powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jak zostać superbohaterem

Za lekką formą skrył się przekaz, że największymi wartościami w życiu są miłość, przyjaźń oraz wzajemny szacunek - o spektaklu "Nasza mama czarodziejka" wg Joanny Papuzińskiej w reż. Agnieszki Oryńskej-Lesickiej w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu pisze Maria Maczuga z Nowej Siły Krytycznej.

Ponury, senny Wrocław o poranku, jak niemal wszystkie miasta jesienno-zimową porą, nie zachwyca. I nagle... pojawiają się one - trzy superbohaterki, które rewolucję rozpoczynają od ożywienia szarzyzny kolorem. Ale po kolei, mimo że to nie chronologia, a zabawa, wyobraźnia i czas, ten spędzony wspólnie z dziećmi, są tutaj najbardziej istotne.

Artyści Teatru Muzycznego Capitol koncertowo rozweselają małych widzów spektaklem "Nasza mama czarodziejka". Agnieszka Oryńska-Lesicka, autorka scenariusza i reżyserka, sięgnęła po książkę Joanny Papuzińskiej z 1968 roku. Odświeżyła opowieść, osadzając akcję we współczesnym kontekście, a dzięki temu, że nie naruszyła istoty oryginalnej historii, zainteresowała nią także dorosłych. Oglądając, rodzice śmieją się razem z dziećmi, choć często z innego powodu. Powstał przyjemny, familijny spektakl.

Adam (Mikołaj Woubishet), któremu mama kazała pobawić się na podwórku, nudzi się, ponieważ jest tam sam, wszyscy koledzy grają na komputerach, tabletach, smartfonach. Sytuacja się zmienia, gdy na plac zabaw przychodzą siostry (Ewelina Adamska-Porczyk i Agnieszka Oryńska-Lesicka). Zapraszają chłopca do towarzystwa i udowadniają, że na dworze można się dobrze bawić. Nauczyły się tego od mamy (Małgorzata Fijałkowska), która angażując w swoje pomysły męża Andrzeja (Maciej Maciejewski), codzienne sytuacje przemienia w niesamowite dziecięce przygody.

Ale jak sprawić, żeby mały widz dał się zahipnotyzować przedstawieniem, w którym tato dziewczynek, co chwilę wciela się w inną postać? Zaklęciem, a tymi okazują się piosenki. Dzięki bardzo różnorodnej muzyce Artura Lesickiego i pięknym, poetyckim tekstom Łukasza Pawłowskiego, księżyc to księżyc, sosna to sosna, a nie Andrzej. W utworach pachnie bożonarodzeniowe ciasto, szumi wiatr, ośmiornice oplatają mackami Dzieci spontanicznie podśpiewują z aktorami lub ilustrują słowa gestami.

Anna Chadaj z najdrobniejszymi szczegółami obmyśliła, jak bure podwórko przemienić w baśniową krainę, która zaskakuje od pierwszej po ostatnią scenę. Za pomocą kaskady baniek mydlanych, żarzących się ciepłym światłem kul, połyskujących fluorescencyjnie w blasku księżyca napisów i rysunków na murkach, rozświetlonych o zmroku okien wieżowców, stworzyła świat słodki niczym wata cukrowa, a więc w smak dzieciom. Sceniczna moda mami zarówno dziewczynki, jak i chłopców. Są pastelowe, rozkloszowane, cięte z koła sukienki na halkach, wzorzyste rajstopy, kolorowe trampki, ale i szary luźny dres czy peleryny. Aktorki w kostiumach i jaskrawych, starannie wymodelowanych perukach dzieciom kojarzą się z Atomówkami, rodzicom zaś z kobietami z lat sześćdziesiątych zgodnie z intencjami twórców, którzy garściami czerpią z popkultury.

Dorosłych właśnie ten kontekst cieszył najbardziej. Moonwalk zatańczony przez Księżyc rozluźnił atmosferę. Śmiech wywoływały sytuacyjnie ograne powiedzonka w stylu "zadzieram kiecę i lecę", "kiedy się jaskółka zniża, deszcz się do nas zbliża".

Za lekką formą skrył się przekaz, że największymi wartościami w życiu są miłość, przyjaźń oraz wzajemny szacunek. Dzieci, nawet tego nie zauważając, pojmują, iż nie należy kłamać, ani zachowywać się samolubnie. Szkoda jedynie, że artyści nie wykazali się taką wiarą w najmłodszych, jak mama dziewczynek, która czuwa i obserwuje, ale nie wyręcza pociech. Zamiast zaufać widzom, objaśnili morał historii. Sądząc po gromkich oklaskach, dzieci wybaczyły aktorom, bo przecież tato Andrzej też nie od razu był superbohaterem, musiał wcześniej odegrać wiele ról.

***

Maria Maczuga - ukończyła kulturoznawstwo o specjalności teatrologia na Uniwersytecie Łódzkim. Pisze dla: www.kulturapoznan.pl, www.qlturka.pl.