Piłam, byłam na dnie. Wyszłam z tego!

STANISŁAWA CELIŃSKA jest jedną z najwybitniejszych polskich aktorek. Zadebiutowała w kinie rolą pięknej i nieokiełznanej Niny w "Krajobrazie po bitwie" Andrzeja Wajdy. Ma w swoim dorobku wiele świetnych ról teatralnych i filmowych. Obchodzi jubileusz 35-lecia pracy artystycznej - świętuje go rolą w sztuce "Grace i Gloria" Toma Zieglera.

«Młoda i piękna dziewczyna po błyskotliwym debiucie filmowym nagle zaczyna się bać swojego sukcesu. Czy podoła oczekiwaniom? Strach najłatwiej utopić w kieliszku.

Tak robi. Kiedy przychodzi chwila opamiętania, widzi w lustrze zniszczoną twarz alkoholiczki. - Jesteś nikim - mówi do swojego odbicia. Ale przecież nadal jest kobietą, a kobieta nie może stracić godności. Dlatego musi się podnieść. Czy potrafi?

Jest jedną z najwybitniejszych polskich aktorek. Zadebiutowała w kinie rolą pięknej i nieokiełznanej Niny w "Krajobrazie po bitwie" Andrzeja Wajdy. Dużą popularność przyniosła jej postać Agnieszki Niechcicówny z "Nocy i dni". Ma w swoim dorobku wiele świetnych ról teatralnych i filmowych. Dziś obchodzi jubileusz trzydziestopięciolecia pracy artystycznej - świętuje go rolą w sztuce "Grace i Gloria" Toma Zieglera.

Powtarza, że chce być wspaniałą aktorką, ale nie zależy jej na tym, by nazywano ją gwiazdą. Chętnie opowiada o chorobie alkoholowej, którą zwyciężyła. Wierzy, że dzięki temu pomaga innym. Bo najważniejsze - to być dobrym człowiekiem.

Anna Tomiak: Problem choroby alkoholowej dotyczy wielu znanych osób, ale pani jest jedną z nielicznych aktorek, które otwarcie o tym mówią. Dlaczego?

Stanisława Celińska: Aby przekonać innych, że nawet z tym problemem można sobie poradzić. Ja jestem przecież najlepszym tego dowodem. Nie piję już od osiemnastu lat. Wiele osób, które słyszały moją historię, mówiły potem, że przywróciłam im nadzieję. I o to właśnie mi chodzi.

Alkohol wyrwał z pani życia ładnych kilka lat. Nie rozumiem, dlaczego zaczęła pani pić. Przecież była pani szczęściarą. Już pierwsza rola filmowa w "Krajobrazie po bitwie" Andrzeja Wajdy przyniosła pani rozgłos.

Stanisława Celińska: Mówią, że za alkoholizm odpowiedzialne są geny, one rządzą człowiekiem. Być może, ale ja należę do tych, których zniszczył sukces. Przyszedł za szybko. Po skończeniu szkoły teatralnej byłam nastawiona na żmudną pracę. Myślałam, że wyjadę do Białegostoku i tam będę się piąć, w jakimś małym teatrze, stopniowo, powoli. Stało się zupełnie inaczej. Od razu Erwin Axer zaprosił mnie do Teatru Współczesnego w Warszawie, jednego z najlepszych w Polsce, dostałam nagrodę na festiwalu w Opolu za piosenkę "Ptakom podobni" i jeszcze Andrzej Wajda zaproponował mi rolę w "Krajobrazie po bitwie". Film miał świetne recenzje, zrobiło się wielkie halo. Pojechaliśmy do Cannes. Wszyscy mówili, że jestem genialna i porównywali mnie do Moniki Vitti.

Tyle się działo naraz.

Stanisława Celińska: No właśnie. Myślałam: co dalej? Mam naturę prymuski, więc zaczęłam się bać, panikować, że nie spełnię wszystkich oczekiwań. Goniłam, pracowałam na okrągło. Nie umiałam się rozluźnić, powiedzieć sobie: stop, czas na odpoczynek. Ciągle podnosiłam poprzeczkę, ścigałam się sama ze sobą. Wszędzie - na scenie, w domu - chciałam być najlepsza. Wierzyłam, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Jestem silna, spod znaku Byka, muszę sobie poradzić. Myliłam się. Tak naprawdę byłam nadwrażliwa, szwankowało mi zdrowie, ale nie potrafiłam się przyznać do swoich słabości.

Zamiast spróbować zmierzyć się z problemami, zaczęłam od nich uciekać. Alkohol pomagał zapomnieć.

Była pani aż tak samotna? W nikim i w niczym nie miała oparcia? A miłość?

Stanisława Celińska: Należę do kobiet, które nie umieją kochać, bo kochają za bardzo. Straciłam ojca, kiedy miałam trzy lata. A jak dorosłam, widziałam go w każdym mężczyźnie, który pojawiał się w moim życiu. Kochałam na całego, to był jakiś obłęd. Byłam zaborcza, zagłaskiwałam, tak bardzo się bałam się, że on mnie zostawi, jak kiedyś ojciec. Wiedziałam, że wszystko psuję, że to nie tak, ale inaczej nie umiałam. W moim przypadku miłość to jest ciężka choroba i lepiej żebym już więcej na nią nie zapadała. Ja zakochania się boję, bo

nie potrafię normalnie traktować mężczyzny, którego kocham. No, może teraz, po tylu latach i próbach... Chociaż nie, wcale za tym nie tęsknię.

Jak się pani wyzwoliła z nałogu?

Stanisława Celińska: W końcu przyszedł ten moment, kiedy miałam siebie dość. Zdobyłam się na odwagę i przyznałam sama przed sobą, że jestem alkoholiczką. Szmatą, nikim. Obeszłam się ze sobą dość ostro. Zaczęłam się modlić. Prosiłam Boga, żeby mi pomógł, żeby mnie podniósł, żeby odsunął ode mnie ten obłęd. Modliłam się przez wiele dni. A potem... Miałam wypić jeszcze jedno piwo i już nie wypiłam. To był cud. Nie tknęłam alkoholu do tej pory. Wkrótce rzuciłam też papierosy.

Nie należała pani do grupy Anonimowych Alkoholików?

Stanisława Celińska: Nie, sama walczyłam z nałogiem. Tylko raz wybrałam się na spotkanie takiej grupy, ale wtedy już nie piłam. Dużo mi pomogło, przekonałam się, że grupy AA są bardzo potrzebne, bo uświadamiają człowiekowi pijącemu, że nie jest sam. Siedzi tam i słucha historii innych ludzi, które są jego historią. Dowiaduje się, dlaczego ma takie, a nie inne skłonności, jak powinien postępować. Na tym spotkaniu usłyszałam o programie HALT (hungry, angry, lonely, tired) - jeżeli jesteś alkoholikiem, to nie powinieneś być jednocześnie głodny, zły, samotny i zmęczony. Alkohol w takim stanie kusi najbardziej. Przestrzegam tego.

Przecież pani alkoholizm to prehistoria. Od dawna pani nie pije.

Stanisława Celińska: Alkoholiczką zostaje się do końca życia. Ja nią nadal jestem. Wiem, że to brzmi nieładnie. Alkoholiczka. Można powiedzieć łagodniej: jestem uzależniona od alkoholu. Ktoś ma uczulenie na pyłki kwiatów, a ktoś inny na alkohol. Nie może go dotykać, bo wywołuje w nim nieprzyjemne zmiany. Alergik dostaje wysypki albo puchnie, a alkoholik robi się odpychający, jest czerwony i cuchnie, zapada się w siebie i stopniowo oddala od życia.

Płeć nie zabezpiecza przed alkoholem. Kobiety wpadają w ten nałóg tak samo jak mężczyźni, ale pijąc, tracą więcej niż oni. Mężczyzna, który wraca z odwyku to bohater, kumple od razu zapraszają go na piwo. Kobieta jest nikim, bo straciła swoją godność.

Stanisława Celińska: Powiedzmy wprost - nie ma nic paskudniejszego niż pijana kobieta. Opuchnięta, rozmemłana, wulgarna. Z natury swojej jesteśmy piękne i takie mamy być. To jest nasze zadanie.

Pijany mężczyzna też nie wygląda jak cacko.

Stanisława Celińska: Ale widok pijanej kobiety bardziej boli. Kobieta nie powinna sobie na to pozwalać. Musi pamiętać o swoim zadaniu - jest boskim naczyniem, w którym powstaje następne życie. Mężczyzna znaczy mniej, to tylko motyl, siada na różnych kwiatkach. Ma zupełnie inną konstrukcję. Niestety, kobiety szybciej niż mężczyźni uzależniają się od alkoholu. Wystarczy rok picia i już trudno im z tego wyjść.

Psychologowie twierdzą, że kobiety piją z innego powodu niż mężczyźni. Oni się bawią albo zapijają niepowodzenia zawodowe, one - lęki, depresje, samotność... Myśli pani, że tak rzeczywiście jest?

Stanisława Celińska: Chyba tak. Mężczyzna to egoista, myśli głównie o sobie i o swojej karierze. A jeśli coś idzie nie tak, ucieka w alkohol. Kobieta to cichopijka, wszyscy idą spać, a ona wyciąga z szafki butelkę wódki, schowaną gdzieś między octem a olejem. Bo nie radzi sobie z życiem, z samą sobą. Mąż ją bije, a jej nie stać na to, żeby go zostawić, albo nie bije, ale i nie kocha. Zdradza ją na prawo i lewo, jednak ona przy nim tkwi, dla dobra dziecka. Robi dobrą minę do złej gry i powtarza jak kukła, że jest szczęśliwa. Zamiast wziąć życie w swoje ręce, zaczyna pić do lustra. Znieczula się wódką.

Ukrywa się trochę ze strachu, trochę ze wstydu. To straszny dramat. Mówi: nikt tego nie widzi, nikogo nie krzywdzę.

Stanisława Celińska: Krzywdzi siebie. Ja musiałam sobie przypomnieć o swojej godności. A nawet więcej, pomyśleć o swoim pochodzeniu, o swoich herbach. O tym, że jestem z bardzo dobrej rodziny, że mam wykształcenie, talent, że jestem kimś i nikt nie ma prawa mnie niszczyć, że ja sama też nie mam prawa się niszczyć.

Kiedy przychodzi moment, w którym człowiek uświadamia sobie, że to już nałóg?

Stanisława Celińska: Kiedy zaczyna mówić, że musi się napić. Jak muszę się napić, to zaczyna być niedobrze, bo tak naprawdę nikt z nas niczego nie musi. Oczywiście, mamy pewne obowiązki, ale zdarzają się sytuacje, jakaś straszna choroba wypadek, i okazuje się, że to, czym do tej pory żyliśmy, co wydawało nam się strasznie ważne, nie ma znaczenia. Dobrze jest mieć kalendarzyk i zapisywać, kiedy się pije. Jeśli się okaże, że to się zdarza często, trzeba zacząć uważać. Nałóg wchodzi w człowieka niepostrzeżenie.

Podobno nie wolno się pocieszać alkoholem, pić, kiedy czujemy, że jesteśmy w dołku, bo wtedy też się można szybko uzależnić.

Stanisława Celińska: To prawda. Kieliszek czy dwa na imieninach u cioci, raz w roku, nie szkodzi. Gorzej, kiedy zaczyna się pić, żeby poczuć szum w głowie. To nie jest sen, to jawa, ale przyjemniejsza od życia. Wmawiamy sobie, że jak kupimy flaszkę, to będzie lepiej. Napiję się, wtedy jakoś sobie poradzę, jakoś to będzie... A może chodzi o takie przedziwne lenistwo? Łatwiej się znieczulić, niż załatwić sprawę raz a dobrze, pójść za głosem sumienia, które mówi: trzeba się rozstać, to już nie jest miłość, ten związek jest bez sensu...

Mnie się wydaje, że tak naprawdę wódka ani nie znieczula, ani nie napędza, tylko odbiera przyjemności, jakie się czerpie z normalnego życia.

Stanisława Celińska: Wódka szybko staje się ważniejsza od przyjaźni, kariery, miłości, przesłania cały świat. Warto się zastanowić: wolę pić czy cieszyć się życiem? Co wybieram: jeden kolor czy tysiące barw? Na przykład kiedy teraz się czymś zdenerwuję, coś mnie dotknie, wyprowadzi z równowagi, to mogę pójść do kina, do teatru, posłuchać muzyki, przytulić się do mojego pieska, zabrać go na spacer; mogę zadzwonić do przyjaciela, porobić sobie na drutach. Mam wiele rzeczy do wyboru, żeby się uspokoić. Całą paletę barw. A jak piłam, to był tylko bar. Mogłam pójść za róg i się napić. Nic więcej.

Kiedy przestała się pani tego wstydzić?

Stanisława Cełińska: Nigdy. Jak poczułam, że wygrałam, zaczęłam o tym mówić, żeby pomóc innym. Jakaś kobieta powiedziała mi: "Po rozmowie z panią pomyślałam sobie tak: skoro taka Celińska się przyznała i dała sobie radę, to ja też powinnam. I wie pani co? Przestałam pić". Wiem, że pomogłam wielu osobom. Musi być paru takich jak ja, którzy o tym mówią dla dobra innych. Mnie samej to już nie jest do niczego potrzebne, chociaż... może zawsze coś tam jeszcze daje. Alkoholizm to wstydliwa choroba, taki ropień na pupie, coś nieprzyjemnego. O dziwo, bardzo często dotyka wielkich, wspaniałych ludzi. Trzeba z tym skończyć. Powiedzieć sobie: nie piję, bo jak się napiję, to przestaję być sobą, przestaję pracować, zabijam swój talent; zabijam swoją wyjątkowość. Umieram.

