powiększwersja do drukupoleć znajomemu

To tylko pretekst

W rozwibrowanym od emocji świecie Rubina nic nie jest dookreślone. Polifonia znaczeń i metafor wskazuje na różne sfery życia społecznego, politycznego i ekonomicznego: prawa człowieka, emancypacja, prawa pracownicze, homoseksualizm, seksizm. Od nas zależy czy znajdziemy w sobie potrzebę przyłączenia się do tej rewolucji - o spektaklu "Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy" w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, pisze Barbara Pitak-Piaskowska z Nowej Siły Krytycznej.

Wtedy też walczyły. Pretekst był jeden - niezależność. Dzisiaj nazywają to emancypacją. Kobiety, białogłowy, córki, matki, żony ruszyły na barykady. Rewolucja się zaczęła. Wtedy i dzisiaj. Chciały, by życie było lepsze. Ich życie. Tyle już o rewolucji zostało powiedziane. Dlaczego więc wciąż mowa głównie o Dantonie i Robespierze? W podręcznikach i encyklopediach nie ma wzmianki o Théroigne de Méricourt, która poświęciła życie w imię praw kobiet. Nie można pozostawać w przeszłości, trzeba z nadzieją i wiarą patrzeć w przyszłość. Teraz i za dwieście, trzysta lat. Bo jutro zaczyna się dziś.

"Kobieta rodzi się jako istota wolna i pozostaje równa mężczyźnie we wszystkich prawach"; "Prawo powinno być wyrazem ogółu"; "Nikt nie może być prześladowany zwłaszcza z powodu swych najgłębszych przekonań", "Kobieto, obudź się!". Te i wiele innych postulatów znaleźć można w Deklaracji Praw Kobiety i Obywatelki autorstwa Olimpii de Gouges. Siedzę w Teatrze Polskim w Bydgoszczy i czytam kartkę z hasłami z tegoż dokumentu, którą przed chwilą podał mi ktoś z mojego rzędu. Zastanawiam się nad aktualnością tych słów. Może to tylko pretekst? Zawsze, do wszelkich rewolucji, zmian, przewrotów potrzebny jest pretekst, któremu towarzyszy silne przekonanie, że człowiek poprzez działania może coś zmienić. I to na lepsze.

Czuję, że biorę udział w teatralnym wydarzeniu jakim są "Żony stanu, dziwki rewolucji a może i uczone białogłowy" w reżyserii Wiktora Rubina według tekstu Jolanty Janiczak. Nie oglądam, ale współtowarzyszę. Jednocześnie nie wiem, jak mam je nazwać, w jaki sposób sklasyfikować. Spektakl, manifest, performance, happenning. Wszystko razem i każde z osobna. Widzę grupę kobiet otaczających widownię. Na scenie trzej mężczyźni pozostający z nimi w ciągłym dialogu i jeden pełniący rolę mistrza ceremonii (Maciej Pesta). Wszystkie kobiety ubrane w kostiumy przypominające mundury. Różnią się wiekiem, kolorem włosów, figurą, ale solidarność okazują poprzez identyczny ubiór. Zdecydowanie i energicznie wygłaszają postualty. Artykułują to, na co się nie godzą i to, czego żądają. Po obu stronach widowni, przy wejściach, rozstawiają transparenty do momentu aż nie zagrodzą dostępu do drzwi. Dwaj mężczyźni w strojach z epoki stoją na bardzo wysokich mównicach, takich jakie znamy z sejmu. To z tej perspektywy wdają się w dyskusje z kobietami znajdującymi się przy proscenium. Robią wszystko by powstało wrażenie, że z uwagą ich wysłuchują, ale każdym słowem udowadniają, że jest inaczej.

W "Żonach stanu, dziwkach rewolucji a może i uczonych białogłowych" aktorzy zdają się nie grać przypisanych im ról. Sprawiają wrażenie jakby byli "narzędziami" do przekazania ważnych informacji. Roland Nowak w przebraniu Robespierre'a czy Beata Bandurska jako Olimpia de Gouges angażują, pytają, zwracają się do zgormadzonej publiczności. Feminizująca postać Bandurskiej mówi: "Chciałabym, żeby kobiety grały same główne role", zahaczając o jeden z aspektów prowadzonej tu narracja. W innej scenie każda z kobiet opowiada o tym, czego tak naprawdę pragnie. Sonia Roszczuk wykrzykuje wątpliwości dotyczące aktorstwa jako zawodu z misją. Małgorzata Trofimiuk żali się na los zapracowanej matki, która marzy jedyne o tym, by zarabiać godziwe pieniądze, mieć czas dla dzieci i samej siebie. Każda z nich chce lepszego świata. Jednocześnie każdy moment sygnalizuje niepewność i lęk przed tym co nieznane. Pewne jest to, że nie można pozostać biernym.

Przestrzeń stworzona przez Michała Korchowca jest nieograniczona. Dosłownie i w przenośni. Aktorzy i rekwizyty wychodzą poza scenę pudełkowej. Mieszają się z widzami i światem zewnętrznym. Kobiety wychodzą na chodnik przed teatrem, trzymając w rękach pokaźnych rozmiarów transparent. To, co dzieje się na zewnątrz, można zobaczyć dzięki telebimowi umieszczonemu na scenie. Zgromadzona publiczność na koniec zostaje zaproszona do wyjścia z budynku.

W rozwibrowanym od emocji świecie Rubina nic nie jest dookreślone. Polifonia znaczeń i metafor wskazuje na różne sfery życia społecznego, politycznego i ekonomicznego: prawa człowieka, emancypacja, prawa pracownicze, homoseksualizm, seksizm. Od nas zależy czy znajdziemy w sobie potrzebę przyłączenia się do tej rewolucji.