powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Najlepszy Fuks spośród wszystkich Fuksów, czyli o czym jest "Kosmos" Garbaczewskiego

W przypadku tego teatru widz nie powinien pytać, o czym on jest, lecz spytać siebie samego, czego jako widz od teatru oczekuje - o przedstawieniu w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie pisze Klaudia Kasperska z Nowej Siły Krytycznej.

Krzysztof Garbaczewski sięgnął po tekst Witolda Gombrowicza - nie pierwszy raz. Nie pierwszy raz również zastosował większość środków inscenizacyjnych, które pojawiają się w "Kosmosie" zrealizowanym w Starym Teatrze. Powtarzalne stały się również słowa krytyki: że znowu to samo, że bełkot i brak koncepcji, niezrozumienie tekstu i odpustowe efekciarstwo. Na koniec niejednokrotnie pada pytanie: o czym jest ten teatr. W uporze, z jakim Garbaczewski powtarza tę nieprzychylnie komentowaną estetykę, widzę konsekwencję i nowy język teatralny. I bardzo mi się one podobają.

Reżyser wyraźnie daje widzowi do zrozumienia, że nie zmieni (przynajmniej na razie) strategii inscenizacyjnej - można ją albo zaakceptować i dać się jej porwać, albo przestać chodzić na jego spektakle. W przypadku tego teatru widz nie powinien pytać, o czym on jest, lecz spytać siebie samego, czego jako widz od teatru oczekuje. Jeśli interpretacji utworu literackiego, nie ma sensu oczekiwać jej od Garbaczewskiego, który nie reżyseruje tekstów, ale swoje asocjacje i refleksje wynikające z lektury. Robi to na scenach teatrów instytucjonalnych i narodowych, stając się jednym z najbardziej doniosłych głosów wśród młodych reżyserów, szukających nowych środków wyrazu i zainteresowanych tym, w jaki sposób można tekst pokazać, a nie co z niego można wyczytać. W historii teatru nie brakuje reżyserów, którzy dociekali, analizowali i interpretowali, nie ma potrzeby powtarzać ich dokonań. Garbaczewski nie jest Jerzym Jarockim i nie będzie - oby, bo teatr Jarockiego, chociaż zachwycający, rozmija się z dzisiejszą estetyką teatru. Podobał mi się "Kosmos" Jarockiego z Narodowego i podoba mi się "Kosmos" ze Starego, chociaż te inscenizacje to dwa różne światy.

Garbaczewski nie bawi się w wyciąganie sensu z każdej literki w powieści Gombrowicza. Po co szukać sensu w tekście, który mówi o bezsensowności poszukiwania sensu? Scenicznej opowieści reżyser nadaje oniryczny charakter, akcję umieszcza jednocześnie w Zakopanem i w głowie Witolda, głównego bohatera, przewrotnie granego przez aktorkę (bo czemu nie) - Jaśminę Polak. Sceny i dialogi stają się surrealistyczne, poszatkowane, jak fragmenty zatartych wspomnień, powracających w snach. Konstrukcja spektaklu jest klamrowa: zaczyna się od wprowadzenia bohatera w hipnozę, kończy się wybudzeniem z transu. Autokomentarz wyjaśniający oniryczną estetykę spektaklu wydaje mi się zbędny. Garbaczewski inscenizuje "Kosmos" tak, jakby wyszedł z założenia, że wszyscy powieść znają, i skupił się na zobrazowaniu własnego odbioru tekstu, zwłaszcza w sferze emocjonalnej. Zaowocowało to, na przykład, dramatyczną i przerażającą sceną z czajnikiem, która szokuje widza tak, jak szokowała Witolda, czy energetyczną, ale paraliżującą w natłoku bodźców, sceną gry w berka... Dzięki takim momentom nie przeszkadzało mi nawet nierówne tempo spektaklu.

Nie jestem natomiast przekonana do dosłownego wprowadzenia w przestrzeń sceny i widowni motywu kosmosu. Scenografka Aleksandra Wasilkowska powiesiła nad głowami widzów mikroplanety i meteoryty, a reżyser świateł Bartosz Nalazek co jakiś czas zalewał salę projekcją rozgwieżdżonego nieba. Wydaje się to zbędne, zwłaszcza, że scenografia naśladuje gwiazdozbiory i ruchy orbitalne w mniej bezpośredni sposób, dając o wiele ciekawszy efekt: nad aktorami wiszą symbole obsesji Witolda - usta, oczy, dłonie, z czasem zamordowany przez niego kot (metalowy szkielet). Krążą nieustannie wokół własnej osi, jak instalacja imitująca ruchy ciał niebieskich wraz z ich symboliką. Niczym ziemia dookoła słońca krąży także drewniany, półokrągły segment, który raz służy za ekran, raz jest instalacją-regałem, oddzielającym to, co dzieje się w umyśle bohatera (gdy widzimy ekran) od tego, co dzieje się w świecie wokół (gdy widzimy regał). I co ważniejsze, realny stan rzeczy (regał) zapanowuje tylko od czasu do czasu, budząc grozę nagłym pojawieniem się i powolnym ruchem zagarniającym przestrzeń sceniczną. Cała scena się jakby się wtedy trzęsła w posadach - tak, jak zagrożony przez brutalną rzeczywistość zaczyna się trząść intymny świat, który Witold zbudował w głowie. Sposób, w jaki Gombrowiczowski bohater ściera się z otaczającą go rzeczywistością, może się wydać znajomy i bliski.

Mamy do czynienia ze scenograficznymi motywami, które powtarzają się w każdej inscenizacji Garbaczewskiego: odniesienia anatomiczne i instalacje, z których coś wycieka, okrągłe podesty i woda, w której taplają się aktorzy. Scenografie Wasilkowskiej ze spektaklu na spektakl "pracują" coraz lepiej. W "Kosmosie" łączy się pragmatyczność ze znakowością, co niekoniecznie było obecne w poprzednich spektaklach. W taki sam sposób funkcjonują rewelacyjne światła - nie są tylko po to, aby było widać aktorów czy efektownie ukazać scenografię. Reflektor dosłownie gra rolę - Fuksem staje się światło i światło staje się Fuksem - cały czas obserwuje, pokazuje poszlaki, przecina przestrzeń wiązką światła, wokół której Witold próbuje szukać sensów. Bezosobowy Fuks jest świetnym rozwiązaniem, w formie małej zdalnie sterowanej maszyny reżyser postawił przed widzami esencję postaci Gombrowicza.

*

Witold Gombrowicz

Kosmos

Reżyser: Krzysztof Garbaczewski

Premiera: 19 listopada 2016, Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, Scena Kameralna

Oglądany spektakl: 21 listopada 2016

Obsada: Małgorzata Gorol, Jaśmina Polak, Marta Ścisłowicz, Maciej Charyton, Roman Gancarczyk, Paweł Kruszelnicki, Błażej Peszek