To trudne. Od pijanego wszyscy się odwracają.

Stanisława Celińska: Można sobie pomóc. Jest wiele sposobów, na przykład terapia AA. Ja się zwróciłam do Boga. Jednak przede wszystkim trzeba chcieć. W pewnym momencie poczułam, że jestem gotowa zrobić wszystko, pójść wszędzie, na każde leczenie, żeby przestać pić. Udało się, nałóg został mi odjęty. To jest piękny moment, kiedy człowiek jest świadkiem swoich powtórnych narodzin! Zaczęłam naprawiać swoje życie. Musiałam podreperować zdrowie, bo organizm był w ruinie. Wybrałam metodę małych kroków, pomału, pomału wykuwałam w sobie tego innego człowieka, wracałam do kogoś, kim byłam przedtem. Już wiem, że nie można za dużo od siebie wymagać. I że czasem, żeby wstać, trzeba upaść.

A teraz - jakie jest życie?

Stanisława Celińska: Wolne. Nie boję się, że jak się nie napiję, to mi się nic nie uda.

Jestem trzeźwa, chłonę życie, wszystkie jego smaki i barwy. Teraz kręci mi się w głowie z samego życia. Z zapachu drzew, z powietrza, z błękitu nieba, ze słońca.

Nie boi się pani, że nałóg wróci? To się zdarza nawet po wielu latach przerwy w piciu.

Stanisława Celińska: Nie wróci. Dbam o siebie. Wiem, że muszę być ostrożna i pamiętać o utrzymaniu pionu, czyli o swojej godności. Dużo nauczyłam się od Grace, bohaterki sztuki, której premiera odbędzie za kilka dni w Teatrze Na Woli. Powtarzam, jak ona, że warto się cieszyć każdym dniem, każdą chwilą, która jest.

Co teraz panią napędza?

Stanisława Celińska: Małe czynności, które składają się na życie. Kiedyś liczyła się tylko praca, teraz najważniejsza jest dla mnie rodzina. Mam dwoje dorosłych już dzieci - syn ma 30 lat, córka 28. Muszę i chcę mieć dla nich czas, żeby z nimi posiedzieć, porozmawiać. Pobawić się z moją suczką, kiedy przyniesie mi zabawkę, a nie mówić jej: przepraszam cię bardzo, ja się uczę tekstu. Owszem, pouczę się tekstu, ale na spacer i na tę zabawkę też musi być czas.

Jaki jest pani przepis na to, żeby być szczęśliwą?

Stanisława Celińska: Wierzyć w Pana Boga. To prawda. Pani mnie zapytała, odpowiedziałam od razu. Wiara czyni człowieka szczęśliwym. W tej nowej sztuce, o której wspomniałam. Gloria, elegancka bizneswoman, mówi do Grace, skromnej właścicielki podupadłej farmy na dalekiej amerykańskiej prowincji: "Starałam się wierzyć w siebie". A Grace jej odpowiada: "A ja myślałam, że trzeba wierzyć w coś większego". Naturalnie, wiara w siebie jest bardzo potrzebna, ale nie wolno zapominać o sile, która nami steruje. Nic się nie dzieje bez woli Bożej - nasze spotkanie, ta rozmowa, też ma jakieś znaczenie, dla pani, dla mnie, dla Czytelniczek Kobiety. Grace mówi, że nie jest sama, bo jest z nią Bóg, opatrzność, która nad nią czuwa. Ja też w to wierzę. Żeby być szczęśliwym, wystarczy żyć zgodnie z dekalogiem. Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną, to pierwsze przykazanie. Ja miałam. Tym cudzym bogiem stał się alkohol. Był najważniejszy. Jak byłam smutna, piłam, jak byłam wesoła, piłam. Wszystko sprowadzało się do flaszki. Człowiek, kiedy jest niepewny siebie, kombinuje. Boi się być sam. Rzuca się w wir pracy, uwieszą się na drugim człowieku albo wpada w jakiś nałóg. Trzeba wierzyć. Wiara wzmacnia. Jak piłam, potrzebowałam klakierów, ciągle chodziłam do baru. Teraz siadam sobie w fotelu, biorę herbatę i więcej mi nie trzeba. Po prostu jestem.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego