powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Nie wierzę

"Kamienie" wg Grażyny Jagielskiej w reż. Bartłomieja Błaszczyńskiego w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Maciej Stroiński.

W Krakowie nic nie było, a towarzystwo akurat wracało na Śląsk. Też teatromani, dwie godziny plotek, via Olkusz. Mamie powiedziałem, że jadę na przedstawienie w hipermarkecie ("Ale jak - w hipermarkecie?"), współfance Michała Witkowskiego, że w galerii sklepów i że przyda się do prozy. Spektakle zazwyczaj widzi się w teatrze, co jest trochę tautologią, więc pokazy w domu towarowym - lecę! Skąd miałem wiedzieć, że to jest dosłownie jeden ze straganów, ta "Scena w Galerii". Widzów ani na moment nie opuszcza świadomość klasowa, gdzie dokładnie się znajdują, z powodu niedowyciszenia i niedowyciemnienia. Napierdala zza drzwi, z głośników sklepowych! Trzeba było mówić, że robicie teatr uliczny, przecież i tak się wyda. Otworzyć scenę z bieda-izolacją dźwiękową i świetlną to jak otworzyć stoisko z lodami, zapomniawszy skombinować chłodnię. Oni są poważni w tym Teatrze Śląskim? Widzieli tę salkę, te składaki ogrodowe bez oparć na ręce? Słynne katowickie sklepienie w kielichy jest, rzecz jasna, boskie i modernistyczne, ale spróbuj przyczepić do niego sztankietę, reflektor, cokolwiek! Ta przestrzeń w tym kształcie nie nadaje się dla tak zwanych sztuk widowiskowych, sorry. Chyba żeby stematyzować galerniany sajgon, sadzając Lady Makbet na kasie w Carrefourze. Ale mogłaby jednak chcieć przejść się na socjal, żeby umyć ręce i wypalić fajkę w ciszy, i co wtedy, słucham? Trochę pomyślunku... Na Dużej Scenie też szczęka opada, gdy się siedzi na balkonie i ogląda spektakl Garbaczewskiego bez względu na to, kto reżyseruje. To jest paranoja lub konceptualizm, że w Galerii nie słychać bez mikrofonów, a na Dużej nie widać bez ekranów. Może dlatego tak chwalą "Morfinę" Eweriny robioną "na wkurwie", że tej produkcji Teatru Śląskiego nie trzeba oglądać na żadnej z TYCH scen.

Chciałem sprawdzić, czy w Krakowie, to znaczy w Hucie (Teatr Ludowy), to znaczy w Krakowie (Scena pod Ratuszem) - no czy zrobili to lepiej, ten materiał, książkę Grażyny Jagielskiej. Nie wiem, nie ma co porównywać, nie ma czego. Przede wszystkim w Ludowym to zostało ZROBIONE, zrozumiane, zagrane, a w Kato widzimy brudnopis. W "Drugim spektaklu" Anny Karasińskiej mówią na głos zdanie, które na "Kamieniach" pomyślałem w sercu: "O kurwa, o kurwa, jakie to jest złe". Sami się wyreżyserowali, TO WIDAĆ. Okropne aktorstwo, okropne, aktorstwo typu "w widownię, żeby nie posnęła", typu "usłysz mój głos, człowieku", grane na docisku, na jednej emocji, na "przeżywaniu", gdzie nie wiadomo, co jest przeżywane. Nie twierdzę, że niezdolni, oddzielam grzech od grzesznika. W tych warunkach lokalowych nie ma czasu na cieniowanie, na burzę mózgów, czy to jest wojna bardziej "oczami kobiety", czy "oczami żony", jak się ma do "Orestei" i czy gdyby wrócił do domu z dupą poznaną na froncie (jak ten starożytny debil, który nie wiem na co liczył, chyba że przeznaczenie i nie miał wyboru), toby "stara" mu zrobiła, jak żona Agamemnona Agamemnonowi? Gdzie tam. Pilniejsze jest przekrzyczeć galerię i dlatego zamiast balejażu wychodzi jednolity spalony blond. Wojna jako backpacking oraz "Dzikość serca". "Tego miejsca tak naprawdę nie ma, to po co się męczyć, po co brać to na poważnie, przykładać się, mieć motywację do lepszego udawania?" (Dorota Masłowska, "Wojna polsko-ruska"). Tyle pomyśleli, że dzieło jest krótkie, bo widzowie też mają zadanie nie zejść w tym stereo.

W stylówkach dominuje szarodres i tetrowy wife-beater na ramiączkach, po polsku: tank top. Na podłodze zarys ścian, tylko znowu: po co, jeśli ich obecność nijak nie wpływa na ruch sceniczny, da się przenikać, jakby ich nie było. Może to jest DEKONSTRUKCJA? Jak w tym przerywniku, gdzie wychodzą z roli, to znaczy próbują, bo i nie ma żadnej roli, żeby z niej wychodzić. Pokaz o osiemnastej, długości godziny, fajnie, gdyby u nas leciał jednocześnie Lupa, tobym zdążył busem na drugą połowę.