W histerycznym muzeum Eurozy

"Muzeum histeryczne Mme Eurozy" w reż. Ingmara Villqista w Operze ¦l±skiej w Buytomiu. Pisze Wiesława Konopelska w ¦l±sku.

«W Operze Śląskiej w Bytomiu miała miejsce światowa prapremiera "Muzeum histerycznego Mme Eurozy" - autorskiego dzieta Piotra Schmidtke, która odbyła się 10 grudnia 2005 roku.

Kierownictwo muzyczne objął Tadeusz Serafin, natomiast reżyserię autor powierzył Ingmarowi Vilqistowi. Kostiumy do tego niezwykłego widowiska zaprojektowała Barbara Ptak. W tytułową Eurozę wcieliła się w bytomskiej prapremierze Joanna Kściuczyk-Jędrusik.

Czy premiera "Muzeum histerycznego Mme Eurozy" w Operze Śląskiej spełniła oczekiwania tych, którzy przez kilku miesięcy, a niektórzy od kilku lat, czekali na ostateczne postawienie kropki nad "i" przez jej autora Piotra Schmidtke? Określenie terminu premiery, a precyzyjniej, światowej prapremiery, postawiło nie tylko przed autorem, ale i zespołami Opery Śląskiej nie lada zadanie, a trwające do ostatnich chwil prace nad dopracowaniem wszystkich elementów dzieła, mogą być tylko tego potwierdzeniem.

Zatem czy Mmc Euroza... była dla Opery eksperymentem artystycznym? Oczywiście, że nie w całości, lecz tylko w jej niektórych aspektach. Co 4-5 lat opera bytomska decyduje się "na szaleństwo", jak to określił przed premierą dyrektor Tadeusz Serafin. Zważywszy, że w repertuarze tego muzycznego teatru jest Requiem, Kolbe, Pokój saren czy Widma, to widać, że artyści opery ryzyka się me boją, co więcej, podejmują je stosunkowo często. Tadeusz Serafin jest otwarty na wszystko, co "rozrusza tę zmurszałą muzę", lak więc w Bytomiu droga przed nowymi formami operowymi stoi otworem.

Zawsze jednak gotowy spektakl jest konfrontacją tego, co zapowiadają jego realizatorzy, konfrontacją z oczekiwaniami publiczności, krytyków muzycznych, a w przypadku Piotra Schmidtke, również środowiska plastyków.

Piotr Schmidtke, twórca interdyscyplinarny, jest malarzem (może bardziej rysownikiem), teoretykiem sztuki (wymyślił metaweryzm jako postawę twórczą, filozofię bycia w świecie sztuki), scenografem i dramaturgiem. Wielokierunkowe wykształcenie artystyczne (także kompozytorskie na kursach u Jean C'laude'a Ferry'ego we Francji) pozwala nui na swobodne poruszanie się w wielości materii, na wcielanie się w poszczególne z nich jak i na przenikanie, łączenie, tworzenie postaw metatwórczych. Praca nad Muzeum histerycznym... zajęła mu kilka lat, w czasie których konstruował świat realu i świat fikcji, świat zaprogramowany przez media i świat prawdziwie artystyczny, bliski autentycznym twórcom. Obserwował rzeczywistość: pełen niezgody na dzisiejsze traktowanie sztuki, na kreowanie pozornych światów, na konsumpcjonizm jako jedyną postawę wymaganą i właściwą od współczesnego człowieka w stylu: pokaż ile masz plastikowych kart, a powiem ci kim jesteś. Protestuje przeciwko wypychaniu prawdziwej sztuki i twórczego, niezależnego myślenia na peryferia ludzkości. Muzeum histeryczne... to zderzenie świata zagrożonego wieloma wirusami (ciągle modyfikowanymi jak w osobistym pececie) i papką przeżutą przez dziesiątki stacji telewizyjnych ścigających się o "rząd dusz" niezależnością i wolnością twórczą. Sztuka jak w finale swojego widowiska operowego czy owej "formy operowej" mówi autor, nie nadaje się do wyłączania jej przy użyciu pilota, jak kolejne programy telewizyjne. Nie można też bezkarnie mierzyć sztuki miarką notowań giełdowych, grubością portfela i chęcią poprawy własnego wizerunku, kaprysem.

Nie można sztuką kupczyć - wiedzą o tym wszyscy ci, którzy za wszelką cenę zapychają ludziom oczy i uszy bezwartościowymi produkcjami, motają massmediowymi rankingami, wypychając prawdziwe wartości poza naturalny obieg - czynią tak także ze strachu przed prawdziwą mocą tego co wartościowe, co zmusza do myślenia, co porusza duchowe struny człowieka. Piotr Schmidtke wymyślił Muzeum histeryczne.... i stało się ono swoistym apogeum jego dotychczasowych przemyśleń i doświadczeń twórczych. W jednej "operowej formie" pomieścił wszystko: plastykę, teatr, film, operę, balet, animacje komputerowe, światło - słowem zgromadził w jednym miejscu, podczas tych dwóch aktów wszelkie dziedziny twórczych działań - tradycyjnych i współczesnych. Opera - jako forma, stała się znakomitym ubraniem dla sztuk wszelkich, a nawet dla telewizyjnych reality show, przekazów informacyjnych z giełd, flipperowego świata salonów gier, wynaturzonych postaci lalek Barbi. Stara, "zmurszała" opera stała się nowoczesnym medium, w którym nie zabrakło miejsca dla prawdziwych, staroświeckiego uczucia jakim jest miłość. Muzeum - to w większości ciągle skostniała forma, gdzie przechadzamy się po salonach i korytarzach obwieszonymi obrazami, "histeryczne" - bo taki jest nasz świat w okienku telewizora, a Madame Euroza (Neuroza w parze z Europą?) to przebiegła, zła kobieta, ale wszechmocna bo bezwzględna, chociaż nie niezwyciężona...

Schmidtke napisał swoją operę, a raczej narysował ją na 140-metrowym pasku papieru - wprawną ręką artysty umieścił na nim wszystkie odgłosy, dźwięki, akordy, śpiewy, które trudno byłoby ująć w tradycyjne formy partytury: bo jak zapisać odgłos helikopterów, wibrujących młotów i inne odgłosy ulicy, śpiew ptaka? "Prawdziwe" muzyczne dźwięki wykonuje zespół instrumentalistów i wydobywają je ze swoich gardeł śpiewacy operowi. Koordynatorem wszystkiego w połączeniu z laptopem jest dyrygent, który scala różne, nawet wolne wybory poszczególnych wykonawców w danej chwili, w spójną całość.

Rysowana partytura jest oczywiście imponująca - że to co słyszymy podczas spektaklu jest zgodne z tym, co chciał autor, widać podczas projekcji, będącej tłem poszczególnych scen. Reżyser - doświadczony , w bojach współczesnej i awangardowej dramaturgii, mistrz i Ingmar Vilqist dokonał scenicznego cudu, by ogromnej masie ; twórczych wizji nadać kształt i widowiska, scalonego dialogami, solówkami, ruchem scenicznym, baletem, współgrającego ze scenografią, światłem i... partyturą. Tym. co niezmiernie cieszy oko w tym spektaklu, w tej "operowej formie", są kostiumy, których projekty wyszły spod ołówka i pędzla Barbary Ptak. Zwłaszcza kostiumy Mme Eurozy porywają i urzekają krojem, materią i kolorem - są "histeryczne", narzucające się, są "masochistyczne", lecz piękne.

No i oczywiście sama Euroza - w bytomskiej premierze kreowana przez Joannę Kściuczyk-Jędrusik, jakby skrojoną na miarę tego widowiska: dynamiczna, cierpka, okrutna, przebiegła, dysponująca ostrym, kilkuoktawowym głosem o imponującej barwie. Chociaż tego głosu (w postaci śpiewanej) jakby za mało, za dużo dialogu, a słowa wypowiadane ustawionym operowym głosem są mniej przekonujące niż głos aktora dramatycznego.

Zresztą każdy z artystów Opery Śląskiej, który byt "elementem" tej niezwykłej konstrukcji, pracował na najwyższych obrotach - przecież dla wielu to niecodzienne zajęcie uczestniczyć w takim multimedialnym przedsięwzięciu. Do tego dochodzi możliwość własnej interpretacji, ekspresji, pokazania w danej chwili własnej osobowości, prowokacji, wyzwolenia własnej energii w tym a nie innym momencie, słowem improwizacja kontrolowana. Trzeba więc przywołać pozostałych bohaterów Muzeum... premiery bytomskiej: Jolantę Wyszkowską w roli Laury, Piotra Rachockiego jako Eryka, Elżbietę Mazur w partii Ledy, Piotra Minora jako Clicka, Leokadię Duży jako malarkę, także innych: Marka Ziemniewicza, Witolda Dewora, Huberta Miżkę, Włodzimierza Skalskiego, Zbigniewa Bilińskiego, Marcina Wierzbickiego, Izabelę Kalembę, Juliusza Krzysteczko.

Pozostaje jednak pytanie: czy Muzeum histeryczne... jest spektaklem, który na stałe zagości w repertuarze bytomskiej sceny? Na pewno jest to przedsięwzięcie ze wszech miar odważne, o którym jeszcze długo będzie się mówić, a i z pewnością powinno być pokazywane jako antyopera, jako przedstawienie interdyscyplinarne, alternatywne. Może nie przypadnie do serca wielbicielom Verdiego, Pucciniego czy Bizeta, ale zapewne ucieszy zwolenników sztuki najnowszej.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego