O poszukiwaniu aureoli, spinki i recepty na szczęście z historią w tle

"Anioł za lodówką" Grażyny Lutosławskiej w reż. Daniela Arbaczewskiego w Teatrze im. Andersena w Lublinie. Pisze Urszula Motyka w portalu Teatr dla Was.

«Najnowsza premiera Teatru im. Hansa Christiana Andersena w Lublinie nie należy do spektakli "łatwych, prostych i przyjemnych". Sztuka jest krótka, ale mocna. Jednocześnie jednak dostępna dla wszystkich dzięki poruszeniu wielu wątków oraz elementom humorystycznym. A przy tym staje się doskonałą lekcją historii. "Anioł za lodówką" autorstwa lubelskiej dziennikarki, Grażyny Lutosławskiej, dotyka problemu Holocaustu wpisanego w historię Lublina. Inspiracją dla sztuki stały się posągi dwóch potworów i walczącego z nimi chłopca, niegdyś znajdowały się one na dachu jednej z kamienic przy Placu Zamkowym w Lublinie. Obecnie została tam tylko jedna figura, drugą zniszczono. Reżyserii podjął się Daniel Arbaczewski, aktor teatru Andersena. W mistrzowski sposób przemieszał on czasy współczesne z rzeczywistością okresu drugiej wojny światowej.

Akcja spektaklu rozgrywa się w mieszkaniu jednej z lubelskich kamienic. Mieszkanie kryje w sobie historie dwóch rodzin. Stary zegar decyduje o tym, której historii jesteśmy świadkami. Współcześnie pomieszczenie zamieszkują Agata, Mama i Tata oraz Kot, Myszy i Anioł ukrywający się za lodówką. W czasie wojny było ono ostoją żydowskiej rodziny - Sary oraz jej rodziców. Te dwie perspektywy czasowe przeplatają się ze sobą, a niekiedy nakładają na siebie. Poznajemy dwie nastoletnie dziewczyny i ich problemy. Agata poszukuje recepty na szczęście, Sara poszukuje swojej zagubionej spinki do włosów. Jednocześnie jesteśmy też świadkami walki dobra ze złem. Walki kamiennego chłopca z takimi samymi potworami, które widzimy na dachu owej kamienicy, a więc tuż obok obu rodzin. Ale jest też Anioł mieszkający za lodówką, zgubił on aureolę i wobec tego uznał, że jest do niczego nieprzydatny. Uzupełnienie całości stanowi Kot myślący tylko o parówkach w lodówce, rymujący, ale także w ostatecznej bitwie dzielnie walczący u boku kamiennego chłopca i tytułowego Anioła.

W widowisku wykorzystane zostały fotografie żydowskich rodzin, odnalezione w kamienicach na Starym Mieście w Lublinie. Te zdjęcia także grają. Anioły tańczą z nimi, umieszczają je na wysokości twarzy, dzięki czemu widoczni na portretach ludzie wciąż są obecni w lubelskiej historii. Wątek żydowski na stałe wpisuje się w dzieje tegoż miasta. Zdjęcia widoczne są także na hologramach, wśród których spaceruje Agata. Elementy scenografii stają się jakby jednocześnie aktorami. Świetnie zachowane portrety budzą w starszych widzach trwogę. Twarze ludzi, które zastygły na fotografiach tuż przed zagładą, w niewinnych oczach dzieci - nieskażonych jeszcze wiedzą o Holocauście - ukazują szczęśliwe, pełne miłości życie rodzinne, w którym młodziutka dziewczynka Sara uczestniczy w przygotowaniach do szabatu. Agata na podstawie fotografii odkrywa historię swojego domu, rekonstruuje poprzedni świat niczym domek dla lalek, a towarzyszą jej przy tym aniołowie. Wrażenie tajemniczości potęgują na wpół przezroczyste zasłony.

Przedstawienie uczy nas, abyśmy patrzyli tam, gdzie trzeba, abyśmy nie byli jak Kot, który mimo otwartych oczu nic nie widzi. Dodatkowo uświadamia mam, że nie potrzebujemy atrybutów - takich jak aureola w przypadku Anioła - aby podjąć działanie. Wystarczy wiara w siebie i w swoje możliwości. Każdy ze spektaklu wyłuska coś dla siebie, ponieważ reżyser pozostawił wiele furtek, wiele pytań bez odpowiedzi. "Jeden potwór został pokonany" - słyszymy w końcowej scenie. Ale pół żartem, pół serio została także wyrażona obawa przed drugim potworem, który wciąż siedzi na dachu kamienicy. Przedstawiona historia dla każdego będzie opowiadać o czymś zupełnie innym. Po spektaklu natomiast warto udać się na Plac Zamkowy, aby zobaczyć chłopca broniącego Lublin przed potworami.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego