powiększwersja do drukupoleć znajomemu

W okowach własnego istnienia

Spektakl stawia diagnozę dzisiejszemu światu, ciężko jest odnaleźć się w nim młodemu człowiekowi, a starsi ludzie pozbawiani są wartości, do których przywykli. Brak solidnych podstaw moralnych, wszelkie normy są przekraczane - o "Bydle" Szczepana Orłowskiego w reż. Jacka Poniedziałka w Studio Teatrgalerii w Warszawie pisze Katarzyna Bekielewska z Nowej Siły Krytycznej.

Ciemno. Słychać tylko słodki, uspokajający acz rzeczowy kobiecy głos dziękujący za wzięcie udziału w eksperymencie. Podskórnie daje się odczuć, że taka uprzejmość ma coś na celu. Tylko co? Wydawałoby się, iż wystarczyłoby chłodne podziękowanie i przejście do następnego etapu wywiadu lekarskiego, ale nie tutaj, nie na ciemnej, zadymionej scenie Teatru Studio w Warszawie, przez którą stopniowo przebija się stroboskopowe światło. Zdaje się, że za chwilę prześwietli dusze wszystkich obecnych.

Oczy, przyzwyczajone już do otaczających warunków, powoli dostrzegają dwie postaci, od których bije to światło. Kto jest kim? Dlaczego obie figury są zamaskowane, a jedyną przesłanką pozwalającą na zidentyfikowanie ich płci jest głos? Pytania mnożą się, a sensownych odpowiedzi brak. Uwagę przykuwają skróty, wśród których powtarza się: "SLE" [1]. Wprawiony już aparat wzroku wyławia kolejne dwie osoby, siedzą tyłem do widowni, niczym zahipnotyzowane słuchają przemawiających do nich ludzi. Sytuacja staje się napięta, bo słyszymy różne obietnice: zapewnienia najlepszych warunków uczestnikom doświadczenia, słuszności założonych koncepcji, rozwiązania problemów, które mogą się pojawić podczas testowania leku. Tymi problemami okazują się dzieci, zabrane od prawowitych rodziców dla ich własnego dobra.

Każda z postaci ujawnia swoje przeżycia w formie lekcji, która może być skierowana zarówno do nich samych, jak i do publiczności. Spostrzeżenia pojawiające się pod wpływem zdarzeń lub wspomnień mają wywołać określony efekt: wpłynąć na rozmówcę, podkreślić beznadziejności sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie, wreszcie zdają się być przestrogą dla widzów.

W tle widzimy ekran telewizora, na którym pojawiają się filmy pokazujące krojenie zwierząt. Elastyczność surowego mięsa jest podkreślana przez autorytety restauratorskie i kulinarne, a dbałość w oprawianiu budzi szacunek. Mięso traktowane jest z delikatnością tylko po to, by efekt końcowy - danie - spełniało oczekiwania kucharza. Odpowiednie obchodzenie się z mięsem gwarantuje powodzenie operacji kuchennych.

Zupełnie jak w przypadku dwójki siedzącej na sofie. Są tak samo oprawieni przy pomocy noża przez mistrzów medycyny ciała i ducha. Nieważne są ich imiona. Pozorny spokój przebija z pozornie normalnej i rzeczowej rozmowy Molly (Monika Krzywkowska) i Tima (Krzysztof Dracz). Pozorność stanowi nieodłączny element ich egzystencji. Tworzą niby-parę, niby-rodzinę składającą się z dwóch bezsilnych wobec swego położenia osób. Ich ciała pokryte są czerwonymi plamami, zadrapaniami, strupami. Ubrani w stroje przywodzące na myśl surowe mięso, przypominają ludzi niemogących poradzić sobie z własnym jestestwem. Mają zapewniony dach nad głową, leki, ich czas jest zorganizowany co do minuty, ale to wszystko nie jest ich zasługą. Jedyną dobrowolnością w ich działaniu było wzięcie udziału w eksperymencie medycznym. Od tej pory ich zachowania dyktowane są potrzebami najniższego rzędu. Ciekawe jest jednak to, że nie tylko oni są "urabiani". Wszyscy uczestnicy tego rzeźniczego pochodu są kształtowani, niezależnie od tego w jaki sposób chcą żyć.

