Hotelowe amory

"Hotel Westminster" Raya Cooneya w reż. Jerzego Bończaka w Teatrze Komedia w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Was.

«Szacowny Hotel Westminster, w końcu sąsiadujący z katedrą, w farsie Raya Cooneya zamienia się niemalże w dom schadzek niczym tradycyjny przybytek usług rozrywkowych - przynajmniej seksowne przyodziewki dwóch niewiast zdają się takie konotacje przywoływać,a i panowie zdejmują ubrania z niemałą ochotą. Tutaj, skryta w hotelowym apartamencie, nawet księżna Buckingham może okazać się nieokiełznanym wampem erotycznym, nie wspominając już o tym, do jakiego stanu może doprowadzić mężczyznę żona zwykłego urzędnika w ministerstwie.

Jerzy Bończak, nie po raz pierwszy sięgający po współczesny repertuar anglo-amerykański, zdecydował się zrealizować w Teatrze Komedia jeden z rzadziej wystawianych utworów autora popularnych "Maydayów", "Two into one" w przekładzie Elżbiety Woźniak.

Można powiedzieć, że warszawska publiczność podczas premiery galowej dosłownie pękała ze śmiechu, śledząc romansowe tarapaty przedstawiciela brytyjskiego parlamentu. Wiadomo, że stosunek Anglików do seksualnych zapędów polityków jeszcze w latach 90. nie należał do szczególnie liberalnych. I to zdaje się najbardziej śmieszyć publiczność, która najprawdopodobniej próbuje sobie przekładać realia sceniczne na życie intymne dostojników państwowych w naszym kraju. Choć z drugiej strony niełatwo jest przewidzieć, że gdyby nawet akcja działa się w innym regionie świata, choćby najbardziej egzotycznym, śmiechu do rozpuku też by nie zabrakło. Farsa rządzi się bowiem swoimi mocno skodyfikowanymi zasadami i jeśli zostaną one przez reżysera i aktorów właściwie zastosowane, efekt może zagwarantować sukces.

Autorzy fars nie sięgają po tematy jakoś szczególnie wyszukane, czasami może być to nawet banał podniesiony do kwadratu, im mocniej wyeksploatowany tym bardziej chwytliwy. Bo tak naprawdę najważniejszy jest język dialogów jakim posługują się bohaterowie. W "Hotelu Westminster" sekretarz pana ministra, usiłując ukryć swoje prawdziwe nazwisko, najpierw poprzez skojarzenie ze świętami podaje się za Christmasa, a na imię ma Noel, co w języku francuskich sąsiadów znaczy to samo. Podczas kolejnego nieporozumienia Christmas zostanie zamieniony na Easter, co staje się przyczynkiem do zabawnych rozważań na temat przewagi jednych uroczystości świątecznych nad drugimi.

Cooney, nie beż kozery uchodzący za mistrza farsy, potrafi sprawić, że akcja w jego dramatach zyskuje na ogromnej potoczystości. Ponieważ Teatr Komedia nie dysponuje obrotówką, Wojciech Stefaniak wpadł na pomysł, by dwa sąsiadujące ze sobą apartamenty rozdzielić półokrągłym dywanem. Przestrzeń na podłodze gdzie dwie połowy się nie stykają jest miejscem granicznym. Pomysł ten wzbogaca aluzyjność fabuły o podteksty również natury politycznej (od razu jednak dodajmy, że Bończaka interesowała bardziej sama obyczajowość, a elementy satyry politycznej pojawiają się jakby samoistnie, bez ich szczególnego eksponowania czy podbijania). Tym bardziej, że między politykami i ich żonami - niedoszłymi kochankami, stawianymi przez sekretarza w najprzedziwniejszych konstelacjach, krąży jeszcze, zjawiając się w najmniej odpowiednich momentach, posłanka frakcji opozycyjnej próbująca być strażniczką moralności. Oczywiście sprawcą tych wszystkich niedorzeczności, sprowadzonych do zabawy w chowanego (jakby łazienek i sypialni było mało, nawet barek na kółkach stanie się kryjówką dla kochanki Richarda), podczas której dochodzi jeszcze do kompromitujących przebiórek, jest sekretarz Pidgen. Trzeba powiedzieć, że Andrzej Deskur znakomicie odnajduje się w tym kalejdoskopie następujących po sobie wpadek i blamaży. A przecież wiadomo nie od dziś, że nie tylko pisanie, ale i granie fars nie jest rzeczą prostą. Łatwo przy takim materii pomieszaniu popaść w żarty niewybredne czy obsceniczne, grubo ciosane gagi, można też za daleko uciec w stereotypowość kreowanej postaci. Cooneyowi tym razem udało się nie przegrać ani z klasyczną "Ciotką Karola", ani z graną częściej farsą Ayckbourne'a "Jak się kochają w niższych sferach" (można ją jeszcze od czasu do czasu zobaczyć w Teatrze Kamienica, niestety, w zupełnie nieudanej realizacji Grzegorza Chrapkiewicza - choć z drugiej strony trudno będzie komukolwiek dorównać wersji stworzonej wiele lat temu przez Macieja Englerta w warszawskim Współczesnym).

Bończakowi jako reżyserowi udało się nie obniżyć poprzeczki, co zagwarantowali poziomem wykonawstwa przede wszystkim Jan Jankowski, Magdalena Wójcik, Mateusz Banasiuk i sam reżyser w niewielkiej, ale bardzo znaczącej dla przebiegu akcji roli kelnera. Dużo słabiej wypada rola Magdaleny Margulewicz, choć w dezabilu aktorka prezentuje się naprawdę imponująco. Dodatkowym smaczkiem jest udział w widowisku skrzypka Bogdana Kierejszy, któremu wyraźnie wpadła w oko hotelowa recepcjonistka zagrana z wdziękiem przez Katarzynę Ankudowicz.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego