powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jam jest rycerzem o smętnym obliczu

"Człowiek z La Manczy" Dale'a Wassermana w reż. Witolda Mazurkiewicza w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Pisze Kinga Kościak.

Wiatraki, chuda szkapa i osobliwie wysoki mężczyzna z długą kopią w dłoni. Don Kichot i jego oręż wstąpił na deski Teatru Polskiego w Bielsku-Białej - ku niewątpliwej radości wielbicieli dobrego teatru. Bo to naprawdę teatr dobry. Niejednoznaczny, wielowymiarowy, otwarty na interpretacje. I świetnie się dzieje w bielskim teatrze, że wystawia takie sztuki - zakorzenione w przeszłości, ale nie skostniałe, uniwersalne i wzruszające, wystawiające na piedestał wyobraźnię, hołdujące potrzebom ducha, w końcu - ambitne, bo zdmuchujące kurz z idei.

"Człowiek z La Manchy" Dale'a Wassermanna miał premierę na Broadwayu w 1965 r., spektakl prezentowany był tam tysiące razy. O "Don Kichocie" Cervantesa mówić wiele nie trzeba, to dzieło światowej klasy, określane w licznych rankingach jako jedno z tych, które miały największy wpływ na kulturę świata, przemycane nieskończenie wiele razy do literatury, filmu, malarstwa, opery, a nawet baletu. Mało? Niech będzie - wszystkie wiatraki świata należą do Don Kichota.

Sztuka Wassermanna splata ze sobą losy Cervantesa i jego literackiego dziecka - Don Kichota, co w pomysłowy sposób nadaje postaci realności i uzasadnia jej narodziny. W życiu Miguela de Cervantesa Saavedry nie brakowało przygód. Znajdziemy tutaj dokonania na polu bitwy, pobyty w więzieniu, biedę, częste zmiany profesji, porwanie przez berberyjskich korsarzy, bohaterskie pojedynki, urazy i postrzały czy dziwne zbiegi okoliczności. Bohater, który dał mu nieśmiertelność, może być (i zapewne po części jest) tą osobliwą częścią artysty, która wyklarowała się w wyniku zderzeń z twardą rzeczywistością. Ubogi szlachcic Alonzo Quijano z Manchy, przemianowawszy się na Don Kichota, błędnego rycerza, osiodławszy nędzną szkapę i wziąwszy na giermka wieśniaka Sancho Pansę, rusza w świat, by stanąć oko w oko ze złem i pogardą, nikczemnością i brakiem honoru. Walczący z wiatrakami rycerz stał się symbolem szlachetnego marzyciela i nieszkodliwego wariata a każda epoka, w zależności od wyznawanych mód i trendów, to wynosiła go na piedestał (jako obrońcę ideału), to ściągała, równając z resztą literackich kreatur. Jednak do dzisiaj, o czym przekonałam się końcem września, Don Kichote nie pozwala przejść obok siebie obojętnym, a jego osobliwa wiara pozyskuje nowych wyznawców.

"Człowiek z La Manczy" w reżyserii Witolda Mazurkiewicza wciąga nas genialną historią, wykorzystując najmocniejsze chwyty literatury, by wykreować (coś) przestrzeń magiczną, bezimienną i inspirującą (piękny przekład Antoniego Marianowicza, Janusza Minkiewicza), sferę bez barier ni granic, rozszerzaną stale przez niewyczerpaną wyobraźnię, to Cervantesa, to Wassermana, Mazurkiewicza, aktorów a w końcu samego widza. Spektakl jest osadzony materialnie, ale ucieka od greckiej zasady jedności - za pomocą wyobraźni (brawa dla scenografa!) więzienie, w którym osadzony jest Cervantes, przemienia się w wijące ścieżki, bezdroża, knajpy, wnętrza domostw, kościół czy dziedziniec. Rola wyobraźni zostaje uwznioślona przez człowieka spętanego i oczekującego na osąd. Poborca podatkowy, żołnierz i poeta, Miguel de Cervantes Saavedra obala mury - za pomocą twórczego geniuszu pociąga za sobą cały tabun więźniów, którzy w rytm musicalu zrywają z siebie dotychczasową tożsamość, rodząc się niejako na nowo. Show, jakie odgrywa więzień, pozwala mu uzasadnić własny wybór bycia "człowiekiem dobrym i uczynnym" i ściągnąć z siebie gniew współwięźniów. Wreszcie - wybujała wyobraźnia, niepospolitość, odwaga i wiara w to, co podpowiada serce, zostają uniewinnione i choć główny osąd nad Miguelem ma się dopiero odbyć, tak naprawdę został on już oczyszczony i zbawiony od grzechu. Uwierzyli mu inni - ludzie. A przecież on również ich zbawił. Od doczesności.