Podczas gdy para przygotowuje się do zrobienia posiłku, zjawia się młode rodzeństwo: Rox (Dominika Biernat) i Jed (Piotr Żurawski). Szukają lasu lub łąki by rozbić namiot, koniec końców rozstawiają go u Molly i Tima. Granice intymności gospodarzy zostały przekroczone, podeptano ład panujący w ich świecie. Przybysze prowadzą z nimi dziwną rozmowę. Do tego Rox wychodzi z namiotu prawie naga, usadawia się na podwieszanym stole, zupełnie tak, jakby była jednym z dań, jakby oddawała siebie w ich ręce.

Kolejne dwie osoby pojawiające się na scenie zdają się prowadzić dialog z kimś, kogo nie słychać, ani nie widać. Zadają pytania, po czym mówią zdania niekoniecznie pasujące do poprzednich rozważań. Widz może ułożyć sobie własny scenariusz zdarzeń. I oto z bocznej strony wyjeżdża mężczyzna (Krzysztof Strużycki) na wózku inwalidzkim, ubrany jak hipster. Odpowiada na pytania dwójki. Okazuje się być ojcem, który dostrzega brak szacunku i zainteresowania ze strony młodych. Jest jak strażnik wartości, sumienie i sędzia współczesnego świata. Surowym głosem budzącym szacunek, zdaje się wpływać na obecnych. Nie bez powodu w finale widzimy go na końcu sceny. To, co zapomniane, stare, żeby nie powiedzieć przestarzałe, spychane jest w odmęty pamięci, zacierane w świadomości, ale powraca pod wpływem wstrząsu.

Spektakl stawia diagnozę dzisiejszemu światu, ciężko jest odnaleźć się w nim młodemu człowiekowi, a starsi ludzie pozbawiani są wartości, do których przywykli. Brak solidnych podstaw moralnych, wszelkie normy są przekraczane. Trudno o rzeczy, które mogą jeszcze szokować. Homoseksualizm nie budzi już zażenowania ani sprzeciwu. Dopiero uwaga o zmianie płci prowokuje do zadawania pytań o postrzeganie rzeczywistości. Karolina Piechota i Monika Obara grają osoby zepchnięte na margines społeczny, które próbują radzić sobie z istnieniem. Podnosząc poprzeczkę w okazywaniu tolerancji, stawiają pytanie, gdzie jej koniec, kiedy nabuzowana bańka liberalizmu pęknie, by otrzeźwić i wyrwać ludzi z amoku.

Bohaterowie sztuki patrzą, ale nie widzą. Wszyscy idą ślepo za nowymi hasłami, jak bydło na ubój. Uformowani przez nowoczesne hasła i ludzi je wygłaszających, podążają za ogólnoświatowymi trendami, ukrywając się pod chłodną maską, która czasem pryska pod falą wezbranego gniewu. Niszczą swe życie na własne życzenie, szarpiąc się z tradycyjnymi wzorami, krwawią w przenośni i dosłownie (jak Rox wyciągająca zakrwawione szmaty z worka, których Molly z wielką determinacją nie pozwoliła sobie wydrzeć z rąk). Krew zdaje się symbolizować rozmiar poświęceń, jakie ludzie są w stanie poczynić, lub uprzytamnia siłę zła, które może zapanować nad człowiekiem.

Pogarda i wstręt do siebie, do bliskich i obcych, otaczającej rzeczywistości, ale też potrzeba znalezienia spokoju i równowagi - tym przesiąknięta jest sztuka Szczepana Orłowskiego. Reżyser Jacek Poniedziałek przeniósł nas w świat "nowoczesnego zdziczenia". Aktorzy mówią powoli, płynnie, czasem ze zbytnią starannością tylko po to, by za chwilę w toku dyskusji, wydać z siebie pełen ekspresji i pasji krzyk - jak uprzejma i opanowana Molly. Buzujące uczucia ukryte u młodych ludzi za maską chłodu udzielają się schorowanej kobiecie. Krzywkowska fenomenalnie zagrała skrajne emocje Molly, pokazując rozdarcie wewnętrzne bohaterki między tym, co powinna a co chce robić i jak się zachowywać. Widzimy, jak łatwo popadamy w skrajności. Potrafimy mówić z namysłem, spokojnie tylko po to, by w efekcie wściekle wyrzucać z siebie słowa pretensji, bólu, ale też bezsilności wobec wszystkiego, co nas zniewala.

***

[1] Skrót od angielskiej nazwy choroby toczeń rumieniowaty układowy.

Katarzyna Bekielewska - studentka V roku polonistyki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, realizuje dwie specjalizacje - edytorską i teatrologiczną.