Na dwóch różnych falach

"Garderobiany" Ronalda Harwooda w reż. Adama Sajnuka w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Was.

«Garderoba w spektaklu Adama Sajnuka nie jest zwykłym pokojem. To jakby wyrwany z betonowego muru kawałek ruchomej przestrzeni, gdzie aktorzy przygotowują się do stoczenia kolejnego w swym artystycznym życiu starcia, zmieniają prywatne ubrania na służbowy rynsztunek i zanim podejmą pojedynek z publicznością ozdabiają twarze bojowymi barwami, za którymi chcą skryć starość, chorobę, brak sił, niepamięć i zwykłą ludzką niemoc.

Dramat Harwooda opowiada właśnie o takim aktorze - zużytym, wypalonym, który traci świadomość tego, na jakiej pozycji i w jakiej sprawie walczy. Bo choć w hierarchii stoi najwyżej i próbuje być w zgodzie z obowiązującym porządkiem koordynacyjnym, trudno jest mu już zdecydować, w której ofensywie był zwycięzcą, a z której wyszedł pokonanym.

Już sama scenografia Katarzyny Adamczyk bardziej odsłaniająca, niż zabudowująca sceniczną przestrzeń, zdecydowanie odchodzi od estetyki czysto realistycznej. Nie próbuje z detalami budować teatralnej infrastruktury, stara się też nie multiplikować wyobrażeń o rzeczywistości, w której się znajdujemy. Aktorzy mogą wchodzić z bocznych wejść scenicznych, mogą też pojawiać się zza ścian ruchomej garderoby. Niewielkie też mają możliwości, by czymkolwiek się w swojej grze podeprzeć. Aktor wysuwa się tutaj zdecydowanie na pierwszy plan i jest najważniejszy.

Od początku widać, że Adam Sajnuk próbuje wyjść poza swego rodzaju anachroniczność tekstu (ileż to już razy od 1981 roku - wtedy Harwood napisał swój dramat, niektórzy mówią, że najlepszy - pokazywano nam teatr jako medium tyleż frapujące co ryzykowne i bolesne w konsekwencjach) i poza pewną drętwotę zawartych w dramacie konstatacji na temat kondycji aktora i jego misji do spełnienia, a także poza opowieść, która traktowałaby tylko o wiecznie trwającej magii teatru. Sajnuka zdecydowanie bardziej interesuje pokazanie teatru jako przestrzeni, która nawet w najbardziej podłej rzeczywistości nigdy nie zatraci swojego piękna i emocjonalnego rozwibrowania. Reżyser szuka niebanalnych rozwiązań inscenizacyjnych, które niekiedy sprawdzają się bardzo dobrze, niekiedy nie. W ogóle można odnieść wrażenie, przynajmniej na pewno zauważą to ci, którzy znają dobrze dotychczasową twórczość Sajnuka, że spektakl w Narodowym jest jakby kompromisem wobec tego, co w teatrze pozostaje wciąż akademickie (chociażby w podejściu aktorów do swoich ról), a zabiegami próbującymi tę konwencję nieco odświeżyć czy przemodelować.

Konstrukcja dramatu Harwooda, który sam kiedyś grywał repertuar szekspirowski w prowincjonalnym teatrze i był garderobianym samego Donalda Wolfita, jest jasna i oczywista. Ale to od aktorów zależy i od ich osobowości jak zostanie przez nich dopełniona i ukształtowana. Problem tego przedstawienia tkwi w tym, że Sajnuk próbuje jednak zakłócać przyjęty przez autora koncept, by wyjść poza opłotki czystego moralizowania czy filozofowania na temat natury teatru i jego pogrążonej w realizacji ambicjonalnie traktowanych zadań społeczności. Próbuje to robić poprzez niekonwencjonalne ustawienie postaci drugoplanowych (choćby Edyta Olszówka czy Jacek Mikołajczak), a także przez rodzaj i sposób funkcjonowania zastosowanej muzyki. Nie wszystkim, jak widać z dotychczasowych komentarzy, to się spodobało.

Jan Englert (Sir) i Janusz Gajos (Norman) w swych relacjach próbują mieszać porządki zachowań, co daje ciekawe efekty szczególnie w roli Janusza Gajosa. Jest w jego postaci garderobianego, kreowanej bez szarży, błazeństwa i nadekspresji (kto widział w tej roli przed laty Wojciecha Pszoniaka wie o czym mówię), intrygująca mikstura złożona z przywiązania, współczucia, olśnienia i niechęci, co zdaje się silniej działać na widza niż bardziej technicznie i warsztatowo prowadzona, nie bez widocznej kalkulacji, rola Sira przez Jana Englerta. Oczywiście nie bez trudu odnajdziemy w jego wcieleniu bezmiar ludzkiego żalu, osamotnienia, trwogi, zwątpienia czy bezsilności. Tyle że jakoś nie do końca potrafimy się tym przejąć. Tymczasem dodatkowego smaczku roli Gajosa przysparza umiejętność rozgrywania swojej partii z odpowiednią domieszką zdrowego rozsądku, czasami też odrobiny ironii, a nawet szyderstwa, co doskonale równoważy się z jego niezaprzeczalną przecież miłością do teatru. Miłością wyrażaną bez patosu, niekiedy nawet okraszoną inteligentnym dowcipem, wygłaszanym z niekłamaną beztroską i wdziękiem. Ale taką naturalność żywiołowości potrafią osiągać tylko tacy mistrzowie jak Janusz Gajos.

Trochę szkoda, że tak się stało, bo jak mówił onegdaj Igor Przegrodzki - grał Sira w inscenizacji Macieja Wojtyszki w Teatrze Polskim we Wrocławiu w 1990 roku - Harwood stworzył wspólną rolę rozpisaną na dwa głosy. Tymczasem w przedstawieniu Sajnuka Sir i Garderobiany nadają na dwóch różnych falach.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego