powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Kartka z Indii

"Strachu NIE MA" to wielogłosowa wypowiedź z jasną intencją, tyle że nie do końca nastrojona. Tak jakby Chotkowski bał się czy też nie miał zaufania do widza, że jeśli pozostawi go choć na chwilę z samymi historiami kobiet, mogłoby to nie wystarczyć - o spektaklu w reż. Łukasza Chotkowskiego, koprodukcji Teatru Powszechnego w Warszawie, Instytutu Adama Mickiewicza i Teatru Kasba Arghya z Kalkuty pisze Jan Karow z Nowej Siły Krytycznej.

O "Strachu NIE MA" wolę myśleć w kategoriach komunikatu do widzów niźli pełnoprawnego spektaklu. Aktorzy nie wcielają się w konkretne postaci. Przestrzeń, w której działają pozostaje nieokreślona, choć jej obrzeża wysypano piaskiem. Akcja to bardziej szereg działań niż wypracowane sytuacje teatralne. Temat jest aktualny, niemniej decyzja o wyborze takiego języka teatralnego nie jest usprawiedliwieniem. Panujący na scenie brak precyzji odbiera siłę drugiej odsłonie projektu interwencyjnego Teatru Powszechnego w Warszawie "Kobiety Wykluczone".

Los kobiet w Indiach jest nadzwyczajnie trudny. Ich podmiotowość jest ustanawiana wyłącznie poprzez męski kontekst, dlatego wiele młodych Hindusek chce jak najszybciej wyjść za mąż. Dopiero wtedy stają się zauważone przez społeczeństwo. Nadal żywe jest przeświadczenie, że po śmierci męża kobieta powinna trafić razem z nim na stos kremacyjny. Nawet jeśli ma przed sobą jeszcze kilkadziesiąt lat życia. Nie bez powodu o wdowach mówi się tam jako "martwych za życia". Są pozbawione wszelkich praw, okradane z majątków, wyrzucane z domów, gwałcone. Część z nich się nie poddaje - w Vrindavan działa ośrodek, gdzie otaczane są opieką. Tam mogą oddawać hołd Krisznie. Religia to na razie jedyna dostępna ucieczka przed tytułowym strachem.

Dowiadujemy się o tym ze zmontowanych przez Magdę Fertacz opowieści hinduskich kobiet. Zebrali je z reżyserem Łukaszem Chotkowskim podczas miesiąca spędzonego w Vrindavan. Materiał został rozpisany na relacje czterech kobiet - aktorek Karoliny Adamczyk, Aleksandry Bożek i Magdaleny Koleśnik oraz kompozytorki Joanny Halszki Sokołowskiej - które skupiają się przede wszystkim na wyraźnym przekazie, starając się nadać przytaczanym fragmentom odpowiednią wagę. Są to historie w wielu miejscach przejmujące. Tym, co rozprasza i nie pozwala się w nie zagłębić, są próby wykreowania orientalnego nastroju. Płatki kwiatów, schematy melodyczne kojarzące się z ragą, turbany, dym, białe sari, bicie bębnów, maski odwołujące się do ikonografii hinduistycznej, wspomniany piasek - wszystko to wydaje się być zwykłymi kliszami. Nie ma spotkania kultur, jeśli jedna przywdziewa kostium drugiej. Zaproszenie do spektaklu czworga artystów z Indii to także znaczący gest, odniosłem jednak wrażenie, że reżyser stał się zakładnikiem ich obecności - cały czas każe im coś robić, jak nie w ruchu, to poprzez słowo czy muzykę. Ponadto z tyłu Małej Sceny zawieszony jest ekran, na którym nieustannie wyświetlane są nagrania z rezydencji twórców w Indiach, uwieczniające prawdopodobnie część autorek użytych w opowieści.

"Strachu NIE MA" to wielogłosowa wypowiedź z jasną intencją, tyle że nie do końca nastrojona. Tak jakby Chotkowski bał się czy też nie miał zaufania do widza, że jeśli pozostawi go choć na chwilę z samymi historiami kobiet, mogłoby to nie wystarczyć. W niespełna godzinnym przedstawieniu jest może nie tyle scena, co piosenka, która się wybija. To cover utworu "Rape me" Nirvany, do śpiewania którego stopniowo włączają się wszyscy. Słowa "Hate me/ Do it and do it again/ Waste me/ Rape me, my friend/ I'm not the only one" w kontekście wcześniejszych historii brzmią dosadnie i nabierają konkretnego znaczenia, stając się protest songiem.

Na miesiąc przed pierwszym wystawieniem "Strachu..." w Polsce miała miejsce indyjska prapremiera. Jak relacjonują twórcy, spektakl został tam bardzo dobrze przyjęty. Wspierający produkcję Instytut Adama Mickiewicza mógłby postarać się o szerszą prezentację w Azji Południowej, gdzie jej przekaz jest prawdopodobnie bardziej poruszający.

Można doszukiwać się w spektaklu Chotkowskiego analogii do dzisiejszej sytuacji kobiet w naszym kraju. Tylko że kilkaset metrów od Powszechnego, na bocznej ścianie budynku przy ul. Targowej 15, od początku listopada znajduje się mural autorstwa Marty Frej. Przypomina on o sile Polek, które rozsianymi po całym kraju "czarnymi protestami" doprowadziły ekipę rządząca do wycofania się z planów zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. To dzieło zdecydowanie mocniej rezonuje z ostatnimi wydarzeniami niż "Strachu NIE MA". O prawa kobiet, oczywiście w różnym stopniu, trzeba walczyć wszędzie. Niestety i w Polsce mamy niezałatwione sprawy.

***

Jan Karow - absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, studiuje na II roku Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej, współpracował m.in. z "Teatrakcjami", "Teatraliami", off-teatr.pl, "nietak!tem".