W roli Don Kichota widzimy, jakby stworzonego do tej roli, Rafała Sawickiego. Aktor wyśmienicie wkomponował się w możliwe oczekiwania co do cervantesowego błędnego rycerza, ruch postaci opanował do perfekcji, stając się obrazem wyimaginowanej szlachetności, łamanej przez wiatry zdarzeń, acz niezłomnej. Wewnętrzna wrażliwość, cnota i oderwanie od rzeczywistości zostały tak żywo odzwierciedlone w kreacji postaci, że po spektaklu trudno będzie wyobrazić sobie w tej roli innego aktora. Równie wielkie brawa należą się Grzegorzowi Margasowi, który występuje w podwójnym charakterze - Padre i Cyrulika, groteskowa troska, dobroć i pobożność, jaką epatuje na scenie, mimika i gesty sprawiają, że trudno oderwać od niego wzrok, podobnie jak od Grzegorza Margasa w roli szefa więźniów, pałającego chucią i agresją, nabuzowanego i groźnego. W dobrze odegranych i zagranych rolach mamy również, jak zawsze, Adama Myrczka i jego zawodowy, tubalny głos (karczmarza zresztą), którego równie dobrze słucha się w rolach pierwszo-, jak drugoplanowych, Łukasza Lorka jako Sancho Pansę, którego szczególnie mocno trzeba pochwalić na chwytające za serce wykonanie pieśni, w której tłumaczy się ze swojego przywiązania do Don Kichota (autor songów - Joe Darion), dwie urocze panie: Jagodę Krzywicką (Maria), Martę Gzowską-Sawicką (Antonia) oraz, na końcu, ale z wielkim uznaniem Wiktorię Węgrzyn w roli Aldonzy, której głos ściera w proch ostatnie cząstki racjonalizmu, każąc nazywać ją, zaraz za Don Kichotem, "błogosławioną". Dla pani Katarzyny Zaręby, na której barkach spoczęło przygotowanie wokalne aktorów, wielkie brawa.

Zachwycić się należy również aktorami uwijającymi się w tle, a tworzącymi niepowtarzaną atmosferę nieokiełznanej energii ludzkiej, która wijąc się w ciemnościach, czeka jedynie, na podobieństwo utkwionym pod szerokimi konarami baobabów pędom bambusa, aż padnie na nie wiązka światła. Zespół w charakterze więźniów, mulników, Maurów, dziwek wykonuje świetną pracę, za którą równie mocno należy pochwalić choreografa (Jarosław Staniek). Kawał dobrej roboty wykonał też scenograf (ale o tym już było...), ponownie wyróżnię tu Damiana Styrnę, tworząc przestrzeń uniwersalną, symulującą wnętrza zależnie od potrzeb, bez niepotrzebnych zmian w dekoracjach. Brawo!

"Człowiek z La Manczy" zawitał na bielską scenę - i dobrze. Jego premiera odbyła się 30 września, w 30-lecie kariery artystycznej Witolda Mazurkiewicza - to ważne. Reżyser wybrał na tę okazję Cervantesa, a sposób jego adaptacji sygnalizuje ważne dla twórcy kwestie: "Don Kichote jest traktatem o strachu, godności ludzkiej (...). To nie tylko strach przed Wielką Inkwizycją, jak chce Cervantes. Mnie dziś nie obchodzi Inkwizycja i to, co się za nią kryło. Dziś mamy znacznie więcej zagrożeń i znacznie poważniejszych, choć pozornie żyjemy jeszcze w miarę bezpiecznym świecie". To co prawdopodobnie chciano zilustrować, to (nieodzowny) proces wybudzenia. Stanięcia oko w oko z rzeczywistością, z tym wszystkim, co narodzone gdzieś w głębi, choć nie najśmielsze, często przewrażliwione i szalone (obłąkane?), niepoprawne i nieprawdopodobne - wyłożonym na dłoni.

Mnie bielski "Człowiek..." poruszył. A przecież o to chodzi - żeby sztukę wziąć ze sobą z teatru. Do serca.