzieje naprawdę i mowa tu o podróży życia Eli i Dawida, których wyjątkowo nie zmyśliłam.

Niektórym ludziom pisane jest życie w podróży. Tak też zaczęła się ich historia. Od podróży. Ela i Dawid poznali się podczas urlopu, na który każde z nich, całkiem niezależnie, każde z własną grupą przyjaciół, udało się w tym samym czasie na Tajlandię. Ona Polka z Polski, on Francuz z Reunion. Poznali się przypadkiem, kiedy każde z nich, całkiem niezależnie, każde z własną grupą przyjaciół, szukało baru, a trafiło do klubu go-go z barem. Ponoć to on pierwszy ją zagaił, kiedy nieśmiało obejmując rurę zastanawiała się ile czasu upłynęło od brazylijskiej depilacji, którą zrobiła jeszcze w kraju. Tak czy owak, rok od epizodu z rurą, tańczyłam na ich weselu. Rur nie było. Za to byli Francuzi z Reunion. Bardzo chcieli dorównać Polakom w piciu. Biedacy. Powinni byli wiedzieć, że przecież każdy naród ma klocki, w które jest najlepszy.

Niektórym ludziom pisane jest pisanie z podróży. Francuzi, półkrwi Francuzi, a także francuskojęzyczni Szwajcarzy, kojarzą mi się głównie z podróżami i książkami o podróżach (z seksem też, ale przecież te stereotypy nas wykończą). Oczywiście najpierw była miłość od pierwszego wejrzenia, czyli Nicolas Bouvier i jego "Oswajanie świata". Jego wyprawa do przełęczy Chajber, którą odbył w latach 50. to jak podróżowanie wehikułem czasu. Jakbym siedziała w samochodzie obok Issaka Borga, z "Tam gdzie rosną poziomki", a w ustach czuła smak afgańskiego piasku.

Kolejnym podróżnikiem, który po lekturze "Jechałem żelaznym kogutem" wręcz śnił mi się w nocy (szczegóły przemilczę, tu nie Pudelek), był Paul Theroux. Ten z kolei jechał z Londynu do Chin w połowie lat osiemdziesiątych. Zawsze będę go kochać za ciepłe słowa o smutnej Polsce z tego okresu, za zachwyty nad urodą Polek, które choć równie biedne, nie kupczyły (przynajmniej tak otwarcie) ciałem jak Rosjanki. (sorry, to nie moja niepoprawność polityczna, to fakty z zapisków podróżnika).

Że zacytuję:

"Podoba się panu Natasza. Nataszy pan się podoba. Czemu pan się z nią nie kocha?

Ile mnie będzie kosztować miłość z Nataszą?

Będzie kosztować 170 dolarów.

Osobliwie precyzyjna to cena - rzekłem. - Jak ją pani skalkulowała?

Tyle kosztuje magnetofon kasetowy w Bieriozce."

Bułhakow może spać snem wiecznym spokojnie.

Trzecim autorem piszącym o podróżach, którego warto wspomnieć, jest Alain de Botton. W "Sztuce podróżowania" bardzo zręcznie i wyczerpująco skrystalizował logiczne i filozoficzne argumenty usprawiedliwiające moje od lat podróżowanie palcem po mapie. Rozterki diuka des Esseintes, mieszkającego na przedmieściach Paryża, który pewnego dnia postanawia wyjechać do Londynu, i którą to podróż kończy w pobliżu dworca Gare Saint Lazare, w angielskiej gospodzie, są bliskie mojemu sercu. Ów diuk des Esseintes uznał bowiem, że po diabła pchać się do Londynu, skoro w owej angielskiej gospodzie i przyjrzał się typowej angielskiej szczęce o końskich zębach i zjadł posiłek z angielskim serem Stilton w rolach głównych. Czy w Londynie Anglicy będą mieli inne szczęki? Inne zapachy będą się wydobywać z ich jadłodajni? "Po kiego licha się ruszać, skoro można tak wspaniale wojażować na krześle? Czegóż mógłbym się spodziewać (po Londynie) prócz nowych rozczarowań?".

Ela i Dawida zachwiali moim spokojem, spokojem człowieka, który przyzwyczaił się do podróżowania z książką w ręku, odsyłającą go do bezpiecznego czasu przeszłego, kiedy i piasek, i woda, i powietrze były czystsze, a ludzie wysyłali sobie z podróży listy i kartki pocztowe. Porzucić wszystko, spakować się do dwóch walizek i ruszyć w nieznane! Ahoj przygodo! Ale czy podróż w dzisiejszych czasach, czasach lotów samolotem nadal może być rytuałem przejścia, którego istotą jest dojrzewanie do nowej formy samego siebie? Czy to możliwe, by kupiony wczoraj, spontanicznie, bilet do Barcelony, obudził we mnie uśpionego koczownika? I czy pierwszą myślą koczownika powinna być ta, żeby zabrać korkociąg?

Ela i Dawid wyruszyli 3 stycznia. Nie wiem, czy takie było ich postanowienie noworoczne, bo podróż planowali od dwóch lat, ale osobiście uważam, że postanowienia noworoczne są jak seks z eks: z góry wiadomo że to nie ma przyszłości. Ponoć kiedy Flaubert podróżował po Egipcie, zachwycał się dualizmem życia, gdzie sacrum i profanum szło łeb w łeb, gdzie gówno i poezja spały w jednym łóżku. Najbardziej zachwyciły Flauberta życzenia, które usłyszał od kairskiego siedmioletniego chłopca: "Życzę ci wszelkiego powodzenia, a zwłaszcza dużego fiuta!"

Czego wszystkim Podróżnikom, bądź tylko Czytelnikom ich wrażeń, życzę w Nowym Roku!